Dodaj do ulubionych

odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali

    • franczii Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 10:25
      W szpitalu, w ktorym lezal po wypadku moj maz bylo napisane w regulaminie, ze
      pacjenci nie chodzacy maja prawo do calodniowej obecnosci kogos z rodziny. No to
      siedzialam non stop od 8 rano do 20. Staralam sie nikomu nie przeszkadzac i
      wychodzilam z sali za kazdym razem kiedy do innych chorych wchodzili lekarze
      lub pielegniarki. Nie zostawilabym meza samego bo widzialam, ze poza zmiana
      opatrunkow i podaniem lekow nie mogl liczyc na nic innego. Jest to straszne,
      ale po kilkunastu godzinach lezenia w zakrwawionej poscieli na obchodzie nikt
      nie zwrocil uwagi na smrod a ja jeszcze przez pol dnia nie moglam sie doprosic o
      zmiane tej poscieli. Ulitowano sie w koncu gdy poprosilam zeby mi daly posciel,
      to zmienie sama.. Karmienie i mycie a potem wynoszenie basenu to nic,
      wchodzilam sobie jak gdyby nic do pokoju pielegniarek i bralam z lodowki zimne
      oklady, ktore mial zalecone przez lekarza, gazy opatrunkowe itp. , po kilku
      dniach bylam jak u siebie w domu wiec nie dziwi mnie, ze ze szpitala mozna cos
      wyniesc.
      Potem maz mial zabiegi i lezal w innym szpitalu i tam juz tyle nie siedzialam
      bo nie mialam nic do robotysmile Ale tam tez byla zasada, ze czlonek najblizszej
      rodziny mogl byc przy pacjencie caly dzien, tyle ze tylko w charakterze podmory
      moralnej . Na sali meza bylo kilku mlodych mezczyzn po usunieciu hemoroidow i
      kazdy z troskliwa zona przy wezglowiu. .
      A na salach poporodowych tu, gdzie obecnie mieszkam wszedzie maz moze przebywac
      caly dzien z zona poloznica i dzieckiem, z czego wszyscy korzystaja ale sale sa
      maks. dwuosobowe lub mozna sobie zaplacic za jedynke.



    • protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 13:45
      Ustalmy może czym jest szpital i w jakim celu ludzie do niego idą.I jesli
      dojdziemy do wniosku, że jest to miejsce, w którym leczy się ludzi, ratuje ich
      zdrowie i życie, w którym jedni przychodzą na świat a inni z niego odchodzą to
      dojdziemy do wniosku, że sprawą drugorzędna jest cokolwiek innego: życie
      towarzyskie, zaspakajanie potrzeb psychicznych - to o tych "umierających z
      tęsknoty".
      W szpitalu potrzebny jest spokój, względna intymność, czystość.
      Nie zmienimy warunków, z dnia na dzień nie powstana separatki z łazienkami, nie
      zatrudnimy tabunów pielęgniarek, sprzątaczek itd. Nie ma na to pieniędzy.
      W związku z tym trzeba pogodzić się z tym, że na sali jest więcej ludzi,
      niekoniecznie chetnych do znoszenia obecności naszych bliskich, kolegów czy
      sąsiadów.
      Ludzie moga krępować się tego, ze wymiotują na oczach sporego audytorium, muszą
      korzystać z basenu, maja podłączone cewniki, kroplowki itd.
      Chorzy nie zawsze moga w nocy spac, w związku z tym czasem chcieliby zdrzemnąć
      się po południu, a jak to zrobic kiedy sąsiad ma gości, ryczy telewizor, dzieci
      skacza po łożkach?
      Ludzie nie rozumieją, ze niewinna dla nich infekcja może byc zabójcza dla osoby
      w czasie chemioterapii czy noworodka albo chocby osłabionego choroba starszego
      współpacjenta.
      Rodziny kochaja przynosić domowe smakołyki. Zgoda, ale czasem one po prostu
      szkodzą. Sa lepsze niż szpitalne jedzenie, ale nie zawsze dieta jest dobrze
      dobrana. Część ludzi żywi się świństwem typu chińszczyzna z budki za rogiem. I
      przynosi owe świństwo o dość specyficznym zapachu skutecznie zasmradzając okolice.
      Dziś, w dobie telefonów komórkowych, trudno mówic o ograniczonym kontakcie z
      rodziną.
      Jestem za
      - krótkimi odwiedzinami max 2 godzinnymi, które nie dezorganizuja pracy oddziału
      - bezwzględnym zakazem wstępu do szpitali w okresach wzmozonych infekcji
      - zakazu wschodzenia w płaszczach, kurtkach
      - limitem liczby odwiedzających przypadających na 1 chorego ( max 2 osoby)
      - bezwzględnym wypraszaniem z sali gdy komukolwiek z chorych przeszkadzaja
      odwiedzający ( źle się czuje, chce spac, goście zachowuja się głosno i
      nieadekwatnie do miejsca),
      - bezwględnym zakazem przebywania w salach w czasie obchodów lekarskich,
      zabiegów, zajęć dydaktycznych ze studentami..
      • anik0987 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 14:03
        To, co piszesz, jest sprzeczne z tym, o czym coraz wyraźniej się mówi. Wsparcie
        psychiczne chorych i ich samopoczucie odgrywa bardzo ważną rolę w powrocie do
        zdrowia. Zgadzam się z tym, że należy ustalić jasne zasady odwiedzin - między
        innymi należałoby ograniczyć liczbę odwiedzających do 1-2 osób na raz. Z moich
        obserwacji wynika, że rodziny często odwalają sporo pracy, którą powinny
        wykonywać pielęgniarki. Kiedy moja babcia była w szpitalu, pielęgniarki
        zapominały o tym, że trzeba wymienić kroplówkę, albo ją odłączyć, kiedy się
        skończyła. Ważniejsza była przerwa na kawkę. Nie mówię już o tak prozaicznych
        czynnościach jak mycie czy podawanie basenu. O karmieniu nawet nie wspomnę
        (osoby leżącej z ograniczoną możliwością ruchu). Gdy leżałam na patologii ciąży,
        gdzie wiele kobiet nie może wstawać, nie działały przyciski do wzywania
        położnych. Kto to miał robić? Ciężarna, która ma leżeć plackiem? A może należało
        krzyczeć na całe gardło aż ktoś usłyszy?
        Niestety w większości polskich szpitali nie można liczyć ani na troskliwą opiekę
        personelu ani na wsparcie psychiczne. Najprostszym sposobem jest określenie
        jasnych zasad odwiedzin i zapewnienie minimum intymności (kotary, parawany,
        ograniczenie liczby odwiedzających). Niestety lekarze najczęściej traktują
        chorego jak przypadek medyczny, a nie jak człowieka. Obecność kogoś bliskiego
        jest bardzo ważna.
        • protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 14:17
          A może jednak warto miec na względzie dobro wszystkich chorych? Bardzo jestem
          ciekawa czy chciałabys, aby ktos z Twoich bliskich złapał w szpitalu infekcję
          przywleczona przez kogos, kto własnie przszedł wspierac psychicznie swojego
          bliskiego??????
          Staram sie traktowac ludzi po ludzku, ale nie ukrywam, ze najwazniejsze dla mnie
          jest skuteczne leczenie a nie fanaberie typu trzymanie 17 latka za rączke tak
          jak miało to miejsce 2 dni temu na moim oddziale.
        • sir.vimes U mnie też nie działały przyciski 17.02.09, 14:19
          Kiedy moja babcia była w szpitalu, pielęgniarki
          > zapominały o tym, że trzeba wymienić kroplówkę, albo ją odłączyć, kiedy się
          > skończyła. Ważniejsza była przerwa na kawkę. Nie mówię już o tak prozaicznych
          > czynnościach jak mycie czy podawanie basenu. O karmieniu nawet nie wspomnę
          > (osoby leżącej z ograniczoną możliwością ruchu). Gdy leżałam na patologii ciąży
          > ,
          > gdzie wiele kobiet nie może wstawać, nie działały przyciski do wzywania
          > położnych. Kto to miał robić?

          Jedna pacjentka karmiła i myła drugą.

          Kobieta z nakazem leżenia nie mogła 4 godziny dodzwonić się o basen. Inna
          pacjentka musiała jej ten basen w końcu podać bo pielęgniarek nie znalazła. Mąż
          innej pacjentki trzymał obcej kobiecie miskę gdy wymiotowała - z tego samego
          powodu. przycisk nie działał, pielęgniarek w dyżurce nie było. Szpital
          Bielański w Warszawie - ~ 9 lat temu.
          • protozoa Re: U mnie też nie działały przyciski 17.02.09, 14:29
            Bzdury o tym, ze pielęgniarka przez 4 godziny nie zajrzy do sali gdy jest
            wzywana możesz opowiadac komus innemu. Zbyt długo jestem lekarzem, zeby uwierzyc
            w takie brednie.
            Dziś na 60 łózkowym oddziale mam po południu 3 a w nocy 1 pielęgniarkę. I 1 (
            chyba) salowa. A w każdej chwili cos może się dziac. Jak te kobiety maja w
            każdej minucie byc przy każdym? To oczywiście nie oznacza, ze czeka się na basen
            4 godziny!!!
            • sir.vimes Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:31
              Wiesz, Protozoa, ja pochodzę z lekarsko-farmaceutycznej rodziny. I jakoś nikt
              nie zaprzecza faktom.


              Jak te kobiety maja w
              > każdej minucie byc przy każdym? To oczywiście nie oznacza, ze czeka się na base
              > n
              > 4 godziny!!!

              Nikt nie wymaga by były cały czas przy każdym pacjencie.
              Co więcej - nie uważam, że zepsute przyciski są winą pielęgniareksmile
              • protozoa Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:38
                Ja nie twierdzę, ze zepuste przyciski powinny sie zdarzyć, ale nie są norma.
                • sir.vimes Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:42
                  No nie są normą, ale w tamtej sytuacji gdyby nie inni ludzie dziewczyna
                  zwymiotowałaby na siebie. Co i dla niej i dla innych pacjentek nie byłoby
                  szczególną rozkoszą.

                  Ale... Szpital Bielański to dla mnie temat rzeka - najgorszy burdel jaki w życiu
                  widziałam. A, niestety, byłam tam sama i kilka osób z rodziny też miało tą
                  "przyjemność".
                  • protozoa Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:49
                    1. Nie pracuje w Szpitalu Bielańskim
                    2. Mam nieco inne zdanie - zwłaszcza o chirurgii dziecięcej ( byłam tam na stazu
                    do swojej specjalizacji).
                • kkokos Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 21:35
                  protozoa napisała:

                  > Ja nie twierdzę, ze zepuste przyciski powinny sie zdarzyć, ale nie są norma.

                  wiesz co, może i nie norma, ale jakoś dziwnie tak się składa, że są zepsute na
                  oddziałach, na których do dyżurki można chodzić po trzy, cztery razy, zanim
                  pielęgniarka ruszy cztery litery. a tam, gdzie pielęgniarki są tak czy siak
                  życzliwe i szybko reagują na twoje prośby, przyciski działają.
                  tak, ja mam silne podejrzenie, że te przyciski psute są celowo - choć oczywiście
                  nikogo psującego nie widziałam. a może po prostu mają swoje lata i mają prawo
                  się psuć, a celowo nie są reperowane...
            • anik0987 Re: U mnie też nie działały przyciski 17.02.09, 16:16
              Może pracujesz w jakimś wyjątkowym szpitalusmile Ja wiem, bo chodziłam do pokoju
              pielęgniarskiego, prosząc o odłączenie kroplówki babci. Chodziłam kilkakrotnie,
              zanim któraś łaskawie się ruszyła. I nie był to jakiś pipidówek tylko porządny
              szpital w Krakowie. Ja leżałam na patologii w Warszawie. Nie sto lat temu, tylko
              3. Ostatnio sporo miałam do czynienia ze szpitalami, niestety, po tam trafiali
              moi bliscy. Dwie osoby w bardzo ciężkim stanie i już stamtąd nie wyszły. Wiem,
              jak wygląda opieka i wiem, jaką rolę odgrywają bliscy. I nigdy nie zapomnę słów
              jednego lekarza w stosunku do bardzo bliskiej mi, umierającej osoby - ten to
              powinien już umrzeć. I nie przeszkadzało lekarzowi, że rodzina chorego stoi
              obok. Nie opowiadaj mi, jak to rodziny przeszkadzają w wykonywaniu obowiązków.
              Bo rodziny często wyręczają pielęgniarki w ich obowiązkach. Gdyby nie bliscy to
              chorzy byliby zdani na siebie. Niektórym lekarzom i pielęgniarkom chyba
              najbardziej przeszkadzają w szpitalu chorzy.
        • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 14:22
          od pierwszego postu piszę, ze nie mam na mysli osób, które zajmuja
          sie osobami, które wymagaja stałej opieki, na tej sali tez leżała
          starsza osoba z Alzheimerem, która przeszła operacje wstawienia
          sztucznego stawu biodrowego i córka, która opiekowała sie nia
          praktycznie od rana do wieczora mi nie przeszkadzała!! Przeszkadzały
          mi tabuny osób, które przyszły w celach towarzyskich, w duzych
          grupach, mieszanych, zachowywały się głośno, zawłaszczały całą
          przestrzeń, zaczepiały inne chore, nie pozwalały na chwile
          odpoczynku itd..dla mnie w ten sposób szpital nie tylko nie wykonuje
          swoich zadań ale równiez naraża chorych,,bo przebywajac w domu
          przynajmniej ma sie w okreslonych godzinach spokój, mozna odpocząć
          przespać sie..może lepiej zlikwidowac szpitale a personel niech
          owiedza chorych w domu i dokonuje odpowiednich zabiegów?..wiem to
          nierealne..ale w takim razie gdzie się leczyć, gdy nie ma mozliwości
          w szpitalu???
      • sir.vimes Protozoa 17.02.09, 14:15
        ty też mylisz odwiedzających z kretynami.

        > Rodziny kochaja przynosić domowe smakołyki. Zgoda, ale czasem one po prostu
        > szkodzą. Sa lepsze niż szpitalne jedzenie, ale nie zawsze dieta jest dobrze
        > dobrana. Część ludzi żywi się świństwem typu chińszczyzna z budki za rogiem. I
        > przynosi owe świństwo o dość specyficznym zapachu skutecznie zasmradzając okoli
        > ce.
        > Chorzy nie zawsze moga w nocy spac, w związku z tym czasem chcieliby zdrzemnąć
        > się po południu, a jak to zrobic kiedy sąsiad ma gości, ryczy telewizor, dzieci
        > skacza po łożkach?

        Nigdy w życiu nie widziałam dziecka z wizytą w szpitalu.
        Nigdy nie widzialam by ktoś przynosił choremu chińszczyznę.

        Widziałam za to obiadki szpitalne złożone z samych produktów niedozwolonych dla
        chorych. Słone jak sos sojowy ziemniaczki i smażone w głębokim tłuszczu kotlety
        dla chorych na diecie bezsolnej. Obiadek tego typu postawiony bez słowa przy
        łóżku mało kumatej (z powodu choroby) osoby, pełnej zaufania dla SZPITALA i z
        zaufaniem po te kotleciki sięgającej.

