mama.mimki
16.11.06, 20:03
Mam 2 letnią córeczkę i jestem 5 lat po ślubie. Kiedy poznałam mojego męża
oboje mieliśmy obojętny stosunek do kwestii wiary. Żadne z nas nie chodziło do
kościoła, nie przywiązywaliśmy do tych spraw większej wagi. Podobnie było po
ślubie do momentu kiedy zmarł Papież. Mój mąż zmienił się o 180 stopni. Chodzi
do kościoła w każdą niedzielę, święta,zaczyna używać określeń "kościelnych" w
zwykłej rozmowie, typu- na moje:zobacz dzieci same na placu zabaw-on:każdy
pasterz pilnuje swojej trzody.....mówi,że mu się śniłam jako diabeł, który
kusi itp.itd.
Moją córką zajmuje się teściowa od 3 miesięcy, bo zaczęłam pracę. Teściowie
są bardzo wierzący (albo starają się za takich uchodzić, bo ich życie odbiega
dalece od norm katolickich). Od czasu kiedy Mała jest z nimi zna paciorek,3
piosenki kościelne i jak idę z nią na spacer potrafi całą drogę robić znak
krzyża. Mąż nie zabiera jej do kościoła, bo mu przeszkadza że broi,nie
rozmawiamy tez za bardzo o kwestii jej wiary.Mój problem polega na tym,że
zaczyna mi to przeszkadzać. Na początku mojego związku z mężem próbowali mnie
przerobić na swój wzór i podobieństwo-często zarzucali mi,że nie chodzę do
kościoła, robili z tego powodu awantury.Powiedziałam,że to moja sprawa i mój
wybór-dopiero po kilku latach dali za wygraną. Teraz mam wrażenie,że znaleźli
nowy podatny grunt na swoją "indoktrynację". Wkurza mnie to,niby mi nie
przeszkadza, bo dziecku nie zaszkodzi,ale mam wrażenie,że za bardzo ingerują w
życie mojego dziecka, bez nawet jakiejkolwiek rozmowy na ten temat z nami.
czuje taką bezsilność, jakbym traciła kontrolę nad moim dzieckiem, nad jego
wychowaniem....jakbym to nie ja była matką....sama nie wiem.Co wy na to?