Opuściła mnie wczoraj rano. NIe moge w to uwierzyć. Jeszcze dziś słyszę
tupanie jej pazurków, słyszę jak piszczy pod drzwiami żeby ją wpuścić.
Nie mogę sobie wybaczyc, że nie zrobiłam nic mimo iż myślałam że dzieje się
coś nie tak. Zrobiłam, ale za późno. O pare godzin za późno.
Nie mogę sobie wybaczyć że nie odczytałam jej sygnałów że cierpi - przecież
ja też tak cierpiałam kiedy rodziłam - tak jej mówiłam. Mówiłam że wytrzyma
bo jest dzielna. Nie wytrzymała.
Nie mogę sobie wybaczyć, że tak cierpiała

Boże, jak mi żal. Nie mam już czym płakać, a ciągle płacze. Na sucho.