        Bawią cię "umierający z tęsknoty" - mnie nie bawią. Nawet cholernie mnie nie
        bawią. Gdy umierał jeden z moich dziadków na korytarzu leżała samotna kobieta -
        miała zapewniony spokój bo nikt jej nie odwiedzał. Rzucano jej michę jak psu.
        Popychano łózko przy przechodzeniu przez korytarz (mówię o personelu medycznym,
        nie o chamskich bandach gości z dziećmi i flaszkami, które podobno są takie
        popularne). To JA - nie pielęgniarka - zmieniałam tej obcej pani koszulę, myłam
        twarz. To JA chodziłam dopytywać czy wolno jej się napić - ona nie była w stanie
        tego wiedzieć.

        Myślę, że w sporej ilości upokorzeń jakie zafundowano tej pani, moja obecność i
        codzienne wizyty w szpitalu była naprawdę najmniejszym.
        • protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:25
          To chyba jednak mało widziałaś - przynoszenie chińszczyzny zdarza się nader
          często, zapewniam. Nie ma dyżuru, zebym nie widziała w szpitalu dzieci w
          charakterze odwiedzających.
          Jedzenie szpitalne jest niesmaczne, ale przy roznoszeniu posiłków jest obecna
          pielegniarka, choc robi to salowa, i ona pilnuje diety. Pomyłki raczej sie nie
          zdarzają, choc nie mozna ich wykluczyć. Częściej są problemy po jedzeniu
          przynoszonym z domu. Zwłaszcza na chirurgii.
          Przykro mi, ze ludzie leżą na korytarzach, ale takie są warunki. I nie jest to
          wina lekarzy tylko złego systemu, braku szpitali itd, temat na długie dyskusje.
          Pewnie, ze czynności przy tej chorej na korytarzu powinny robic pielęgnioarki,
          ale ich po prostu nie ma. Coraz mniej chce pracować za takie pieniądze. A będzie
          jeszcze mniej. Natomiast te siostry, które są nie rozdwoja się.
          • sir.vimes Re: Protozoa 17.02.09, 14:37
            Jeżeli chińszczyzna zdarza się często - cieszę się, ze tego nie widziałam. I
            współczuję lekarzom, którzy muszą z taką głupotą walczyć.

            > Jedzenie szpitalne jest niesmaczne, ale przy roznoszeniu posiłków jest obecna
            > pielegniarka, choc robi to salowa, i ona pilnuje diety. Pomyłki raczej sie nie
            > zdarzają, choc nie mozna ich wykluczyć.

            No , ja nie uważam, ze jest niesmaczne. Najlepszy w życiu budyń jadłam w
            szpitalu na Grochowiesmile Ale pomyłki (?) zdarzają się niestety często.

            > Przykro mi, ze ludzie leżą na korytarzach, ale takie są warunki.

            Tak, takie śą warunki - i dlatego irytuje mnie postulat odwiedzin tylko w środy
            i w niedzielę. Ja WIEM, że pielęgniarek jest mało, są potwornie zmęczone. Ale to
            nie jest powód by pacjent nie mógł zostać umyty , napojony czy przebrany przez
            kogoś życzliwego.

            Natomiast chamów z flaszkami, kebabami czy darciem mordy powinno się zwyczajnie
            spuszczać po schodach - i nie powinni tego robić lekarze czy pielęgniarki tylko
            ochrona.
            • protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:43
              Ochrona? Emeryt czy rencista? Wolne żarty!! On może najwyżej zadzwonic na policję.
              W dalszym ciągu upieram się, ze jesli zdarzają sie pomyłki (!) to są one
              sporadyczne. W każdym razie nikt ich nie zgłasza.
              Zastanawiam się czy ja, choc jestem lekarzem, potrafiłabym dobrze umyć chorego
              leżącego w łózku, prawidłowo go podnieść itd. I czy np. mój ojciec wolałby zebym
              ja robiła te czynności czy tez pielęgniarka?
              • sir.vimes Re: Protozoa 17.02.09, 14:45
                No, ja akurat potrafię to robić prawidłowo.
                Ale obmyć twarz, uczesać, podstawić naczynie do wymiotów to umie każdy.
                • protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:55
                  To bardzo fajnie, ze to umiesz. Ja umiem wykapac niemowlę i.....umyć siebie. Nie
                  podjęłabym się umycia chorego. To samo z czesaniem - szybciej powyrywałabym
                  włosy niz uczesała.
                  Czy inni potrafią to robic - nie wiem, natomiast wiem, ze widok wymiotującego +
                  woń jest dla wielu nie do zniesienia.
              • gaja78 Re: Protozoa 17.02.09, 14:56
                protozoa napisała:

                > W dalszym ciągu upieram się, ze jesli zdarzają sie pomyłki (!) to są one
                sporadyczne. W każdym razie nikt ich nie zgłasza.

                Z moich doświadczeń szpitalnych na oddziale położniczym:
                - po pierwszym porodzie 3 doba, na obiad - pierogi z truskawkami,
                - po drugim porodzie 2 doba, na śniadanie - kanapki z dżemem truskawkowym.

                Ja rozumiem, że nie ma sensu przeginać z dietą karmiącej matki, że nie trzeba
                profilaktycznie ograniczać menu do ryżu, kurczaka i marchewki, że pomyłki się
                zdarzają. Ale sorry, truskawki serwowane matkom karmiącym kilkudniowe noworodki
                to IMHO mocne przegięcie. I niestety nie pomyłka. A czy zgłaszałam ? Nie, nie
                zgłaszałam. Słyszałam tylko komentarze neonatologów, że to "skandal". Skoro oni
                nie potrafili przezwyciężyć gdzieś "u góry" rytuału serwowania truskawek na
                położniczym, uznałam, że moja interwencja nie ma sensu.

                Pomijam fakt, że szpitalne racje były połową tego, co potrzebowałam zjeść będąc
                po porodzie i karmiąc dziecko.

                Co do tematu głównego - jestem za ograniczeniem liczby odwiedzających do góra 2
                osób.
                • protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 15:09
                  Nie widzę nic złego, ze matka karmiąca je kanapki z dżemem truskawkowym,
                  surowych truskawek nie powinna.
                • attiya Re: Protozoa 17.02.09, 16:21
                  gaja78 napisała:

                  > protozoa napisała:
                  >
                  > > W dalszym ciągu upieram się, ze jesli zdarzają sie pomyłki (!) to są one
                  > sporadyczne. W każdym razie nikt ich nie zgłasza.
                  >
                  > Z moich doświadczeń szpitalnych na oddziale położniczym:
                  > - po pierwszym porodzie 3 doba, na obiad - pierogi z truskawkami,
                  > - po drugim porodzie 2 doba, na śniadanie - kanapki z dżemem truskawkowym.
                  >
                  >
                  >
                  w szpitalu podwarszawskim położnicom na obiad - tym po cesarce też - dawano
                  smażone mięso. Więc nie są to przypadki odosobnione....
          • franczii Re: Protozoa 17.02.09, 14:51
            Wiadomo, ze system do bani, lekarzy malo i pielegniarek tez ale ktos przy
            chorych te robote odwalic musi a kto to zrobi jesli wprowadzisz takie
            ograniczenia, o jakich pisalas we wczesniejszych postach? Zamkniecie sie wszyscy
            w jednym chlewiku? Dopoki szpital nie ma warunkow, zemy zapewnic odpowiednia
            opieke chporym i musi go w wielu czynnosciach wyreczac rodzina pacjenta, nie
            moze stawiac wymagan co do odwiedzin. Moze najwyzej ograniczyc liczbe
            odwiedzajacych ale nic poza tym. Czy bliska mi osoba ma lezec w gnijacej
            poscieli, nieumyta i zarzygana tylko dlatego, ze w szpitalu za malo jest
            pielegniarek? Na szczescie tam gdzie takie warunki panuja pozostalo na tyle
            zdrowego rozsadku,zeby nie ograniczac odwiedzin bo zdaja sobie sprawe ze cala
            robote z higiena i karmieniem zalatwia rodzina chorego.
            • babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 15:28
              > Wiadomo, ze system do bani, lekarzy malo i pielegniarek tez ale
              ktos przy
              > chorych te robote odwalic musi a kto to zrobi jesli wprowadzisz
              takie
              > ograniczenia, o jakich pisalas we wczesniejszych postach?
              nie pisałam, że chcę powrotu do dawnych przepisów, pisałam jakie
              obowiazywały kiedyś, zmieniono je i to jest OK (tez to pisałam), ale
              przegięto w druga stronę! Nikt nad tym nie panuje, nikt nie
              kontroluje, nikt nie chroni innych chorych. Uwazam, ze odwiedziny
              powinny byc ale powinno to byc w jakis sposób urególowanez jednej
              strony by szpital zachował swój charakter i był miejscem gdzie mozna
              powrócić do zdrowia z drugiej by bezradni chorzy mogli sie czuć
              bezpiecznie pod kazdym względem, by nikt m.in. nie wyniósł kolejnego
              noworodkaa lub np. nie okradł lub molestował nieprzytomnej
              pacjentki..bo i to kiedyś może się przy takich obyczajach zdarzyć
              • franczii Re: Protozoa 17.02.09, 15:46
                Babciu47, mnie chodzilo o posta, w ktorym Protozoa przedstawila swoja wizje
                regulaminu wizyt dosc rygorystyczna i nie do przyjecia w obecnych warunkach
                kiedy szpitale nie maja mozliwosci realizacji podstawowych potrzeb pacjentow.
                Natomiast zgadzam sie, ze powinno sie wprowadzic ograniczenia co do ilosci
                odwiedzajacych.
        • franczii Re: Protozoa 17.02.09, 14:35
          >Obiadek tego typu postawiony bez słowa przy
          łóżku mało kumatej

          A ja, kiedy do meza na chirurgie chodzilam, widzialam takie obiadki stawiane,
          tez bez slowa na stoliku plasko lezacego chlopaka z jakims urazem kregoslupa
          albo polprzytomnego 100 letniego dziadzia. Smacznego! Ale popatrzyc sobie mogli
          na kotleta.
        • babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 14:40
          Słone jak sos sojowy ziemniaczki i smażone w głębokim tłuszczu
          kotlety
          > dla chorych na diecie bezsolnej.
          ee to byłas w jakimś wypasionym szpitalu!! ja dostałam cieniutki
          krupnik, który miesa nie widział, a na drugie 5 klusek slaskich z
          jakimś sosem (wygladał jakby był z torebki) bez zadnych warzyw i
          miesa..na sniadanie 2 kromki chleba, masła na zatkanie dziurek w
          połowie jednej kromki i pomidorek srednicy 3 cm..kolacja podobnie
          tylko zamiast pomidorka trójkacik serka topionego. Kubki trerzeba
          było miec własne, sztućce też, o srodkach czystosci i higieny
          osobistej nie wspomnę, oczywiscie pizame, szlafrok i kapcie..tego
          juz nawet nie proponuja..wskazany włąsny koc gdy cieniutki,
          szpitalny nie wystarcza. Leki na choroby inne niz zwiazane z
          schorzeniem na które przyjeto pacjeta trzeba przynieśc własne..co
          ciekawsze nikogo nie interesuje za bardzo co i w jakich dawkach
          pacjent przyjmuje oraz czy nie bedzie to kolidowało z zaordynowanymi
          i podawanymi w szpitalu lekami, wiekszość środków opatrunkowych też
          trzeba dostarczyć we własnym zakresie a i co drozsze leki, którymi
          szpital nie dysponuje podobno..badania zalecone przy przyjęciu na
          oddział są wykonywane..albo nie i tez nikt z tego nie rozlicz ani
          nikt sie tym nie przejmuje..po wypisaniu sie przeze mnie do domu
          lekarz kilkakrotnie "przegonił" mnie do szpitala..bo chciał mnie
          zobaczyć..a własciwie jak sie zgłosiam na zapowiedziana wizyte
          stwirdził, ze przyjechałam niepotrzebnie (po co wyznaczał termin? po
          co zwlekałam sie z łózka i jechałam?)..o tym jak wygladało przyjecie
          mnie po wypadku do szpitala, m.in. 12 godzin łazenia po piętrach z
          uszkodzonymi kregami szyjnymi..to nawet szkoda pisać..a na koniec
          zamiast pomocy i wypoczynku..pikniki w sali chorych
          • babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 14:42
            ps. dzieci w wieku od lat 2 do 20 też były wśród odwiedzających
          • protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:48
            Oczywiście za leki powinien odpowiadać szpital, ale nie ma na wszystko
            pieniędzy. Jesli np. mój chory bierze krople do oczu z powodu jaskry to po
            pierwsze ja nie znam się na lekach okulistycznych, ich dawkowaniu itd, ani mój
            oddział nie dysponuje takimi lekami.
            Może jesli składka ubezpieczeniowa byłaby pomnozona przez 2 to poprosiłabym na
            konsultacje dyzurnego okulistę, a apteka miałaby cały asortyment leków.
            • babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 15:33
              moja mama musiała brać leki na cukrzycę, była w szpitalu 3 tygodnie
              musiałam jej te leki wykupywać..wyszło, że dostała w szpitalu leki,
              które się z tamtymi kłóciły
        • attiya sir.vimes :-) 17.02.09, 16:08
          leząc w ciąży na patologii ciąży jestem tego najlepszym przykładem, że mając
          zachcianki (w życiu mi się to nie zdarzyło) jadłam właśnie chińszczyznę,
          hamburgery, korniszony, KFC, chipsy i inne cudeńka. Ale leżałam akurat wtedy
          sama wiec hulaj dusza....
          Aha - i piłam litrami kwas chlebowy, którego nie lubię. Natomiast będąc w ósmym
          miesiącu ciąży potrafiłam mieć mdłości na widok ziemniaków - które normalnie
          uwielbiam.
          Poza tym masz rację pisząc o tym, że często odwiedzający pomagają chorym na
          sali a jest to psi obowiązek pielęgniarek i salowych. Ale co innego pomoc, co
          innego wizyty 10 osób na raz - szpital to miejsce dla chorych a nie na zloty
          rodzinne. Często kobiety były odwiedzane przez osoby, które nie widziały ich
          przez wiele lat - ot może umrze więc odwiedze ją w szpitalu...
          • sir.vimes Attiya 17.02.09, 16:49
            u mnie na patologii leżała laska , której mąż przemycał piwo. Innej mąż
            przemycał szlugi.

