setia
27.01.08, 23:08
wybieramy się rano do teściów, ja biorę na ręce dziecko (12kg) i kieruję się
ku wyjściu, a mąż warczy za mną: "może wzięłabyś coś jeszcze, będziesz tak z
pustymi rękami szła??". zamurowało mnie, bo zostawiłam mu jedynie dwa
leciutkie pakunki. to jest w zasadzie codzienny problem; facet non stop
licytuje się ze mną kto wziął więcej siatek (kiedy wynosimy zakupy z
samochodu), ciągle dogryza, że ja sobie bimbam podczas gdy on musi dźwigać.
najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że to kawał chłopa, waży dwa razy
tyle co ja, jest nieźle umięśniony (swego czasu sporo trenował) i ciągle
popisuje się swoją siłą. tymczasem to ja (mimo, że chuchro i mimo że mam
problemy z kręgosłupem) zawsze wnoszę dziecko po schodach na trzecie piętro.
siatkami zazwyczaj dzielimy się na pół. nie przypominam sobie żadnych
dżentelmeńskich gestów z jego strony, a jego stała odpowiedź to: chciałaś
równouprawnienia to masz.
czy wasi mężczyźni też tak pojmują równouprawnienie?