Dziewczyny kochane - mam pytanie. Może ktos miał, albo ma tak jak ja - a może
nie miał i nie ma, ale byłby chętny podzielić się refleksjami? Będę
wdzięczna...
Sprawa wygląda następująco:
trzy lata temu byłam w szóstym miesiącu ciąży. od początku trwałam w
zacgwycie nad tym cudem - było głaskanie brzuszka, przemówienia do fasolki,
śpiewanie i puszczanie Bacha (czemu Bacha? Nie wiem, ot zachcianka

). od
samego początku rzadkie były chwile, kiedy nie myślałam o dziecku. Śniło mi
się po nocach (i wyglądało tak, jak teraz - a ja myślałam, że to chłopak
będzie

). Płakałam ze wzruszenia na myśl o tym, że będę Człowieka uczyć
życia...
Teraz zaczęłam czwarty miesiąc drugiej ciąży. I wiecie co - jakoś tak
zwyczajnie jest. Oczywiście dbam o dzidziusia, odzywiam się zdrowo, wódki nie
pijam, witaminki karnie łykam

Ale nie ma już tego przejęcia, ekscytacji,
nie ma projekcji, wyobrażeń...Jest inaczej...
A może właśnie tak ma być? może ta miłość jest teraz dojrzalsza, prawdziwsza -
analogicznie, jak prawdziwsza i dojrzalsza jest miłość do mężczyzny na
etapie, gdy już nie jest "podkręcana" endorfinami?
Dodatkowo - Bozia dał dziecko, dał i na dziecko - a dał nieskończone pkłady
miłości, czułości i cierpliwości. I...całą pulę zgarnia Dominika

od
jakiegoś czasu tak sobie aniołkujemy i gołąbkujemy, jak nigdy.
Czy po porodzie to się "przeniesie" na drugie dziecko?
Nie powiem, żeby ta kwestia spędzaia mi sen z powiek - ale powiedzcie, czy to
jest typowe i zdarza się też Wam?
pozdrawiam Agnieszka