            Tak więc wierzę i w kebaby i hamburgery;P

            Ale co innego pomoc, co
            > innego wizyty 10 osób na raz

            No toż od początku piszę, że to kwestia kultury. Nikt normalny nie pcha się z 10
            osobową bandą na wizytę do szpitala.
            • babcia47 Re: Attiya 17.02.09, 17:00
              > Ale co innego pomoc, co
              > > innego wizyty 10 osób na raz
              > No toż od początku piszę, że to kwestia kultury. Nikt normalny nie
              pcha się z 10 osobową bandą na wizytę do szpitala
              ..no dobra..zakładam, ze Twoja babcia jest przytomna a Ty lub ktos z
              rodziny z jakis powodów nie może jej odwiedzić..kto ma Twoja babcie
              obronić przed obecnościa na sali tych hord niekulturalnych ludzi? co
              tym biednym nieporadnym chwilowo lub na stałe pacjentom pomoze
              świadomośc, że do tej lub tamtej pacjentki zwala sie codziennie
              kilkanaście niekulturalnych osób? Zdefiniowanie zjawiska nie pomaga
              w jego opanowaniu lub nie przeciwdziała złym skutkom
              • sir.vimes Re: Attiya 17.02.09, 17:11
                kto ma Twoja babcie
                > obronić przed obecnościa na sali tych hord niekulturalnych ludzi?

                Twoim zdaniem najlepiej obroni ją zakaz odwiedzin dopuszczający dwie godziny w
                niedzielę?


                "Kto dba o higienę, ten jest podły stalowooki Pyziak. " nessie-jp
                • babcia47 Re: Attiya 17.02.09, 17:25
                  dla tabunów tak, z dopuszczeniem wizyt osób opiekujacych sie
                  obłoznie chorymi pojedynczo, bez ograniczeń...najlepiej tej samej
                  płci co pacjenci sali na której leży chory ale bez przesady, bo
                  najczęściej chorymi mężczyznami zajmują się też kobiety z rodziny, a
                  ciężarnym, którym zalecono leżenie najbardziej potrzebny jest
                  małż..osoby pojedynczo sa jakby bardziej skłonne do współpracy,
                  empatyczne, zauważaja kiedy należy wyjść z sali.."tłum" rządzi się
                  innymi, własnymi prawami i jest w pewnym sensie "egoistyczny"..
                  łatwiej rzucić nieprzyjemny tekst w kierunku chorego proszacego o
                  spokój lub interweniujacej pielegniarce gdy ma sie za plecami małe
                  stadko "swoich"..no i w ich obecności nie wypada dać sobą "rządzić"
                  nawet gdy zachowanie jest z gatunku ponizej krytyki
                  • attiya no dobra 17.02.09, 17:51
                    no dobra - w sumie przecież chodzi o kulturę odwiedzających i o dobro chorych -
                    jedno z drugim połączyć można - w końcu nikomu tłumaczyć nie trzeba, że szpital
                    to nie kawiarnia. Koniec konców najważniejszy jest pacjent.
                    A jeśli chodzi o jedzenie - no naprawdę nie mogłam sie powstrzymac, choć mój
                    lekarz zawsze powtarzał, że wszystko w granicach zdrowego ludzkiego rozsądku
                    jest dozwolone wink
                    • sir.vimes Re: no dobra 17.02.09, 18:41
                      No ale kto ma uczyć tej kultury? Zakaz odwiedzania?

                      Nie mam nic przeciwko temu by w regulaminie odwiedzin czerwonymi wołami,
                      największą czcionką, widniało, że "bez flaszek, nie drzeć się, nie karmić
                      chorego brudnymi łapami kebabem, wychodzić gdy ktoś prosi, przebiera się, robi
                      kupę; nie siedzieć 24 godziny an dobę, nie ryczeć telewizorem , radiem i
                      telefonem, nie komentować obcych ludzi, nie przyprowadzać dzieci, nie odwiedzać
                      gdy się jest chorym , przeziębionym" itp tylko zdaje się, ze to i tak
                      uwzględnione w regulaminie jest (nie widziałam np. nigdy regulaminu, który nie
                      zawierałby zakazu przyprowadzania małych dzieci) .

                      Ale zakaz odwiedzania czy jakieś odgórnie narzucone dwie godziny to czysty
                      absurd. Może w szpitalach przydałaby się lepsza ochrona, z możliwością
                      reagowania i prawem do wywalenia z sali 10 osobowej bandy rozplotkowanych
                      zakatarzonych wielbicieli pikników?
                      Tylko ktoś, bo przecież nie nieprzytomny lub osłabiony pacjent, musiałby
                      powyższą ochronę informować i prosić o reakcję. Kto?
                      • babcia47 Re: no dobra 17.02.09, 19:01
                        > Ale zakaz odwiedzania czy jakieś odgórnie narzucone dwie godziny
                        to czysty absurd.
                        cae dziesieciolecia ten absurd funkcjonował i miał sie dobrze, wiem
                        bo z okazji pierwszej ciąży była 4 x w szpitalu, z druga raz potem
                        zdarzyło sie tez ze dwa razy, połoznic wogóle nie mozna było
                        odwiedzać a ojcowie zazwyczaj poznawali swoje pociechy dopiero przy
                        wypisie..ale to nie było dobre..odwiedziny były tylko w niedziele
                        przez 2-3 godziny i w srodę..ale jeżeli ktoś przyjechał z daleka,
                        pracował w systemie zmianowym itp. to często pozwalano na odwiedziny
                        w drodze wyjątku..gdyby obecnie ograniczono do 2 godzin dziennie
                        wizyty(z określonymi wyjątkami) tez nikomu nic by się nie
                        stało..osoby "chodzące" zawsze mogły zejść do holu lub do ogrodu
                        niezaleznie od godziny i spotkac się ze znajomymi..do stale leżących
                        dopuszczano nawet wówczas kogos kto sie tą osoba opiekował..nawet ze
                        zwykłej wygody, bo odciążał pielęgniarki
                        • sir.vimes Re: no dobra 17.02.09, 22:10
                          > cae dziesieciolecia ten absurd funkcjonował i miał sie dobrze

                          Chciałam się dowidzieć czy chcesz powrotu do systemu "2 godzinki w środę, 2
                          godzinki w niedzielę" . I już wiem.
                          • babcia47 Re: no dobra 18.02.09, 10:52
                            > Chciałam się dowidzieć czy chcesz powrotu do systemu "2 godzinki w
                            środę, 2
                            > godzinki w niedzielę" . I już wiem.

                            dla tłumów i pikników tak, jak najbardziej!! szpital jest po to by
                            się leczyc a nie by prowadzić życie towarzyskie
                            • attiya Re: no dobra 18.02.09, 10:54
                              babcia47 napisała:

                              > > Chciałam się dowidzieć czy chcesz powrotu do systemu "2 godzinki w
                              > środę, 2
                              > > godzinki w niedzielę" . I już wiem.
                              >
                              > dla tłumów i pikników tak, jak najbardziej!! szpital jest po to by
                              > się leczyc a nie by prowadzić życie towarzyskie

                              amen
                        • katia.seitz Re: no dobra 18.02.09, 12:07
                          > cae dziesieciolecia ten absurd funkcjonował i miał sie dobrze

                          Może absurd miał się dobrze, ale pacjenci nie sad
                          Leżałam w szpitalu jako 8-latka i moi rodzice mogli mnie odwiedzać właśnie na
                          takich rygorystycznych zasadach... To było straszne. Dzieci na salach płaczące
                          za rodzicami i pielęgniarki, które zaglądały do nich raz na parę godzin. Nie
                          wolno nawet było zadzwonić do rodziny z telefonu na kartę znajdującego się na
                          korytarzu (komórek oczywiście wtedy nie było). Rzeczywiście, świetne rozwiązanie sad
                          • sir.vimes Re: no dobra 18.02.09, 12:16
                            > Może absurd miał się dobrze, ale pacjenci nie sad

                            dokładnie.
                          • babcia47 Re: no dobra 18.02.09, 12:26
                            odziały dzieciece to inna broszka i do przebywania rodziców na nich
                            nawet 24h/na dobe nie mam zastrzezen..ale rodziców pojedynczo lub w
                            parze, ewentualnie innych osób pojedynczo.. a nie w wielkich
                            delegacjach skłądajacych sie z dalekich pociotków, stada rodzeństwa,
                            które po 5 minutach sie nudzi i zaczyna rozrabiać..ja tez byłam w
                            szpitalu majac ok 8 lat..mama miała do mnie dostep zawsze mimo, że
                            to były czasy głębokiego PRL-u..dopuszczono do mnie poza godzinami
                            odwiedzin nauczycielke (samą), która chciała mnie odwiedzic i
                            podnieść na duchu..inne osoby miały wyznaczone pory odwiedzin
                          • ewa-krystyna Re: no dobra 18.02.09, 21:49
                            katia.seitz napisała:

                            >cryingkomórek oczywiście wtedy nie było).


                            teraz komorka tez ci na nic w szpitalu,bo i tak ich nie nalezy uzywac i powinny
                            byc wylaczone na terenie szpitala smile
                            • babcia47 Re: no dobra 18.02.09, 22:05
                              > teraz komorka tez ci na nic w szpitalu,bo i tak ich nie nalezy
                              uzywac i powinny
                              > byc wylaczone na terenie szpitala smile
                              marzenie..dwie z moich sasiadek na okrągło korzystało bez wyciszania
                              syglałó..ja również ale miałam ustawiony tel na wibracje
                              • ewa-krystyna Re: no dobra 19.02.09, 15:22
                                w Kanadzie,gdzie mieszkam, na terenie szpitali jak i zwyklych przychodni jest
                                zakaz uzywania komorek smile uzywanie ich wszedzie uwazam za istna plage... jednak
                                musze przyznac,ze u nas obok kazdego lozka jest telephone i mozna go uzywac,ale
                                i system jest inny smile
                                • aga_rn Re: no dobra 21.02.09, 00:32
                                  ewa-krystyna napisała:

                                  > w Kanadzie,gdzie mieszkam, na terenie szpitali jak i zwyklych
                                  przychodni jest
                                  > zakaz uzywania komorek smile uzywanie ich wszedzie uwazam za istna
                                  plage... jednak
                                  > musze przyznac,ze u nas obok kazdego lozka jest telephone i mozna
                                  go uzywac,ale
                                  > i system jest inny smile

                                  Ewa-Krystyna, ten zakaz zaczyna sie powoli zmieniac smile Moj szpital
                                  (w Toronto) od pewnego czasu jest cell-friendly wink Mozna uzywac
                                  komorek na terenie szpitala, prosza tylko o szanowanie spokoju
                                  innych pacjentow i ich rodzin smile
                                  • ewa-krystyna Re: no dobra 21.02.09, 15:24
                                    tego nie wiedzialam smile ale dalej uwazam,ze cell sa jak najbardziej niepotrzebne
                                    kiedy ma sie obok lozka normalny telephone....
                                    w ktorym szpitalu pracujesz?
                                    • aga_rn Re: Ewa-Krystyna 22.02.09, 03:51
                                      Hehe, Ewa_Krystyna, mysle ze powoli zobaczymy te wywieszki typu "our
                                      hospital is cell-friendly" wink Ale ja musze powiedziec ze po moim
                                      drugim porodzie (cala noc na nogach bo chodzilam sobie po domu a do
                                      porodu pojechalam w ostatniej mozliwej chwili) przeklinalam na czym
                                      swiat stoi te stacjonarne telefony przy lozkach wink Moja sasiadka w
                                      lozku obok caly dzien wisiala na telefonie (duzo telefonow bylo do
                                      niej) i organizowala ceremonie obrzezania dla swego syna ( a czasu
                                      miala niewiele bo trzeba tego dokonac w 8-mym dniu po urodzeniu. A
                                      mi sie tak chcialo spac sad

                                      Nie wiem czy czytalas moj wczesniejszy post na temat odwiedzin w
                                      szpitalu w tym watku. Ja jestem za tym aby rodzina miala dostep do
                                      swoich bliskich w szpitalu (szczegolnie tych bardzo chorych, w
                                      ciezkim badz krytycznym stanie, itp.) bo zakazy powoduja tylko
                                      negatywne emocje i zachowania. Ale to co sie wyrabia w szpitalach w
                                      Toronto (ja pracuje w Humber River Regional) jest czasami nie do
                                      opanowania. W moim szpitalu bardzo duzo pacjentow jest pochodzenia
                                      wloskiego. O ile sa to naprawde rodzinni i w wiekszosci mili
                                      ludzie, za tez po prostu bardzo meczacy. Cala rodzina musi odwiedzac
                                      swojego bliskieo na OIOM-ie. Czyli nie tylko dzieci, ale tez wnuki,
                                      kuzyni i ich dzieci,wujkowie, sasiedzi i przyjaciele. No i niestey,
                                      notorycznie ignoruja zalecenia. Ostatnio mielismy takie zaostrzeni e
                                      sytuacji ze ochrona siedziala w naszym oddziale non stop aby
                                      pilnowac rodzine jednego pacjenta, a my mielismy zalecone aby w
                                      sytuacji jakiejkolwiek eskalacji problemu dzwonic po policje sad
                                      A co powiesz na sytuacje kiedy umieral Somalijczyk, ktory wsrod
                                      swojej spolecznosci byl wazna i respektowana osoba. W jedno
                                      popoludnie naliczono okolo 200 osob z ktorych kazdy chcial odwiedzic
                                      tego mezczyzne w OIOM-ie. Oczywiscie ochrona musiala "kierowac
                                      ruchem" bo mamager nalegala ze trzeba odwiedzjacym umozliwic wizyte
                                      w imie respektowania ich zwyczajow, tyle ze nikt nie pomyslal ani o
                                      innych pacjentach, ani o innych rodzinach (ktore nie mialy gdzie
                                      odpoczac bo pokoj dla odwiedzajacych byl okupowany przez ten caly
                                      tlum), juz nie mowiac o pielegniarkach ktore nie byly w stanie
                                      normalnie wykonywac swojej pracy. Ja naprawde wierze w Open
                                      Visiting policy, z perspektywy pacjenta dla ktorego obecnosc
                                      bliskich ma znaczenie terapeutyczne, ale niestety, w wiekszosci
                                      przypadkow strzelamy sobie w stope bo rodziny po prostu nie chca z
                                      nami wspolpracowac sad I nie widze wyjscia z tej sytuacji bo nikt
                                      nie wroci do restrykcyjnych przepisow.
                                      Pozdrowienia

                                      www.youtube.com/watch?v=I9eLeZS9OeY

                                      https://www.suwaczek.pl/cache/76ad570fcd.png
                      • attiya Re: no dobra 17.02.09, 20:54
                        no wiesz....dobre pytanie....obawiam się, że niektórych ucząc całe życie nie
                        nauczysz....A niektórzy załapią, że tak powiem za pierwszym razem....A zreszta
                        zawsze się znajdzie gieroj, który będzie uważał, że ma do wszystkiego
                        prawa....Inni z kolei powiedzą wszystkim w sali "dzień dobry" i wyjdą z krewnym
                        na korytarz.
        • kkokos Re: Protozoa 17.02.09, 21:39
          > Nigdy w życiu nie widziałam dziecka z wizytą w szpitalu.

