Temat stary jak świat, tu na forum ciągle poruszony.Ale wyjścia wciąż brak.Co zrobić, kiedy się słyszy:ty leniu, nic nie robisz.Ten leń, czyli ja nie pracuję, ale wychowuję dziecko. Fakt, nie szukam pracy, bo...nie chcę dziecka zostawić pod opieką, a poza tym lubię macierzyństwo. I jestem pewna, że moje dziecko skorzysta na tym.Nie czuję , ze poświęciłam się dla dziecka, choć moja przyszłość zawodowa, przyszła emerytura stoi pod wielkim znakiem zapytania. Ale wewnętrzenie czuję, że robię dobrze.Nie jestem miłośniczką sprzątania, ale w domu nie ma brudów i jest schludnie. Choć podłogi nie pucuję od rana do nocy.Za to lubię gotować.

Odkąd mam internet sporo z niego korzystam, to fakt. Ale rekompensuje mi to życie towarzyskie, które zanikło w pewnym sensie, i powstało nowe-stabilniejsze

Nie narzekam.Często kłócimy się o internet. Mąż siedzi długo i często przegania mnie, mówiąc, że ja nic nie robię tylko siedzę przed kompem i piszę te bzdury swoje.Dzisiaj, w niedzielę, piękną i słoneczną, zostałam sponiewierana, że dziecku nie zmyłam kawałka mydła z twarzy. Dziecko wczoraj bawiło się w kąpieli mydłem i został mu wredny kawałek, próbowałam mu to zetrzeć, ale nie chciał. Więc odpuściłam, było poźno. Przecież to nic takiego.A dzisiaj rano takie wyzwiska (ktore dziecko juz używa w stosunku do mnie)Nie zmyłam, bo jestem leń i siedzę tylko przed komputerem.A ja nie zmyłam z powodu komputera, tylko dlatego, że mały się awanturował i było już poźno.Wyszłam z domu. Teraz wróciłam.Już wiem co zrobię. Zlikwiduję źródło konfliktu (rozwiążę umowę o dostarczanie internetu). Wcale nie jest mi on tak potrzebny.Ale co bedzie następne? Poprzednio było to samo z komórką-że za dużo gadam. Nieprawda, samej byłoby mi szkoda, korzystałam z budki. Te rozmowy są potwornie drogie.Wcześniej była karczma o tv, który miałam ochotę roztszaskać nie raz.Akurat nie jestem telemanką. Ale , co ja mam do cholery robić w tym domu. Dużo czytam , interesuję się światem, lubię rozmawiać z ludźmi. Ale jak każdy mam czasem ochotę na odmożdżenie, czy lżejszą rozrywkę.No i jego mamusia.Ideał.Mamusia na nieszczęście uwielbia sprzątać i prasować.Gotować nie lubi, wszystko z proszku, ale te pierwsze "przymioty" dają jej znaczącą przewagę. Mamusia nic nie wymaga, jak by mogła to by strawiła za synka nawet pożywienie, aby się nie męczył.Mamusia to sprzymierzeniec. Nie do głębszych rozmów, o nie, od tego jestem ja. Ja jestem wsparciem intelektualnym, rozmówcą, kimś z kim się wymienia myśli.Ale ja nie lubię pucować podłóg i czasem czegoś wymagam.Np. bliskości, której nie ma. A mamusia nie.Jestem, już teraz mniej, bo wywalczyłam, porówywana do niej.Oczywiscie ja uważam, że porównanie wypada na jej niekorzyść.

Choć on chyba uważa inaczej. On by chciał, abym ja łączyła w sobie jej cechy i mentalność sprzątaczki ze swoimi zainteresowaniami.(przepraszam wszystkie panie sprzątaczki, chodzi mi o mentalnosć, a nie zawód, zresztą wiecie o co chodzi)Ale to sie wyklucza niestety. Więc ona jest wygodniejsza.Oczywiście ta przewaga jest wykorzystywana, nie po to , aby pomóc naszej rodzinie i np. pokazać synowi, żeby szanował żonę. Nie , ta przewaga (plus długoletnie pranie mózgu) jest wykorzystywane przeciwko mnie. Ona jest sama więc on jest potzrebny.On ma wypełniać pustkę partnera.Ona się do mnie nie odzywa, bo...nie może zaakceptować, że mieszkanie kupione w trakcie małżeństwa jest też moje. Dołożyła jakąś kwotę (niewielką, bo całe życie pracowała na państwowej posadzie, choć twierdzi, że to mieszkanie jest "ich") i nie może przeżyć, że skoro jej syn więcej ode mnie zarabiał to mieszkanie jest też moje. Absurd.Mój mąż bardzo długo przyjmował do wiadomości, że mama nie ma racji. Dopiero odpowiedni akapit w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym dot. majątku małżeńskiego rozwiązał, choć nie do końca, jego wątpliwości.(co nie przeszkadzało teściowej przysłać do mnie siostrę z wyrzutami do mnie, że ja nic nie dałam-ludzie to jakiś absurd, ale mój mąż mimo to broni matki. Pomijam, że majątek jaki otrzymałam od moich rodziców kilkakrotnie przekracza wartość naszego mieszkania. Boże , jak ja lubię się licytować!Ale podaję ten fakt, żeby powiedzieć, że dla mojej mamy i dla mnie to, co wniosłam, jest wspólne i ma polepszyć standart naszego wspólnego życia-jako rodziny)JA rozumiem, że to jest matka, ale ona jest tylko człowiekiem i może robić źle i trzeba to przyznać, a nie zapierać się. Bo ja jestem przez to skrzywdzona. Nie ma kilku prawd, jest jedna. W tym konkretnym przypadku jest chyba jasne, ze mieszkanie jest wspólne, a działania matki są nieracjonalne i nie można ich akceptować , bo godzą we mnie-matkę jego dziecka.Podałam ten przykład, bo w im akurat wykazywała największą waleczność posługując się osobami trzecimi.Dochodzi jeszcze jej szczucie na teścia, swojego eks.I pielęgnowanie wspólnoty z synkiem. Zawsze mówi "my"."My tak wcale nie uważamy". Czyli mózg bliźniaczy jednojajeczny.

Ok, jakoś sobie z nią radze, choć z pozycji drugiego miejsca.Przyznaję, że po kazdej awanturze coraz goręcej jej nienawidzę. DO niej ma szacunek, do mnie zero.Wiem, ze to straszne uczucie, ale w ten sposób chyba moja psychika broni się, aby całkowicie jego nie znienawidzieć-jest ojcem mojego dziecka.Mam pytanie, nie umiem używać sztuczek, czy jak to nazwiemy.Jak mam sie zachowywać, żeby nie narażać sie na ciągłe obelgi.Nie zmienię się nagle, to niemożliwe, przecież każdy jest inny. Nawet sama nie wiem o co Was spytać.

Jest mi źle . I nie rozumiem, po co komplikować sobie życie, skoro wszystko jest dobrze. Kochane dziecko,żona, która się nim opiekuje z wielką troską, jakieś finansowe zabezpiecznie i spore perspektywy na polepszenie warunków . Więc po co to wszystko?Dlaczego ci faceci są takimi...chamami?