Tak zastanawiam się od śmierci ojca, czy nasz świat posiada magię, czy znaki, które dostrzegamy istnieja czy sa naszym wyobrażeniem..
Oto kilka dziwnych momentów z mojego życia:
1. Jestem w małym miasteczku, w którym znam mnóstwo osób. Chodzę od domu do domu ale żadnej z tych osób nie zastałam. Idę więc pod ostatni adres. Zaczyna się ściemniać. Na głównym placu dołacza do mnie pies i idzie przy mojej nodze na drugi koniec miasteczka. Warczy na mijanych przechodniów. I tak dochodzimy do tego ostatniego domu a tam oczywiście też nie ma znajomych, więc wracam. Pies ze mna. Jest już ciemno, wracam na główny plac i tam widzę wszystkich stojacych w jednej kupie. Podchodzę, witam się i pies odchodzi - mam wrażenie, że to jakiś anioł stróż

2. Mam kilkanaście lat. Jest lany poniedziałek. Biegnie do mnie sfora z kubłami. Uciekam, potykam się i lecę do przodu. Nagle czas strasznie zwalnia i lecę i lecę aż zdziwiona rozgladam się dokoła i myślę, kurcze, co tu jest grane. No nic, układam się do bezpiecznej pozycji i delikatnie opadam w dół. Dotykam ziemi i czas zaczyna znów biec swym tempem.
3. Od śmierci ojca minęło 9 dni. Jestem skołowana a myśli zajmuje mi pytanie czy on mnie w ogóle kochał i smutno mi bo wiem, że nie. Smutno mi, żal, nie mogę się pozbierać. Wieczorem otwieram okno, opieram się o parapet, patrzę a tu kartka zmięta leży. Biorę ja, prostuję i czytam "kocham cię".
I tak niby coś jest ale udowodnić się nie da i jestem ciekawa czy i u Was w życiu jakaś magia gości, choćby to było tylko wrażeniem...