          a ja owszem, bardzo często.
        • azile.oli Re: Protozoa 18.02.09, 11:16
          Zgodzę się całkowicie z sir.vimens. Po cc miałam ścisłą dietę, nikt
          z rodziny mnie nie dokarmiał. Potem przeszłam na tzw salę ogólną,
          gdzie matki karmiące otrzymywały na obiad np łazanki z kapustą.
          Jadły to tylko te pacjentki, których nikt nie odwiedzał. W przypadku
          kobiet po cc takie danie mogło spowodować dodatkowe komplikacje, nie
          tylko kolkę u dziecka, zwłaszcza, jak się 3 dni tylko kleik jadło
          (albo i nie, bo był ohydny).
          Co do zepsutych przycisków...były sprawne. Niestety, po drugim
          porodzie, gdzie pielęgniarka miała zaglądać do mnie co kilkanaście
          minut, o mało nie zeszłam z tego świata, bo dostałam atonii macicy i
          krwotoku. Była noc z piątku na sobotę, mąż został wyproszony z
          oddziału , tylko pacjentkom z sąsiedniej sali zawdzięczam , że żyję.
          Dzwoniłam, ale pielęgniarki poszły sobie na plotki na porodówkę.
          Traciłam przytomność, gdy jakaś kobieta je znalazła, a krew lała się
          już po podłodze. Były tak przestraszone, że pobiegły po lekarza nie
          czekając na windę. Pokój lekarski był, niestety, dwa piętra wyżej.
          Nie piszę tego tendencyjnie i oskarżająco. Sama mam mamę
          pielęgniarkę. Mnie potem tych dziewczyn było nawet żal, bo jeden
          lekarz wpadł na salę i zajął się mną, a drugi nie wiedział, czy
          najpierw tych pielęgniarek nie udusić. Wydarł się na nie straszliwie.
          Gdyby był przy mnie mąż, ratunek przyszedłby znacznie szybciej. A
          tak, najpierw kilkakrotnie dzwoniłam, potem zaczęłam krzyczeć,
          przybiegła jakaś dziewczyna po porodzie, zanim obeszła wszystkie
          sale i w końcu trafiła na porodówkę trochę czasu minęło.
      • asia_i_p Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:21
        Zaspakajanie potrzeb psychicznych ma wpływ na stan zdrowia chorego,
        a "umieranie z tęsknoty" nie jest takie zabawne, jak ci się wydaje.
        Niepotrzebnym pobytem w szpitalu (jakby mi, do cholery, badań nie
        mogli przeprowadzić ambulatoryjnie, a pouczyć w sprawie diety przy
        cukrzycy ciężarnych w gabinecie) zafundowano mi depresję w czasie
        ciąży. A zakażenia pokarmowego raczej nie przywlekli odwiedzający
        (nie jadłam żadnego donoszonego jedzenia) - sądząc z odporności na
        jakiekolwiek leczenie była to zadomowiona bakteria szpitalna. Bogu
        dziękuję, że mąż mógł mnie odwiedzać, czekałam na te wizyty jak na
        zbawienie, licząc minuty.
        I zmieniłabym kolejność przymiotników - w szpitalu potrzebny jest
        względny spokój i intymność. Co to znaczy "względna intymność"? To
        znaczy, że może być naruszana, kiedy tylko personelowi jest tak
        wygodnie?
        Jeżeli rodzina ma nie przynosić domowych smakołyków, to porcje w
        szpitalach nie powinny być głodowe i powinny być dostosowane do
        diety - jeść dostawaliśmy mało i nie zawsze mogłam zjeść, bo często
        było fabrycznie słodzone - a ze strachu przed złamaniem diety i
        dłuższym pobytem w szpitalu dojadałam tylko sucharkami bezcukrowymi.
        I dlaczego pielęgniarki przy rannym mierzeniu temperatury mogą mnie
        zupełnie wybudzić o piątej zapalając ranne światło i łomocząc
        drzwiami, a po południu nie może mnie odwiedzić mąż, bo jeszcze mnie
        obudzi? Dlaczego osoba, która mi ewidentnie pomaga, podtrzymując na
        duchu, ma się zmywać z podkulonym ogonem, kiedy pojawią się
        studenci, dla których jestem pomocą dydaktyczną? I dlaczego nikt
        mnie nie spyta, czy tą pomoca dydaktyczną zgadzam się być?
        Dewiza House'a, że "leczy się chorobę, a chory tylko w tym
        przeszkadza" to miał być żart, a polscy lekarze najwyraźniej biorą
        to poważnie.
        • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:39
          Zaspakajanie potrzeb psychicznych ma wpływ na stan zdrowia chorego,
          > a "umieranie z tęsknoty" nie jest takie zabawne, jak ci się
          wydaje.
          a czy sadzisz, ze zapobieganie "umieraniu z tesknoty" dwóch
          pacjentek przez przewalanie się przez cały dzień od 8-mej do 22-
          giej, naprzemiennie, delegacji rodzinno-sasiedzko-kolezeńskich w
          grupach mieszanych: mężczyźni, kobiety, dzieci, po 4-8 osób w kazdej
          delegacji wpływa korzystnie na pozostałych pacjentów leżących na
          sali po operacjach lub wypadkach?
          • asia_i_p Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:56
            Czyli podpisujesz się pod pomysłem, żeby odwiedziny ograniczyć do
            dwóch godzin dziennie?
            • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 16:09
              dla tabunów tak..dla osób zajmujacych sie osobami obłoznie chorymi
              lub małymi dziecmi z możliwoscia przebywania przez cały dzień..ale
              pojedynczo..do mycia itp. mozna poprosic o pomoc pielegniarke, która
              i tak będzie szczęśliwa, że ta osoba z rodziny zajmuje sie taką
              osobą przez wiekszość dnia..dla osób "chodzących" wydzielić sporą
              salę/świetlicę w szpitalu gdzie bedą mogły zejść i spotkac się z
              bliskimi, którzy nie moga przyjść w innych godzinach..w ciepłych
              porach roku przy kazdym przewaznie szpitalu do dyspozycji dla takich
              osób jest park lub ogród przy szpitalu
              • figrut Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 03:09
                babcia47 napisała:

                > dla tabunów tak..dla osób zajmujacych sie osobami obłoznie chorymi
                > lub małymi dziecmi z możliwoscia przebywania przez cały dzień..ale
                > pojedynczo..do mycia itp. mozna poprosic o pomoc pielegniarke, która
                > i tak będzie szczęśliwa, że ta osoba z rodziny zajmuje sie taką
                > osobą przez wiekszość dnia..
                Bierzesz pod uwagę przypadki, gdzie w czynnościach pielęgnacyjnych i karmieniu
                muszą brać udział minimum dwie osoby ? Nie piszę tu o malutkich, lekkich
                dzieciach, a o pacjentach dorosłych w stanie terminalnym.
                • sir.vimes Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 10:09
                  Nie, babcia nie bierze pod uwagę przypadków gdy dobro chorego wymaga znoszenie
                  przez innych pacjentów rodziny przy łożu więcej niż 2 h w niedzielę i w środę.
                  • ib_k sir.vimes 18.02.09, 10:29
                    > Nie, babcia nie bierze pod uwagę przypadków gdy dobro chorego wymaga znoszenie
                    > przez innych pacjentów rodziny przy łożu więcej niż 2 h w niedzielę i w środę.


                    myślę że nie starasz się zrozumieć tego co pisze babcia i inne dziewczyny, nie mamy nic przeciwko osobą opiekującymi się chorym, nawet 24/24 ale POJEDYŃCZO, tzn jedna osoba na raz, protestujemy przeciwko odwiedzinom tabunów ludzi różnej płci, przez cały dzień!

                    • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 10:36
                      Figrut właśnie pyta o sytuacje gdy potrzebna jest więcej niż jedna osoba. Więc
                      to chyba nie ja się nie staram zrozumieć...


                      > myślę że nie starasz się zrozumieć tego co pisze babcia i inne dziewczyny, nie
                      > mamy nic przeciwko osobą opiekującymi się chorym, nawet 24/24 ale POJEDYŃCZO
                      • mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 10:47
                        Sir.vimes, myślę, że upierasz się dla zasady wink
                        "Pojedynczo" to skrót myślowy od "tyle osób, ile jest niezbędne przy pięlęgnacji".
                        Wszyscy macie rację. Krótko mówiąc - odwiedziny towarzysko piknikowe bardzo
                        ograniczone, odwiedziny pielęgnacyjne w ilości osób tyle ile jest potrzebne
                        nieograniczone. Tak gra?
                        smile
                        • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 10:50
                          Mediatorka się znalazła;PPP

                          Upieram się, że nie 2 godziny i nie dwa razy w tygodniusmile

                          odwiedziny towarzysko piknikowe bardzo
                          > ograniczone, odwiedziny pielęgnacyjne w ilości osób tyle ile jest potrzebne
                          > nieograniczone. Tak gra?

                          Tak, gra. I telewizorem nie ryczeć.
                          • mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 10:58
                            sir.vimes napisała:

                            > Mediatorka się znalazła;PPP
                            A bo wiem z doświadczenia, że w toku dyskusji jak jest 150 postów to się
                            przydaje spojrzenie z boku.

                            > Upieram się, że nie 2 godziny i nie dwa razy w tygodniusmile

                            Jejku, to obojętnie jak. Porę trudno ustalić. Ale jak nie będzie to w
                            jakikolwiek sposób czasowo i terminowo uregulowane, to sytuacja będzie taka jaka
                            jest, czyli bez przerwy będą się tabuny po salach przewalać.
                            Widzę, co się dzieje na dziecięcym u mojej matki, masakra chwilami jest. W
                            sezonie grypowym są awantury, bo siostrzyczka nie może braciszka odwiedzić (i
                            nie ma znaczenia, że siostrzyczka ma 1,5 roku, a braciszek 2 miesiące i obojgu
                            te odwiedziny gilają), w salach jest tłok i syf, syf, nawet nie bałagan tylko
                            syf. Nad łóżkiem dziecka niejednokroć siedzi matka, ojciec, i babcia z
                            dziadkiem, jakby k.wa nie można było się umówić, że przyjdą pojedynczo, nie
                            rodzina potęgą jest i basta. Dużo by opowiadać.
                            • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:16
                              No, to jasne, ale to inna historia.

                              Zresztą - w dziecięcym troszkę nie wyobrażam sobie ograniczeń (oprócz ilości
                              osób - bo przecież mogą wizytować niekoniecznie całą bandą na raz).

                              Ale jeśli byłyby narzucone godziny , np. 15-17 , to wielu chorych obeszłoby się
                              bez żadnej wizyty, obiadu i mycia bo rodzina mogłaby nie dać rady dostosować się
                              do wymogów.

                              Wiesz, ja tez miałam dzikie akcje szpitalne - łącznie z chorym mężem, który
                              odwiedzał żonę na położnictwie. i, nieprawda, ja z wcześniakiem, rozumiesz, a tu
                              mi facet kaszle, charcha itp itd.

                              Spuścić po schodach, ot co. Co do dzieci w szpitalu - naprawdę nie widziałam
                              nigdy. Nawet na położniczym rodzeństwo tylko duże (po chyba 15 roku życia)
                              odwiedzało nowo narodzone.

                              Ale nie widzę opcji by utrudniać ludziom dostęp do chorego. Za wiele razy byłam
                              w szpitalu by uznawać to za dobre.
                              • mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 11:35
                                Cytat
                                > Zresztą - w dziecięcym troszkę nie wyobrażam sobie ograniczeń (oprócz ilości osób - bo przecież mogą wizytować niekoniecznie całą bandą na raz).


                                Ograniczenie nr 2 - osobom przeziębionym wstęp wzbroniony.
                                Ograniczenie nr 3 - to już moje osobiste - tylko NAJBLIŻSZA RODZINA, ograniczona do rodziców i dziadków. Na litość, dwulatkowi naprawdę to gila, czy go odwiedzi chrzestna, chrzestny i ulubiona pani sąsiadka.

                                Póki co, jest sytuacja patowa. Wyjściem byłby odpowiedni system interwencyjny, czyli zapis w regulaminie odnoszący się - tak, tak, do zasad kultury - i jego egzekwowanie. Ochrona w szpitalu ma niestety bardzo ograniczone uprawnienia, może usunąć awanturujące się osoby lub takie, co stwarzają zagrożenie publiczne. Nie będzie wzywać policji do tego, że przy łóżku pani Kowalskiej są 3 koleżanki głośno rozmawiające przez komórkę i komentujące otoczenie.

                                Właściwie to wyjścia z sytuacji jako takiego nie ma. Ograniczenie odwiedzin powinno być, jak najbardziej, tylko problem, jak to zorganizować logistycznie. Bo, jak sama widzisz, na zwykłą kulturę ludzi nie ma co liczyć, zwłaszcza, kiedy jej brak.

                                Na patologii ciąży leżałam w sali - tadaaam - 8-osobowej. Możesz to sobie wyobrazić tongue_out. Do jednej pani z tzw. marginesu przyjeżdzał dzień w dzień mąż z bandą kolegów z kroniki kryminalnej, na sąsiednim łóżku parka przez kilka godzin dziennie uprawiała dziki petting. Mąż jednej pani - przyjezdnej - potrafił siedzieć cały dzień, bo skoro już wydał xxx kasy na pociąg, to szkoda by było na godzinę. Telewizor wył cały dzień, bo banda z kroniki kryminalnej hmmm go zhakowała ;/. W desperacji wiałam do koleżanki na salę obok, gdzie był większy luz, ale zaraz słyszałam "pani P., pani jest pacjentka leżąca, proszę do łóżka wracać".
                                • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:39
                                  No weź, a kto odwiedza SĄSIADÓW??? Chyba, ze musi zastąpić rodziców/bliskich w
                                  jakichś czynnościach pielęgnacyjnych.

                                  > Ograniczenie nr 3 - to już moje osobiste - tylko NAJBLIŻSZA RODZINA, ograniczon
                                  > a do rodziców i dziadków. Na litość, dwulatkowi naprawdę to gila, czy go odwied
                                  > zi chrzestna, chrzestny i ulubiona pani sąsiadka.

                                  A co do chorych ludzi odwiedzających - tylko kretyn coś takiego robi. Moim
                                  zdaniem to to samo co jazda po pijaku - taki człowiek jest potencjalnym
                                  mordercą. I już. Odpowiedzialność powinna być taka sama.

                                  Ja też miałam na patologii salę 8 osobową. I właściwie dość podobne klimaty.
                                  • mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 11:45
                                    Cytat
                                    No weź, a kto odwiedza SĄSIADÓW??? Chyba, ze musi zastąpić rodziców/bliskich w jakichś czynnościach pielęgnacyjnych.


                                    Życia koleżanka Vimes nie zna. tongue_out
                                    Gdy urodziłam Szymona, przez jeden dzień zwaliły się do mnie 2 sąsiadki, potem jedna "przy okazji, bo akurat odwiedzała teściową w szpitalu", syn sąsiadki (ok, znam go od przedszkola, potem mieliśmy jakis hmm epizod, ale bez przesady, nie jest to powód aby po 6 latach od epizodu odwiedzać mnie w szpitalu), małoletnia córka sąsiadki z koleżanką, matka koleżanki z ogólniaka (taak, też przy okazji). Na drugi dzień poprosiłam oddziałową, aby wpuszczała do mnie wyłącznie rodzinę pt. moja matka i moja siostra.

