abocijawiem
27.05.08, 21:55
Nr1 Babka lat 38. W zwiazku od 19 lat. Slub, 2 dzieci... on w
wigilie oswiadcza, ze ma mlodsza, odchodzi. Ot, prezent. Ona oglasza
to na placu zabaw, w kazdej jej rozmowie, z kazdym. Jej zal,
wscieklosc, gorycz sa "dobrem publicznym". Trwa to ponad 3 miesiace.
Nr2 Odwoze dziecko do przedszkola i widze, ze sasiadka wychodzi ze
swoim dzieckiem, proponuje podwiezienie. Wymieniamy kilka slow o
pogodzie, nagle jej ciekna z oczu lzy, mowi: maz mnie zdradza z
pania X. Ja zglupialam, nawet nie znam imienia sasiadki, tak na
czesc jestesmy, bo dzieci w tym samym wieku. Oglupiala pytam, jak,
skad wie? Ponoc 3 miesiace juz nie mieszka z nimi. Opowiada nawet o
jej spotkaniu z pania X, policji, skandalu. Ja naprawde niczego nie
zauwazylam, i pewnie tak by pozostalo.
Znam jeszcze kilka przykladow gdzie zdradzone-porzucone afiszuja
swoje emocje, rozpatruja publicznie swoj los.
Nigdy nie bylam w takiej sytuacji, ale wydaje mi sie, ze
ograniczylabym sie do szlochania w 1-2 rekawy a nie calemu swiatu.
Co powoduje, ze te kobiety tak upubliczniaja swoje trudne przejscia,
ze szczegolami? Chca zeby wszyscy wiedzieli jakim on jest bydlakiem?
Oczekuja wsparcia? O co chodzi?