Sprawe mam. Otoz mój i brata ojciec od kilku lat ma nowa zone, b. spoko
babeczke, która ma z poprzedniego zwiazku corke (mezatka). Na poczatku
ukladalo się miedzy nami wszystkimi ok, spedzalismy razem czas i wydawalo się,
ze dobrze się wspolnie bawimy do momentu az miedzy nami dziecmi nagle się
popsulo. Zarówno wedlug nas mlodych, ojca, a także – co znamienne - jego zony
stalo się tak dlatego, ze tamta para zaczela być zazdrosna o to, ze wszyscy
czworo (ja mezatka, brat ma narzeczona) zaczelismy sobie lepiej radzic
finansowo. W zwiazku z tym rozpoczelo się unikanie przez nich wspolnych
spotkan rodzinnych oraz ostentacyjne izolowanie się kiedy już do nich
dochodzilo jak np. rozmowa miedzy soba kiedy tylko zaczynalismy jakis temat.
Spotkania te wiec upadly i razem widujemy się może ze 3x do roku na
oglnorodzinnych uroczystosciach („rodzice” tlumacza to tym, ze oni stosuja
taktyke „co z oczu, to z serca”, ale dlaczego musi być az tak kijowo kiedy już
się spotkamy?). Jest wiec niezbyt fajnie, co nam przeszkadza - nie jestesmy do
tego przyzwyczajeni, bo z pozostalymi czlonkami obu rodzin oraz z naszymi
znajomymi mamy swietny kontakt i taka sytuacja, w dodatku w najblizszym
gronie, jest jak z kiepskiego snu. W dodatku jestesmy teraz z tym sami,
ponieważ mój brat wyjechal na stale do Australii i dla niego problem po prostu
zniknal. Może jestem przewrazliwiona i nie powinnam w ogole się nad tym
pochylac, bo rozne ludzie maja stosunki rodzinne, tyle ze nie potrafie, bo
meczy mnie ta wiszaca w powietrzu siekiera, sztuczne usmiechy i dziwne miny za
kazdym razem kiedy już przychodzi nam się spotkac... Aha, cala ta sytuacja
jest jeszcze udziwniona kilkoma faktami. Po pierwsze, nie zaprosili nas do
siebie na rewizyte, choc "za dobrych czasow" , u brata byli 2 razy, u nas raz.
Po drugie, kiedy urodzil się nasz syn, w zasadzie go nie widzieli, ponieważ
mielismy się wspolnie umowic, co nie doszlo do skutku (w bezposredniej
rozmowie ja jako pierwsza zaproponowalam date, a oni akurat nie mogli; padlo
„no to się zdzwonimy”, no i się nie zdzwonilismy…

. Może to ja powinnam była w
tej kwestii bardziej nalegac, ale w moich praktykowanych stosunkach
kolezenskich ten kto akurat nie moze się spotkac odzywa się nastepnym razem
pierwszy. Podobnie rozumial to również brat i nasz tata, u których upewnialam
się co do slusznosci swoich pogladow (nie wiem natomiast jak „macocha”
ponieważ się nie wypowiadala). Coz, skonczylo się wiec tak, ze zobaczyli go
dopiero na jakiejs ogolnorodzinnej uroczystosci. No a potem była jeszcze jedna
sytuacja – ich rocznica, na która zaprosili nas wszystkich oraz ogółem mnostwo
gosci, bo wydawali wielkie przyjecie zastepujace wesele, którego nigdy nie
mieli. Przy tej okazji padlo znowu odgorne stwierdzenie (ale nie pamietam z
ktorej strony, bo był rozgardiasz), ze umowimy się wspolnie na obejrzenie
zdjec z tej biby, do czego oczywiście nie doszlo. My, wiedzac jak jestesmy
lubiani, nie chcielismy sami się dopytywac, a oni nie ponowili zaproszenia,
zapewne w odwecie, choc nie wiem za co, bo roznica w odniesieniu do
poprzedniej sytuacji była taka, ze ja zaproponowalam termin, oni zas w ogole
sprawe milczeli… Poza tym w tym akurat przypadku „macocha” wyrazila do nas
opinie, ze trzeba by jakos doprowadzic to spotkanie do skutku, ale
najwyrazniej nie znalazla posluchu lub w ogole zrezygnowala, bo do niczego nie
doszlo... Konkluzja tego eseju jest taka, ze jestem pokojowa osoba i nie jest
mi z tym wrogim nastrojem dobrze (zwlaszcza ze ja do nich nic nie mam, z
wyjątkiem lekkiego zalu, ze tak się porobilo). Niezaleznie od tego co było czy
czego nie było, chcialabym zeby te stosunki wygladaly lepiej, dla zdrowia
psychicznego wszystkich nas. Nie wiem tylko czy to możliwe, zwlaszcza, ze jak
twierdza „rodzice”, bardzo chcieliby zeby miedzy nami bylo lepiej, ale
"macocha" szczerze powiedziala nasm, ze uwaza, ze ta sytuacja może się zmienic
jedynie kiedy oni będą mieli swoje dziecko, a tym samym pojawi się miedzy nami
jakis neutralny, niezapalny temat, który sprawi, ze nie będą mysleli o
roznicach, a o podobienstwach… Ja nie jestem przekonana. Nie wiem natomiast
czy ona rozmawiala tez na ten temat z nimi, bo szanuje to, ze nie wszystko
musi nam mowic, choc z drugiej strony takie jej stwierdzenie moze sugerowac,
ze sondowala sprawe i wysnula takie wnioski... Pytanie brzmi wiec: macie
jakies sugestie, czy dac sobie siana i jechac na tym wozku, czy cos
polepszajacego kombinowac, inicjowac jakis meeting, postarac sie? Tylko nie
mowcie, zebysmy z nimi o tym porozmawiali, bo niby o czym („sluchajcie, wiemy
od rodzicow dlaczego się izolujecie, choc wy się do tego nie przyznacie, no w
kazdym razie udawajcie, ze jest ok., to będziemy się wszyscy lepiej w swoim
towarzystwie czuc…”

? Pzdr