                                    A - żeby nie było, byłam na 1-osobowej sali, jakby to było na sali wieloosobowej, to bym pewnie wcześniej darła mordę. I tak uważam, że darłam za późno.
                                    • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:19
                                      przez jeden dzień zwaliły się do mnie 2 sąsiadki, potem
                                      > jedna "przy okazji, bo akurat odwiedzała teściową w szpitalu", syn sąsiadki

                                      Zabiłabym. Tępą siekierą.
                                      • mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 12:40
                                        Aaa - odwiedziły mnie jeszcze niemal wszystkie pielęgniarki z oddziału
                                        dziecięcego, na którym pracuje moja matka uncertain.

                                        Jak leżałam na internie z jedną panią po 70-tce, codziennie była u niej
                                        przynajmniej 3-osobowa delegacja z kółka różańcowego czy jakiejś tam innej
                                        wspólnoty. Sceny komiczne się odgrywały, bo wszystkie panie przygłuche i rozmowy
                                        na zasadzie "jak się macie Bartoszu?" - "mam indyki w koszu", bardzo głośno.

                                        Przez 5 minut takie sceny są komiczne, potem wyłącznie drażnią. Miałam discmana
                                        na szczęście big_grin.
                                        • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:43
                                          Ale to już nie wina pań że głuche;P

                                          Ja raz leżałam z kobietą, która co 10 minut wzywała pielęgniarkę . Spokój był
                                          tylko wtedy gdy przy łożu siedziały córki i konwersowały. Gdybym miała zwyczaj
                                          się modlić, modliłabym się by i na noc zostawały.
                                        • jowita771 Kotula 18.02.09, 13:18
                                          Ciesz się, że nabożeństw nie odprawiały, tak tez mogło być. Kumpela leżała
                                          kiedyś w szpitalu i opowiadała, że salę obok była babka - ŚJ. Chodziła i
                                          nawracała zupełnie nie przyjmując do wiadomości odmowy. Ale chyba typ najgorszy,
                                          jaki mógł się trafić - neofitka koło 80-tki.
                                  • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 11:48
                                    > No weź, a kto odwiedza SĄSIADÓW??? Chyba, ze musi zastąpić
                                    rodziców/bliskich w
                                    > jakichś czynnościach pielęgnacyjnych.
                                    pisałam w jednym z pierwszych postów..znakomita część "tabunów" to
                                    byli sąsiedzi
                              • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 12:14
                                boszsze, sir.vimes..czy Ty naprawde nie potrafisz czytac ze
                                zrozumieniem? nie mam nic przeciw JEDNEJ osobie, która "waruje" i
                                pomaga w opece nad osobą, która tego wymaga, jest obłoznie chora,
                                niesprawna ruchowo itd. ale do szału doprowadza mnie fakt, ze kazdy
                                kto sobie przypomni, że ma znajomego, sąsiada, krewnego w szpitalu
                                może w celach towarzyskich przyjśc do szpitala, czesto w sporej
                                grupie i przebywać na oddziale bez zadnych ograniczeń dotyczących
                                ilości przebywajacych osób, godzin odwiedzin (bywało, ze do 22-giej,
                                a nawet i później), bez kontroli co do zachowania tych osób, często
                                głosnego i uciążliwego dla innych pacjentów, którzy sa w szpitalu
                                nie dlatego, ze im sie tak zachciało ale dlatego, ze ich zdrowie a
                                czasem zycie trzeba ratować????
                                • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:20
                                  Babciu. TY nie umiesz czytać ze zrozumieniem. Od początku piszę, ze grupy
                                  odwiedzających i pikniki są niedopuszczalne.
                                  • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 12:31
                                    > Babciu. TY nie umiesz czytać ze zrozumieniem. Od początku piszę,
                                    ze grupy
                                    > odwiedzających i pikniki są niedopuszczalne
                                    ..wiec dlaczego oburza Cie propozycja by ograniczyc ich wizyty do
                                    kilku godzin w tygodniu przy zachowaniu pozwolenia na jedno-dwu
                                    osobowe przebywanie osób opiekujacych sie obłoznie chorymi bez
                                    ograniczeń, za zgoda i wiedzą personelu medycznego?
                                    pisząc obłoznie chorymi mam tu również na mysli cięzarne na
                                    patologii, które maja nakaz leżenia plackiem..
                                    • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:41
                                      Oburza mnie propozycja by ograniczyć wizyty do dwóch godzin w tygodniu i
                                      wybranych dni.

                                      Nie może oburzać mnie propozycja o ograniczeniu wizyt 10 osobowych grup bo jak
                                      najbardziej jestem za niewpuszczaniem tylu osób na raz do chorego (zresztą,
                                      zazwyczaj takiej opcji nie ma, 3 osoby na raz to maksimum z jakim się spotkałam,
                                      w innych sytuacjach wypraszały grupę pielęgniarki lub inne pacjentki).
                                      • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 13:08
                                        > Nie może oburzać mnie propozycja o ograniczeniu wizyt 10 osobowych
                                        grup bo jak
                                        > najbardziej jestem za niewpuszczaniem tylu osób na raz do chorego
                                        (zresztą,
                                        > zazwyczaj takiej opcji nie ma, 3 osoby na raz to maksimum z jakim
                                        się spotkałam , w innych sytuacjach wypraszały grupę pielęgniarki
                                        lub inne pacjentki).
                                        Na oddziale gdzie ja przebywałam pielegniarki były zbyt zapracowane
                                        by kontroliwac ilośc odwiedzających, ich zachowanie i ewentualnie
                                        wypraszać..pacjentki przewaznie zbyt słabe (oddział cho=iryrgiczno-
                                        ortopedyczny)..odgórny zakaz odwiedzania chorych przez tabuny, poza
                                        wyznaczonymi godzinami pozwoliłby ochronie na niewpuszczanie
                                        odwiedzających poza uzgodnionymi przypadkami: osób zajmujacych sie
                                        osobami obłoznie chorymi lub tymi, którzy nie moga odwiedzic w
                                        innych godzinach..ale uzyskali indywidualne zezwolenie po
                                        wyjasnieniu swojej sytuacji..to by sprawiło, ze sytuacja byłaby pod
                                        kontrola a osób przebywajacych poza wyznaczonymi godzinami byłaby
                                        ograniczona ilość..tak było zreszta w czasach obowiązywania tych
                                        restrykcyjnych przepisów!!! zawsze osoba "chodząca", czyli taka
                                        która nie wymaga specjalnie spokoju, lezenia, jest np. na badaniach,
                                        ustawianiu dawek leków itd. mogła spotkac sie z osobami, które
                                        przyszły w innych godzinach niz obowiązujace w przeznaczonej do tego
                                        osobnej sali w szpitalu, w holu lub w przylegajacym do szpitala parku
                                      • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 18:07
                                        > Nie może oburzać mnie propozycja o ograniczeniu wizyt 10 osobowych
                                        grup bo jak
                                        > najbardziej jestem za niewpuszczaniem tylu osób na raz do chorego
                                        (zresztą,
                                        > zazwyczaj takiej opcji nie ma, 3 osoby na raz to maksimum z jakim
                                        się spotkałam
                                        > ,
                                        > w innych sytuacjach wypraszały grupę pielęgniarki lub inne
                                        pacjentki).
                                        >
                                        hmm przez te dwa dni kiedy byłam na oddziale grupy 3-osobowe
                                        zdarzały sie rzadko..zazwyczaj były 4-8 osobowe..a pielegniarki
                                        miały naprewdę dość innej roboty przy zabiegach medycznych i
                                        higienicznych pacjentów leżących po operacji lub na wyciągach ..do
                                        nich o ten stan rzeczy mam najmniej pretensji..one nie sa od tego by
                                        jeszcze pilnowac odwiedzajacych..od tego jest regulamin, wewnetrzne
                                        zarządzenia i osoba przy drzwiach wejsciowych na oddziały szpitalne,
                                        coś w rodzaju recepcji gdzie moga też przebywać ochroniarze..jest
                                        tez telefon, za pomoca którego można wpuscic na
                                        oddział "wyjatkowego" goscia
                              • attiya Re: sir.vimes 18.02.09, 12:48
                                sir.vimes napisała:

                                > No, to jasne, ale to inna historia.
                                >
                                > Zresztą - w dziecięcym troszkę nie wyobrażam sobie ograniczeń (oprócz ilości
                                > osób - bo przecież mogą wizytować niekoniecznie całą bandą na raz).
                                >
                                > Ale jeśli byłyby narzucone godziny , np. 15-17 , to wielu chorych obeszłoby się
                                > bez żadnej wizyty, obiadu i mycia bo rodzina mogłaby nie dać rady dostosować si
                                > ę
                                > do wymogów.
                                >
                                > Wiesz, ja tez miałam dzikie akcje szpitalne - łącznie z chorym mężem, który
                                > odwiedzał żonę na położnictwie. i, nieprawda, ja z wcześniakiem, rozumiesz, a t
                                > u
                                > mi facet kaszle, charcha itp itd.
                                >
                                > Spuścić po schodach, ot co. Co do dzieci w szpitalu - naprawdę nie widziałam
                                > nigdy. Nawet na położniczym rodzeństwo tylko duże (po chyba 15 roku życia)
                                > odwiedzało nowo narodzone.
                                >
                                > Ale nie widzę opcji by utrudniać ludziom dostęp do chorego. Za wiele razy byłam
                                > w szpitalu by uznawać to za dobre.

                                a ja widziałam i to nie raz w ubiegłyum roku w szpitalu w Wołominie i momio
                                tego, że zwróciłam mu uwagę, to facet zasmiał mi sie w twarz i poszedł z tą
                                dwójką dalej
                          • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 11:04
                            > Tak, gra. I telewizorem nie ryczeć.
                            mi mniej przeszkadzało gdy ktoś sobie cicho zapuscił odcinek
                            ulubionego serialu po zapytaniu o zgode pozostałych pacjentek niz te
                            tabuny, głosne rozmowy, co chwila odzywajace sie komórki i głosne
                            rozmowy prowadzone za ich pomoca, wszedobylscy goscie płci obojga
                            sprawiajacy, ze nie miałam ani grama intymnosci i ani chwili by
                            odpocząć, nabierać sił i zdrowieć..zamiast leżeć, jak lekarz
                            przykazał, musiałam się ewakuowac w inne miejsca by wykonać
                            niezbedne czynności pielęgnacyjne, higieniczne..i to wszystko z
                            zawrotami głowy, z niebezpieczeństwem, że padnę zemdlona gdzieś na
                            korytarzu lub w łazience..to juz nie jest kwestia kultury lub
                            obyczaju..to jest stwarzanie autentycznych zagrozeń dla pacjenta
                            • attiya babciu ;-) 18.02.09, 11:09
                              no wiesz ale wazniejsze niż te twoje zabiegi pielęgnacyjne były wizyty całej
                              wielopokoleniowej rodziny - w końcu hahaha po to jest szpital....tylko jakby
                              tych ciągle przeszkadzajacych chorych tak gdzieśby ewakuować...przeszkadzają i
                              przeszkadzają...a już najbardziej w leczeniu przeszkadzają...
                            • sir.vimes radio i TV 18.02.09, 11:17
                              A mi cholernie przeszkadza jak ktoś ryczy TV lub radiem. Utrudnia leczenia,
                              denerwuje, nie daje spać, irytuje, zmusza do słuchania czegoś czego nie mam
                              ochoty słuchać.

                              Ale nie proponuję zakazu radia i TV. Czy pozwolenia na radio i TV przez 2 h
                              dziennie.
                              • babcia47 Re: radio i TV 18.02.09, 12:04
                                A mi cholernie przeszkadza jak ktoś ryczy TV lub radiem.
                                czy Ty umiesz czytac ze zrozumieniem? w tym konkretnym przypadku
                                telewizor został uruchonmiony za zgodą WSZYSTKICH pacjentek leżących
                                na sali w tym moją..gdsybyśmy się nie zgodziły telewizor by nie
                                grał..czepiasz się konkretnej sytuacji, do której doszło za ogólna
                                zgodą, na ogół telewizor był wyłączony..ale i tak osoba, która
                                dostała zgodę innych pacjentek nie miała okazji z tego skorzystać
                                mimo wrzuconej kasy, bo "tabuny", które się pojawiły w międzyczasie
                                uniemozliwiły to bardzo skutecznie zagłuszając 3x taką ilością
                                emitowanych decybeli
                            • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:18
                              Swoją drogą, w życiu nie przyszłoby mi do głowy narażać zdrowie i wlec się do
                              łazienki w celu uczesania gdy nakazano leżeć.

                              "..zamiast leżeć, jak lekarz
                              > przykazał, musiałam się ewakuowac w inne miejsca by wykonać
                              > niezbedne czynności pielęgnacyjne, higieniczne..i to wszystko z
                              > zawrotami głowy, z niebezpieczeństwem, że padnę zemdlona gdzieś na
                              > korytarzu lub w łazience."
                              • babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 11:57
                                > Swoją drogą, w życiu nie przyszłoby mi do głowy narażać zdrowie i
                                wlec się do
                                > łazienki w celu uczesania gdy nakazano leżeć.
                                nie wiem jak Ty ale ja czasem chciałam umyć zęby..a pokazywanie
                                zapienionej buzi i plucie do umywalki wydaje mi sie mało
                                estetyczne..leżałam w połowie lata, czasem potrzebowałam zwyczajnie
                                obmyc się z potu, przy braku zasłonki przy umywalce na sali było to
                                niewykonalne, przebrac sie w czysta bieliznę i koszule tez musiałam
                                w miejscu ustronnym a nie na oczach panów rezydujacych przy
                                sasiednim łóżku.. to ze czułam spory dyskomfort będąc potargana, z
                                przetłuszczonymi włosami to dodatek..ale dla mnie istotny i
                                stresogenny..a to zdrowieniu ponoc nie służy
                      • attiya Re: sir.vimes 18.02.09, 10:52
                        sir.vimes napisała:

                        > Figrut właśnie pyta o sytuacje gdy potrzebna jest więcej niż jedna osoba. Więc
                        > to chyba nie ja się nie staram zrozumieć...
                        >
                        >
                        > > myślę że nie starasz się zrozumieć tego co pisze babcia i inne dziewczyny
                        > , nie
                        > > mamy nic przeciwko osobą opiekującymi się chorym, nawet 24/24 ale POJEDYŃ
                        > CZO
                        jezu....czasem i takie się zdarzają - zrozum, że nie zawsze leżenie w szpitalu
                        oznacza nieruszanie się przez długi czas....ale ciągle mówimy tu o tabunach
                        odwiedzających.....nie przeszkadzałoby Ci 20 osób do jednego chorego na sali
                        6-osobowej? No już nie pisz mi, żeś w szpitalu taka towarzyska jesteś.....pop
                        swajo a cziort swajo
                        • sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:20
                          Nie jestem towarzyska w ogóle.

                          "No już nie pisz mi, żeś w szpitalu taka towarzyska jesteś....."

                          A jeżeli chcesz ze mną dyskutować przeczytaj moje posty - i pokaż chociażby
                          gdzie zachwycam się 20 osobowymi bandami.
                          • attiya Re: sir.vimes 18.02.09, 12:44
                            bo autorka wątku w kółko i namiętnie pisze przeciw czemu jest a z czym się
                            zgadza a ty w kółko maglujesz ten temat i maglujesz...
                            jej postulaty są rozsądne i przemyslane i nie ma tu z czym dyskutowac - rozsądek
                            w szpitalach przede wszystkim i tyle
                  • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 10:43
                    biore pod uwage i opisałam, ze taka sytuacja miała miejsce w czasie
                    mojego pobytu na tym oddziale, gdzie leżała stara kobieta z
                    Alzheimerem po operacji wstawienia sztucznego stawu biodrowego, jej
                    córka była obecna na okragło, od rana do wieczora i ona nam nie
                    przeszkadzała..do pomocy przy poważniejszych zabiegach (np. mycie,
                    zmiana pościeli)wołała pielegniarkę, która robiła to z nią chętnie,
                    bo i tak córka zastępowała ją/je przez wiekszośc dnia przy zabiegach
                    pielegnacyjnych przy mamie, pilnowała by ta nie wstawała (nie
                    powinna po operacji a chciała), chodziła, zajmowała sie nią,
                    rozmawiała, karmiła, poiła, podawała basen itd.
                    • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 10:49
                      ps. pielegniarki były bardzo w porządku i bardzo się starały, byłam
                      pod wrażeniem ich wysiłku, szczególnie, że na tym oddziale większośc
                      ludzi była unieruchomiona po wypadkach lub operacjach, wymagali bez
                      przerwy pomocy w podstawowych czynnościach..ich ilośc była wręcz
                      zbyt mała, ale nigdy nie odmawiały pomocy..gdy trzeba było zaczekac
                      na ich pomoc wynikało to z tego, ze akurat zajmują się innym
                      pacjentem a nie tym, ze piją kawkę w dyżurce (choc czasem miałyby
                      prawo chocby po to by odpocząć)..postawa lekarzy to inna bajka
                    • figrut Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 21:36
                      babcia47 napisała:

                      > biore pod uwage i opisałam, ze taka sytuacja miała miejsce w czasie
                      > mojego pobytu na tym oddziale, gdzie leżała stara kobieta z
                      > Alzheimerem po operacji wstawienia sztucznego stawu biodrowego, jej
                      > córka była obecna na okragło, od rana do wieczora i ona nam nie
                      > przeszkadzała..do pomocy przy poważniejszych zabiegach (np. mycie,
                      > zmiana pościeli)wołała pielegniarkę, która robiła to z nią chętnie,
                      Widzisz, nie zawsze pielęgniarki robią to chętnie. Bywają pielęgniarki z
                      powołaniem i bywają cierpiętnice, które przyszły do szpitala, bo w innym miejscu
                      pracy nie było.
                      Mój Ojciec leżał kilka dni w hospicjum. Na sali były trzy osoby leżące, które
                      całkowicie były zdane na innych. Leżał pan któremu poprawiałam pozycję, a do
                      którego przychodziły dwie osoby na kilkanaście minut. Pan miał tak przesikanego
                      pampersa, że łóżko było bardzo mocno zamoczone w tym miejscu. Pan nie mógł się
                      doprosić zmiany pozycji, bo większość pielęgniarek miało już przesyt w pomaganiu
                      temu człowiekowi. Sama nie dawałam rady aby go podciągnąć na poduszki,
                      przekręcić na bok, poprawić prześcieradło, zawsze robiliśmy to we dwójkę. Łóżko
                      obok leżał inny pan. Żona i jeden z synów byli tam przez większość dnia, aby
                      właśnie coś takiego, co pielęgniarki robiły dwa razy na dobę podczas zabiegów
                      higienicznych, robić na życzenie chorego. Ojciec też miał przez większą część
                      dnia dwie osoby przy sobie, bo jedna nie dała by rady. Myślisz, że pielęgniarki
                      tak chętnie pomagały ? Guzik prawda. Jedne większość czasu przesiadywały w
                      pokoju pielęgniarek, inne biegały przy pacjentach, ale niestety, ta biegająca
                      garstka nie dawała rady zająć się wszystkimi.
                      Na sali pacjentów trzech. Gdyby samotny pan miał rodzinę przy sobie, musiałby
                      mieć też dwie osoby, które dałyby radę go przewinąć, umyć, poprawić, nakarmić.
                      Byłoby nas z zewnątrz 6 osób przy trzech łóżkach i wszystkie potrzebne. Tam
                      osoby z zewnątrz były bardzo pożądane nie tylko przez pielęgniarki, ale też
                      przez pacjentów z oddziału. Bardzo często było tak, że jak wyszłam na korytarz,
                      jakiś pacjent wołał mnie z prośbą o poprawienie pozycji, podanie wody i nawet
                      zawołanie pielęgniarki, bo na dzwonek nie reagowały...
                      Sprawy pielęgnacyjne można było bardzo łatwo rozwiązać - nikt się nie obrażał,
                      kiedy na paręnaście minut rodzina pacjenta która chciała basen podać, umyć
                      wypraszała tych drugich z sali. Wszystko można rozwiązać. To nie jest kwestia
                      wytycznych odgórnych, a zwyczajnej kultury i zrozumienia. Jakoś dziwne jest, że
                      na mnie nikt nigdy się nie obraził, kiedy kogoś wypraszałam. Kwestia formy w
                      jakiej została wypowiedziana prośba ?
        • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:54
          Co to znaczy "względna intymność"? To
          > znaczy, że może być naruszana, kiedy tylko personelowi jest tak
          > wygodnie?
          to znaczy, ze nie jestem wystawiana w stanie delikatnie mówiąc
          paskudnym na widok publiczny, że mogę sie zdrzemnąć w ciagu dnia gdy
          mój organizm tego wymaga bez obawy, ze iksiński zobaczy moja goła
          doopę gdybym sie przypadkiem rozkopała, ze moge w sali, w umywalce
          do tego przeznaczonej umyć sie gdy poczuję się nieświeża(od jakiegos
          czasu nie ma zasłonek przy umywalkach), ze bede mogłą zmienić
          bieliznę, bez wychodzenia z sali gdy jest to niewskazane ze wzgledów
          medycznych (chodzenia do kibelka lub łazienki), że nie będę sie
          stresować, ze wyglądam jak śmierć na urlopie i ostatni niechluj, bo
          własnie jestem po wypadku, zabiegach medycznych, unieruchomiona i
          nie moge zadbać o swój wygląd a nawet higienę, bo w sali ciągle
          przebywają postronne osoby w tym mężczyźni
    • ewa-krystyna Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 16:29
      Babciu,doskonale rozumiem o czym piszesz i sie totalnie z toba zgadzam smile w
      szpitalu jako pacjentka bylam raz- 7 miesiecy temu rodzac corke- i to nie w
      Polsce... u nas odwiedzac miala prawo cala dobe jedna osoba wyznaczona przez
      rodzaca/poloznice reszta rodziny/znajomych miala wydzielone godziny odwiedzania
      i dodatkowo byly zaslony,ktorymi mozna bylo sie "zaslonic" przed wzrokiem innych
      - ja z nich skorzystalam... sala byla tylko 4 osobowa + noworodki... bedac po
      cesarce,z cewnikiem,pocaca sie jak momps,bo bylo okropnie goraco i wilgotno (
      mieszkam w Kanadzie) a klimatyzacja jakby niedzialala, na prawde w tym momencie
      nie mialam absolutnie zadnej ochoty na jakiekolwiek odwiedziny poza moim
      partnerem nawet w wyznaczonych godzinach.... ledwo sie obronilam przed jego
      matki obecnoscia podczas porodu ( u nas mozna rodzic rodzinnie wlacznie z
      obecnoscia dzieci) i tego samego dnia po... niestety ona tego nie rozumiala,ze
      ja nie chce nikogo w szpitalu!wiem,ze to nie szpitala wina,ale ja nie moglam jej
      powiedziec znowu nie,a jakby bylo odgornie,ze nie wolno to by nie miala
      wyjscia...ostatecznie w szpitalu bylam tylko 3 doby,wiec chyba mozna tyle
      poczekac z odwiedzinami.... gdy przyszla nas odwiedzic zaczela komentowac inna
      pacjentke majaca klopoty z karmieniem piersia -mowila do nas,ale wystarczajaco
      glosno; krytykowac, choc w jej opinii tylko mi radzila, jak ja mam karmic moje
      dziecko,ze je glodze,bo pokarmu jeszcze nie mialam i odmawialam podania butli;
      ze na pewno cos z mala jest nietak,bo sie krztusi - urodzila sie przez cc wiec
      nie miala szansy stracic wod plodowych z pluc i jakos musialy przeciez "wyjsc",a
      to jej musi sie pic chciec,bo ma suche usta ; kilkakrotnie powtarzalam jej ja i
      moj partner na zmiane,ze mala lekarz widzial kilka razy i wszystko jest w
      porzadku - ale ona wiedziala swoje.... ja nie moglam sie obronic od jej
      odwiedzin, byly one dla mnie bardzo stresujace i calkowicie zbedne.... i
      zakonczyly w koncu moim wybuchem,co mysle o jej komentarzach....
      obok mnie lezala mloda dziewczyna,do ktorej przychodzily tlumy odwiedzajacych z
      dziecmi,ktore nie omieszkaly i do mnie zagladac... poza tym jako osoba niepalaca
      mam bardzo wyczulony nos na papierosy,a do tej dziewczyny przychodzilo
      towarzystwo palace-ona sama tez wychodzila na papierosa i nie tylko- mnie sie
      robilo niedobrze od tego smrodu.... ona po porodzie naturalnym,bez nacinania ani
      pekania zawodzila wiekszosc czasu i marudzila pielegniarkom jaka jest umierajaca
      i narzekala,ze szpital jej nic nie daje dla dziecka-ubran, jedzenia,pieluch....
      w miedzyczasie odwiedzila ja pani z Child Services,bowiem jest na obserwacji i
      moze stracic prawo do dziecka.... na prawde wizyta jednej osoby lub dwoch na
      zmiane chyba by wystarczyla... przy odwiedzajacych nie mozna bylo sie zdrzemnac,
      przejscie do toalety przez cala sale na ich oczach bylo dla mnie troche zenujace
      majac szpitalna pizame- bylo mi w niej wygodniej- z odkrytym tylkiem,cewnikiem i
      kroplowka, podtrzymywana przez pielegniarke.... poza tym mimo napisow,ze toaleta
      jest wylacznie dla pacjentek odwiedzajacy z nich korzystali...
      jedna lub dwie osoby na zmiane chyba by wystarczyly,tymbardziej,ze zwykle w
      szpitalu po porodzie lezy sie dobe - dwie... fakt,ze u mnie pielegniarki byly na
      kazde skinienie i zajmowaly sie pacjentkami bez zarzutu smile jedzenie bylo
      ochydne,ale dalo sie przezyc... jedynym dla mnie minusem byly wlasnie
      odwiedziny.....











    • memphis90 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 18:51
      Mój poród trwał 20h. Miałam tego pecha, że te godziny przypadły akurat na noc.
      Ale co tam, młoda jestem, zarwanie jednej nocki krzywdy mi nie zrobi. Cały dzień
      niosły mnie hormony, euforia, zmęczenia nie czułam. Przyszła noc- najpierw
      płakało jedno dziecko. Potem weszła położna, zapaliła górne światło, żeby zrobić
      dziewczynie po cc lewatywę (czemu w nocy- nie mam pojęcia). Następnie ta
      dziewczyna poszła zrobić efekt lewatywy- z tym, że nad drzwiami łazienki
      zamontowano z niewiadomych powodów przezroczystą szybę, więc dostałam 100W
      prosto w twarz (tych pobudek spowodowanych strzałem żarówki w oczy było każdej
      nocy kilka, niestety). Potem zmiana kroplówek. Potem zaczęło płakać dziecko
      numer dwa. Mama dziecka nr. 1 rozmawiała przez telefon. Puszczała dziecku
      pozytywkę (w nocy!!!). Potem zaczęło płakać moje. Między 3-4 moja mała zasnęła,
      mogłam więc wreszcie się "wyspać". Do 6 rano, bo wtedy budzono na mierzenie
      ciśnień. Potem sprzątanie sal, śniadanie, obchód. Od 11 do 18 odwiedziny. Niby
      jest napisane, że odwiedzać mogą 2 osoby. Dla mnie znaczyło to tyle, że
      przyszedł maż i siostra, posiedzieli z godzinę i poszli do domu. Dla dziewczyny
      na łózku obok znaczyło to tyle, że przychodzą naraz dwie osoby. Więc od 11 do 18
      wchodzili dwójkami- babcie, dziadkowie, wujkowie, koleżanki, znów babcie i tak w
      kółko. Potem kolacja, kąpiel dzieci... i znów powtórka z rozrywki, czyli
      atrakcje nocne. reasumując- pierwszą dobę nie spałam, bo rodziłam, druga doba-
      spałam jakieś dwie godziny ( w dzień dospać się nie dało), trzecia noc była
      koszmarna, nie miałam siły siedzieć z małą i jej karmić, oczy mi się zamykały na
      siedząco, głowa opadała... Trzeciego dnia dostałam wypis, zegnana pielgrzymką
      gości kobiety z łózka obok. Koszmar! Nie mam nic przeciwko jednej osobie, choćby
      i siedziała cały dzień, ale nie pochody krewnych i pociotków!
      • kkokos Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 22:15
        ale bo też to wszystko zależy od ordynatora, jak prowadzi oddział. jak jemu
        zależy, to i pielęgniarkom zależy (oczywiście nie mówię tu o szopce pt. "obchód
        z ordynatorem" - gdy leżałam po porodzie, odbywał się ten obchód w poniedziałek
        rano; kiedy godzinę wcześniej pielęgniarka, która na co dzień miała wszystkie
        potrzeby położnic i dzieci gdzieś, latała po pokojach i wrzeszczała na
        pacjentki, że bałagan mają na szafkach i ma być wszystko równiutko ułożone, bo
        obchód z ordynatorem będzie, a ordynator nie lubi bałaganu! smile)
        wszystko zależy od zarządzania - moja mama leżała na oddziale, gdzie
        pielęgniarki nie tylko reagowały na wszystkie prośby szybko, ale jeszcze były
        uprzejme. i tam łatwo było też o rozmowę z lekarzem. a na innym oddziale, gdy
        siedziałam przy łóżku mamy tyłem do drzwi i nie zauważyłam, że weszła
        pielęgniarka z zamiarem zrobienia czegoś tam przy innej pacjentce, usłyszałam
        nagle ryk: pani wyjdzie!! nie można zarzucić pielęgniarce, że nie zadbała o
        intymność tamtej pacjentki smile i tutaj pogadać z lekarzem i czegokolwiek się od
        niego dowiedzieć było niezmiernie trudno.
        zdecydowanie najgorzej było na banacha, kompletna zlewka na wszystko, a
        odwiedzający niech sobie wiszą nad tymi chorymi, byle dupy nie zawracali. choć
        tu akurat goniono za brak ochraniaczy smile

        na mojej matki ulubionym oddziale - leżała tam w sumie ok. 20 razy w ciągu kilku
        lat, musiała polubić smile - długo nie było wyznaczonych godzin odwiedzin. więc
        wszyscy odwiedzali swych chorych o dowolnej porze. wiele razy byłam pytana przez
        pielęgniarki lub salowe na korytarzu, do kogo idę (oczywiście po pewnym czasie już mnie znały tak jak moją matkę, ale jedne odchodziły, inne przychodziły). tak samo pytały innych odwiedzających - bo każdy był widoczny. a potem wyznaczono stałe godziny po południu - i w ciągu tych trzech bodaj godzin było jak na
        dworcu centralnym. tłum, hałas, nikt nad niczym nie panował, wejść wszędzie mógł
        każdy, a pielęgniarki ewidentnie chowały się, by przeczekać.
      • emigrantka34 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 22:52
        Bardzo trafnie opisane.
        Wlasnie dlatego wyszlam wykonczona po porodzie. Nie samym porodem,
        tylko warunkami hospitalizacji, w tym pochodami, wrecz hordami
        odwiedzajacych.
    • insomnia0 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 11:25
      szczerze mowiąc jak lezałam na ginekologii bardzo mi to przeszkadzało..
      Jeden mezczyzna siedział od godz 2 w nocy do ok 9 rano- pozniej wyszeł bo był
      obchód i znowu wrócił i siedział do wieczora..sad

      Nie mogłam normalnie wyjsc z łózka. a tu jeszcze wkladki zmieniać podmyc się-sad
      to było dla mnie koszmarem- ta jego obecnosc ciagla.. pozniej dowiedzilam sie,
      ze jego kobieta poroniła. Wtedy przeszła mi złość.. tak dalej była to
      niedogodnosc..ale bardzo im wspolczułam wiec i moje nastawienie sie zmieniło.
    • protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 12:51
      Sytuacja jeszcze gorąca, chyba sprzed godziny. Wchodzę na sale, zeby porozmawiac
      z LEŻĄCĄ pacjentka co do jej dalszego leczenia, sprawa poważna, rokowanie
      raczej złe. Sala 3 osobowa, najmniejsza jakie mamy oprócz 2 izolatek.
      U sąsiadki pod oknem -2 facetów, u sąsiadki spod drzwi 2 mocno wyperfumowane
      damy. W godzinach przedpołudniowych. Konwersacja taka, że słychac ja na
      korytarzu. Proszę, aby towarzystwo opuściło salę. Panowie wychodzą panie nie
      mają ochoty. Wiecie, że jestem z kategorii cholery więc kategorycznie wypraszam,
      prosze tez, zeby chodząca pacjentka równiez wyszła. Rozmowa trudna, pacjentka ze
      złym rokowaniem płacze, pyta, wyjasniam to trwa. Co 5 minut ktos usiłuje wejśc
      do sali - oczywiście razem z odwiedzającymi.
      Jak myslicie jak czuła sie leżąca chora gdy tuz po moim wyjściu do sali spłynęły
      3 panie w tym 2 odwiedzające. Czy spotkanie towarzyskie nie mogło poczekać? Czy
      pacjentka o złym rokowaniu nie ma prawa do spokoju, do przemysleń, czy musi
      słuchac jazgotu albo ogladac współczujące spojrzenia?
      • figrut Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 21:42
        Protozoa, nie odnosisz przypadkiem wrażenia, że odwiedzający Cię nie słuchają,
        bo najzwyczajniej w świecie nie jesteś sympatyczna ?
        "Wiecie, że jestem z kategorii cholery więc kategorycznie wypraszam"
        Zmiana tonu nie kosztuje absolutnie nic, za to efekty prośby - prośby, a nie
        rozkazu - są o wiele cenniejsze...
        • protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 19.02.09, 07:29
          Nie, jesli na oddziale jest jakakolwiek sprawa konfliktowa to najczęściej ja ja
          rozwiązuje. Po prostu nie pozwolę wejść sobie na głowę, nie wdaję się w dyskusję.
          • azile.oli Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 19.02.09, 09:58
            Ponoć lepszy lekarz kompetentny , niż sympatyczny i miły. Jak trzeba
            wybierać, to zapewne tak. Ja jednak poznałam też lekarzy będących
            znakomitymi fachowcami, którzy potrafili jeszcze przy tym zachowywać
            się w tak ujmujący sposób, że wystarczyło ich jedno zdanie,
            wypowiedziane tonem prośby, a nie rozkazu, aby odwiedzający opuścili
            salę. To samo tyczyło się np położnych. Jedna była uśmiechnięta i
            miła, wystarczyło jedno jej słowo i wszyscy wychodzili,
            bo ,oczywiście, nie ma sprawy. Natomiast gdy inna wchodziła z
            naburmuszoną twarzą i tonem głosu sygnalizowała, kto tu rządzi, to
            miało się naprawdę ochotę powiedzieć jej, że życzliwość nic nie
            kosztuje.
            Żeby nie było: nie jestem zwolenniczką tłumnych odwiedzin w
            szpitalach, może nawet ograniczyłabym ich liczbę do np 2 osób, lub
            nawet jednej. Leżąc w szpitalu uprzedzałam, żeby odwiedzał mnie
            tylko mąż, ewentualnie mama, ale ta druga nie za często. Nie
            rozumiem ludzi, którzy muszą odwiedzić w szpitalu sąsiadkę, znajomą,
            kuzynkę, jeśli wiem, że najbliższa rodzina ją odwiedza. Powstrzymuję
            się od takich wizyt i powstrzymuję też innych (np tłumaczę mamie, że
            niekoniecznie musi odwiedzić teściową swojej siostry, bo jest dla
            niej obcą osobą), nigdy nie zabierałam do szpitala dzieci.
            Uważam, że dla pacjentów chodzących dobrym wyjściem byłaby tzw sala
            odwiedzin, ale jej często nie ma w szpitalach. Też uważam, że
            dobrze by było, aby pacjentki po porodzie odwiedzał mąż , matka,
            siostra, a już niekoniecznie koleżanki i kuzynki. w przypadku sal
            wieloosobowych odwiedziny te powinny odbywać się w innym miejscu,
            niż sala szpitalna, chyba, że ktoś leży sam. Jednak uważam, że
            odwiedziny są potrzebne, ponieważ: w większości przypadków konieczne
            jest ''dożywianie'' pacjentów, kobieta po porodzie może potrzebować
            wsparcia duchowego ze strony męża, jest huśtawka hormonalna, czasem
            jest się w szpitalu kilkanaście dni. Przykro to powiedzieć, ale
            pacjentki odwiedzane były lepiej traktowane przez personel medyczny,
            niż te, których nikt nie odwiedzał.
            Natomiast zgadzam się, że odwiedzający mogą być źródłem skrępowania
            dla innych pacjentów. Można to rozwiazać. Np do jednego pacjenta
            jedna osoba dziennie ( może siedzieć, ile chce, o ile nie
            przeszkadza innym ). Dla reszty osób wyznaczyć odwiedziny w
            niedzielę i tyle. Bo rzeczywiście to prawda, że 4-6 osób przy jednym
            łóżku na raz to niepotrzebny tłum. Natomiast jeśli współmałżonek,
            rodzic, dziecko, czy siostra siedzi przy chorym i się nim opiekuje,
            to zapewne pozna szpitalne zwyczaje i sam będzie wiedział, kiedy
            wyjść z sali.
    • protozoa Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 13:21
      Leżałam w szpitalu 3 razy.
      1 raz jako nastolatka - chirurgia - wycięcie wyrostka.Odwiedziny w okreslone
      dni, wojskowy dryl i rygor, bo taki szpital. O komórkach nikt wtedy nawet nie
      słyszał, na korytarzu 3 automaty typu 'prosze wrzucic monetę". Zaraz po operacji
      na 5 minut zaglada do mnie ojciec - lekarz pracujący 2 pietra wyżej.Potem wpada
      rano na 5 minut i przed wyjściem z pracy na 15, przynosi lekcje. Żadnych
      tabunów, pocitków itd.
      2 raz na połoznictwie, urodziłam bliźniaki. Miałam na szczęście pojedynczy
      pokój, ale mąż tez nie siedział 24 godziny na dobę. Wpadł po porodzie, wpadł
      następnego dnia na kwadrans. Kontaktowalismy sie głównie telefonicznie, komórek
      jeszcze nie było.
      3 raz tez zaliczyłam chirurgię. Lezałam u siebie! Żadnych odwiedzin oprócz
      rutynowych obchodow kolegów. Mąż - pracuje w sąsiedniej klinice- wpadał na 10,
      15 minut 2 razy dziennie.
      Mój mąz leżał tydzień na ortopedii. Po operacji po złamaniu nogi na nartach.
      Opłaciłam pielegniarkę do mycia. Ja wpadałam raz dziennie na moment, synowie
      byli chyba 2 razy w czasie całego pobytu.
      Mój ojciec kezał w szpitalu, w którym pracuje. Raz stan był powazny, ale tez nie
      warowałam przy łózku. Rano wpadałam , juz przebrana w fartuch, czynności
      związane z myciem robiła równiez opłacona pielęgniarka. Za drugim razem gdy
      wpadałam - tym razem stan lekki - zawsze(!!) pytałam współpacjentów czy nie
      przeszkadzam. Co więcej nie naaduzywałam wizyt, ceniłam prawo chorych do spokoju.
      • franczii Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 14:29
        Jaki sens ma twoj post? ma czegos dowiesc? ma przekonac, ze w szpitalu mozna
        wytrzymac i miec sie swietnie bez kontaktu z najblizsza rodzina? Ma zachecic,
        zeby brac przyklad z ciebie i twoich bliskich, ktorzy tez tak jak i ty pracuja w
        szpitalu? Ciekawa jestem, czy tak samo bylo z czlonkami twojej rodziny, ktorzy
        nie sa zwiazani ze sluzba zdrowia. Czy sugerujesz, ze tak samo komfortowo
        powinna sie czuc w szpitalu osoba, ktora ze szpitalem ma do czynienia pierwszy
        czy drugi raz w zyciu?

        A co do oplaconej pielegniarki, to byla szpitalna, ktora dostala w lape, czy
        niezalezna z zewnatrz? Jesli z zewnatrz to jaka roznica dla pozostalych chorych
        w sali, czy twojego meza odwiedzalas ty czy inna obca dla nich kobieta?
        • babcia47 Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 14:49
          ..z mojego doswiadczenia (chory ojciec z alzheimerem, w szpitalu
          bardzo oddalonym od naszego miejsca zamieszkania, bywałysmy z mama
          co 2-3 dni, ja pracowałam, mama sama chora)..mozna opłacić prywatnie
          pielegniarkę, by wykonała umówione czynnosci przy chorym, robi to po
          zakonczeniu swoich pracowniczych obowiazków lub przychodzi
          specjalnie by je wykonać
        • babcia47 Re:a z trzeciej strony 18.02.09, 15:07
          ma przekonac, ze w szpitalu mozna
          > wytrzymac i miec sie swietnie bez kontaktu z najblizsza rodzina?
          na co komu naprawde choremu jest niezbedna obecnośc rodziny przy
          łóżku? pomijam dwie sytuacje: gdy chory jest zupełnie nieruchomy i
          potrzebuje obsługi przy każdej, najprostrzej czynności i gdy jak
          ciężarne na patologii, na podtrzymaniu, w sumie maja tylko zakaz
          wstawania, nakaz leżenia plackiem, choc pozatym dobrze sie czują a
          dyskomfort wynika z długotrwałego lęku o dziecko, potrzeby wsparcia,
          rozrywki itd. Ilekroć byłam w szpitalu z powodu faktycznych
          niedomagań wizyty rodziny trwajace ponad pół godziny równiez dla
          mnie były męczące..a nawet krępujące i stresujace, bo ileż mozna
          opowiadać o swoich dolegliwościach, rokowaniach, zabiegach itd. dla
          mnie osobiście lepiej było bym o swoich dolegliwościach myslała jak
          najmniej..a w przypadku częstych wizyt rodziny (poza małżem, bo z
          nim zawsze były sprawy domowe do uzgodnienia)nie dało się od tego
          uciec..i co mi miało dać to, ze mamie po raz kolejny mówiłam, ze nie
          wiem nic na temat wyników badań i wysłuchiwanie jak to ona bardzo
          sie martwi..mnie to jeszcze bardziej dołowało niz mi pomagało..na
          szczęście moja rodzinka odwiedzała mnie pojedynczo lub parami i na
          (dosłownie) kilka minut
          • babcia47 Re:a z trzeciej strony 18.02.09, 15:10
            twu! głupio zabrzmiało połaczenie ciężarnych na podtrzymaniu z
            nakazem leżenia i "faktycznych niedomagań" ..oczywiście ciężarne też
            mają faktyczne powody by leżeć i są to faktyczne powody a dochodzi
            do tego uzasadniony lęk i potrzeba wsparcia ze strony małża lub
            innej osoby z rodziny
      • kropkacom protozoa 18.02.09, 18:21
        Jesteś świetna (nie mylić ze święta). Dziećmi nie obciążasz społeczeństwa, sobą
        i mężem też nie. Jak kiedyś znikniesz nikt nie zauważy. Podsumowując, zawsze w
        takich watkach wiem co napiszesz.
        • protozoa Re: protozoa 19.02.09, 07:34
          Nie jestem ani święta ani świetna. Staram się tak żyć, aby nie wchodzic na teran
          prywatności innych. Wiem, ze trudno to pojąć, bo większość emam twierdzi, że mąż
          w szpitalu to norma ( a jesli przeszkadza sąsiadce to juz jej sprawa),
          wrzeszczące dzieci musza kochac wszyscy ( a jesli przeszkadza im w czasie np.
          jedzenia szczebiot "mama kuuuuuuuuuupęęęęęęęęęęęęę" to są nienormalni) itd itp.
          Ja uważam inaczej - tu gdzie zaczyna sie wolność innych ludzi kończy się moja i
          odwrotnie. Buntuje się i to zdecydowanie, niesympatycznie, ale dość skutecznie
          gdy ktos włazi z butami na moje terytorium.
          • kropkacom Re: protozoa 19.02.09, 16:52
            > Staram się tak żyć,

            Żyj jak chcesz ale nie propaguj tego na okrągło jako jedynie słusznego sposobu
            życia. Starasz się być niewidzialna i ok.

            > Wiem, ze trudno to pojąć, bo większość emam twierdzi, że mąż
            > w szpitalu to norma ( a jesli przeszkadza sąsiadce to juz jej sprawa),
            > wrzeszczące dzieci musza kochac wszyscy ( a jesli przeszkadza im w czasie np.
            > jedzenia szczebiot "mama kuuuuuuuuuupęęęęęęęęęęęęę" to są nienormalni) itd itp.

            Gdybym miała być w szpitalu kilka dni to bym błogosławiła gdyby ktoś, jakaś
            bliska dusza chciała pobyć trochę ze mną. Co nie znaczy że popieram tabuny
            rożnych pociotków przesiadujących przy jednym łóżku non stop. Czujesz różnice?
            Co do dzieci, to owszem fajnie byłoby żeby z marszu rodziły się dojrzałe i z
            nienagannymi manierami. Niestety. Można oczywiście do pełnoletności z dzieciem
            nie wychodzić albo tłuc się po placach zabaw. Ja tak nie chce ale ty możesz
            oczywiście. Tak się składa że dziecko to też obywatel który ma prawo jeździć na
            przykład nieszczęsnym pociągiem i nic ci do tego. Może rozważysz przeprowadzkę
            na bezludną wyspę? Podobno jakieś są jeszcze do zasiedlenia.
      • esi1 Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 23:33
        No cóż - twarda z Ciebie babka protoza wink
        niestety nie każdy taki jest. Kiedy urodziłam swojego synka, wyszły u niego
        jakieś problemy i zabrali go na oddział noworodkowy. Ja zostałam na położniczym
        - leżałam tam w sumie 12 dni. Czułam się okropnie - szaleństwo hormonów po
        porodzie, ogromny strach co się dzieje z moim dzieckiem - pół dnia potrafiłam
        przepłakać. I gdyby mój mąż wpadał do mnie tylko na 15 minut, to chyba bym
        oszalała. To, że przychodził codziennie i próbowała mnie pocieszyć i rozerwać
        przez te 1-2 godziny było dla mnie naprawdę ważne.
        • protozoa Re: z drugiej strony .......i 19.02.09, 07:48
          Życie nie jest usłane rózami. Niestety. Każda z nas prędzej czy póxniej spotyka
          się z róznego rodzaju przeciwnościami i......nie wariuje. Gdybym nie była
          twarda, czasem bezwzględna nie traciła głowy prawdopodobnie całkiem spora grupa
          ludzi zamiast cieszyć się życiem/dziecmi/wnukami leżałaby na cmentarzu.
          Tę zasadę wpoili mi rodzice, im dziadkowie, dziadkom ich rodzice a my z mężem
          naszym synom. Może to kwesta wychowania, może genów. I , zapewniam, ze znacznie
          łatwiej życ kiedy człowiek jest zdyscyplinowany, twardy, zorganizowany i nie
          rozczula sie ani nad sobą ani nad innymi. Nie oznacza to, że nie trzeba pomagać.
          T R Z E B A !!!!!!!!Ale jak widzę biedną kobietkę, która jest taka mala, taka
          bezbronna i taka zagubiona to zastanawiam się jak zniesie pierwszy mocniejszy
          kopniak od życia. A bez kopniaków nikt z nas przez życie nie przejdzie. Jesli
          nie nauczymy się odporności, twardości to tym gorzej dla nas.
          I nie pisze tego ze złosliwości. Mam ponad 40 lat, sporo życiowego
          doświadczenia. Widziałam ludzi , których spotkało prawdziwe nieszczęście.
          Widziałam jak reagowali i jakie były tego późniejsze skutki.
          Nie bądźmy mimozami. Bo wtedy XXI wiek będzie wiekiem chorób psychicznych. To
          także bez złosliwości.
          • kiddy Re: z drugiej strony .......i 20.02.09, 22:49
            Wiesz co? Miej swoje poglądy, żyj jak chcesz. Ale nie obrażaj ludzi,
            którzy nie tacy "twardzi" jak ty. Nie chciałabym mieć takiego
            lekarza, jak ty. Bo jeszcze ochrzaniłby mnie za moją depresję, czy
            rozpacz i ogromny strach podczas pobytu w szpitalu z powodu, który
            mógł mnie zabić.
            Ty uważasz, że jesteś twarda, a ja uważam, że masz ogromny problem.
    • gocha80 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 18:56
      Myślę, że to nie odwiedziny w szpitalu są problemem, a brak warunków do nich.
      Ogromna ciasnota na salach, brak parawanów.
      Mam porównanie pomiędzy polskim dziecięcym szpitalem klinicznym, a dziecięcym
      szpitalem klinicznym w Niemczech. W Polsce na małej sali stoi 5-6 łóżeczek,
      nawet na taborety dla jednego z rodziców nie bardzo jest miejsce, na sali
      duszno, gorąco, zero klimatyzacji. Podobnie jest np. na oddziale położniczym,
      gdzie na jednej sali upycha się 8 kobiet po cesarce.
      W Niemczech, sala dwuosobowa, ogromna, łóżka można oddzielić parawanem. Jest
      miejsce na wstawienie na noc łóżka dla jednego z rodziców, miejsce na stolik,
      krzesła, szafę na rzezcy pacjenta. Przy każdej sali łazienka. Do tego kuchnia i
      świetlica. W takich warunkach wizyty gości nie są uciążliwe.
      • twix52 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 21:51
        Gdy leżałam w szpitalu na patologii ciąży a potem na położnictwie odwiedzający
        nie mogli wchodzić na salę chorych. Położna wołała osobę do której przyszli
        odwiedzający. Na korytarzu były stoliki i krzesła można było posiedzieć i
        porozmawiać. Na sali pooperacyjnej nie było odwiedzin. Gdy leżałam z synem w
        szpitalu dziecięcym odwiedziny odbywały się w świetlicy, od sali chorych
        odwiedzający nie mógł wejść.
    • rotera Re:absolutnie się nie zgadzam 19.02.09, 08:52
      leżałam kilkakrotnie, uziemiona w łóżku totalnie

      nie wspominam źle odwiedzających, wspominam źle WSPÓŁTOWARZYSZY,
      personel medyczny.

      współtowarzyszki- TV na maxa, mózg rozsadza, ale pani miała
      niedosłuch poważny, a aparaty leżały na szafce, bo niewygodne
      smierduchy- i to głównie chodzące, bo kąpiel raz w tyg, przecież tu
      leży i się nie poci
      fleje- żarcie od rodziny przynoszone tonami, konsumowane, ale żeby
      opakowania wyrzucić, talerzyk opłukać, sztućce, skórke po obranym
      jabłku czy bananie czy mandarynce wyrzucić...nie
      żarłoki- jak wyżej, plus rybka, bigosik domowy a potem fetor! bąki i
      wypróżnianie tegoż na basen
      tasiemce - opowieści o rodzinie, ciotce, pociotce, sąsiadce jej
      gachu itp
      chore - pani droga bo ja taka chora jestem...(nie to co reszta,
      która przyszła do szpitala, żeby tego słuchać)

      personel - noc prywatna po operacji...kasa wzięta, ani widu ani
      słychy, dzwonek też nic, rano rzucona gąbka do michy - pani się myje
      (z paraliżem)
      salowa - cewnik się przelewa, chlupie na korytarzu, a ona kładzie
      drewniaki przechodzi po tym zostawiając reszte....
      pościel - niezadowolenie że się pobrudziła - po porodzie, po
      operacji obrzygana krwią...wiącha co ja sobie myśle....


      z wszystkiego co leżałam
      pozdrawiam panią współtowarzyszkę z pierwszej cesarki i jej
      odwiedzającego męża z 4 letnim synkiem
      pozdrawiam dziewczyny i ich dzieci i odwiedzających mężów z resztą
      potomstwa
      towarzystwo piersza klasa! oby takich więcej, kultura osobista z
      najwyższej półki!
      z ostatniej operacji 5 dziewczyn i ich rodziny, śmierducha
      i 'chorej' nie pozdrawiam
    • agatracz1978 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 19.02.09, 13:14
      Ja osobiście leżąc w szpitalu i nudząc się cały dzień czekałam na odwiedziny
      kogoś z rodzinki. Starali się przybywać w małych ilościach i oczywiście bez
      krzyków, głośnego śmiechu itp. Ponieważ mogłam chodzić zabierałam ich na
      korytarz. Ale ich wsparcie było dla mnie nieocenione. Nie wyobrażam sobie, żeby
      ktoś zabronił im przychodzić. Zwłaszcza, że do każdej z pacjentek ktoś
      przychodził. Oczywiście nie w chwili zabiegów, zastrzyków itp. Wtedy
      pielęgniarka prosiła o opuszczenie sali (jeżeli akurat ktoś tam przebywał). Inna
      sytuacja kiedy odwiedzamy osobę leżącą - wtedy konieczne jest siedzenie na sali,
      ale myślę że też nie ma problemu z tym żeby z niej wyjść na chwilkę na grzeczną
      prośbę sąsiadki, która chce sobie np poprawić łóżko czy wyjść do łazienki itp.
      Nikt nie jest chyba jakimś gburem, który powie "nie bo nie muszę". Ważna jest
      kultura odwiedzających a nie ograniczenia (choć moim zdaniem odwiedziny powinny
      być np od 14 zakładając że do południa zazwyczaj odbywa się obchód, badania
      itp). A co do wyglądu chorego - jeżeli jest na tyle zdrowy żeby się przejmować
      tłustymi włosami to niech je umyje a skoro jest poważnie chora to myślę, że
      wygląd będzie dla niej najmniej ważny. Zwłaszcza, że idziemy tam odwiedzić
      swoich krewnych a nie oglądać osoby leżące obok.
      • babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 20.02.09, 10:14
        > Ja osobiście leżąc w szpitalu i nudząc się cały dzień czekałam na
        odwiedziny
        > kogoś z rodzinki
        a skoro jest poważnie chora to myślę, że
        > wygląd będzie dla niej najmniej ważny. Zwłaszcza, że idziemy tam
        odwiedzić
        > swoich krewnych a nie oglądać osoby leżące obok.
        jak rozumiem byłaś w szpitalu z powodu problemów medycznych a nie
        dla ratowania zdrowia lub zycia..punkt widzenia zmienia sie w
        zależności od..pozycji leżenia.. odwiedzajacy w odróżnieniu od
        pacjentów maja wybór..i nie wmawiaj mi że osoba chora czy starsza
        nie czuje zazenowania swoim wyglądem..i że to dodatkowo nie pogłębia
        uczucia bezradności..bo nie tylko nie moze o siebie zadbać, jest
        wystawiona na widok publiczny to najczęściej nie ma siły by coś z
        tym zrobic..lub odwagi by pogonić tabuny z sali gdzie leży..a
        pielegniarki albo maja i tak od zabicia roboty albo uznają, ze
        pacjenci mają załatwić to między sobą..pacjent po operacji z góry
        stoi na przegranej pozycji..i tak bogiem a prawdą gdy byłam naprawdę
        chora, to bardziej mi zależało na odpoczynku i snie niz
        odwiedzinach, które były dla mnie po prostu męczące, szczególnie gdy
        przychodziło więcej niz jedna osoba, gdy byłam "na chodzie"
        zabierałam odwiedzajacych do sali telewizyjnej (świetlicy dla
        pacjentów), do holu gdzie były ławeczki i stoliki lub do parku przy
        szpitalu, na ławkę..a na nudę prosiłam o przyniesienie książek lub
        korzystałam z szpitalnej biblioteki
        • rotera Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 13:55
          > jak rozumiem byłaś w szpitalu z powodu problemów medycznych a nie
          > dla ratowania zdrowia lub zycia..punkt widzenia zmienia sie w
          > zależności od..pozycji leżenia.. >

          generalnie małą różnice widze w tym stwierdzeniu
          byłam kilkakrotnie w szpitalu
          jako pacjent (w tym kilkakrotne zagrożenia życia - taka choroba,
          całkowite leżenie, w tym ograniczona władza w rękach), odwiedzający
          wyjdą, śmierduchy i cała reszta zostają niestety.

          jako matka pacjenta - 2 latka
          nadal nie widze problemu w odwiedzających, problem w innych
          pacjentach tak,
          jeśli coś przeszkadza to inny 2 latek który płacze całą noc i jego
          bezmyślnna mama, która rozwala dupe na łóżku i śpi bo
          zmęczona...całe szczęście w sali obok, w naszej sali matki nosiły,
          zabawiały dzieci i pilnowały żeby jedno drugiemu nie przeszkadzało w
          dochodzeniu po narkozie.


          <i nie wmawiaj mi że osoba chora czy starsza
          > nie czuje zazenowania swoim wyglądem..>

          a to co napisałaś to poprostu śmieszne...
          gów...obchodziły mnie moje tłuste włosy itp. cieszyłam się że żyje,
          że wybudziłam się z narkozy, że odzyskuje władze w rękach i w
          nogach, że zobacze swoje dzieci....

          jeśli Ciebie obchodziły takie rzeczy widocznie 'umierająca' nie
          byłaś z całym szacunkiem!

          • babcia47 Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 18:50
            > jeśli Ciebie obchodziły takie rzeczy widocznie 'umierająca' nie
            > byłaś z całym szacunkiem!
            w pewnym momencie juz nie umierajaca ale jeszcze bezradna na tyle,
            by sama sobie jeszcze nie poradzić a na tyle świadoma, że oglądanie
            mnie w takim stanie przez obce osoby (niestety często znajome osoby,
            w tym mężczyzn)sprawiało mi przykrość..fakt, że potem zamiast leżeć
            plackiem (jak miałam zalecone) lub większość zabiegów higienicznych,
            kosmetycznych, przebieranie itd wykonywac na sali, gdzie jest po to
            umywalka i lustro musiałam wędrowac po całym oddziale z możliwością,
            że padnę zemdlona gdzieś w łazience i nikt mnie godzinami nie
            znajdzie..jeżeli akurat nikt tam nie zajrzy
            To co napisałaś o współpacjentach jest tyle prawdziwe co często
            niesprawiedliwie a z drugiej strony nie do uniknięcia..chore osoby
            nie pachną jak fiołki, jak trafi się wyjatkowy brudas, to mozna
            poprosić pielegniarkę o interwencję..gdy pacjent z powodu choroby
            wydziela nieprzyjemne wonie niestety mozna mieć tez pretensje do
            pielęgniarek, że nie dbają lub do Pana Boga, ze zesłał nam takie
            towarzystwo, gdy zapachy nie do unikniecia..szpital to nie kurort i
            nie kawiarnia..co do mamusi śpiącej w sali obok gdy dziecko wyje..to
            gdzie były pielęgniarki? nie wiem jakie są teraz warunki przebywania
            mam na oddziale, też byłam z małym dzieckiem..ale ja byłam
            (teoretycznie)do pomocy i by dziecko oddzielone od mamy nie przezyło
            dodatkowego stresu związanego z oddzieleniem od mamy, głównymi
            opekunkami były pielegniarki i ja musiałam wykonywać ich
            polecenia..dziwne, ze żadna sie nie zainteresowała dzieckiem
            płaczacym w nocy..a gdyby mamy z dzieckiem nie było to mogłoby
            płakać do rana? Gdy ja byłam z młodym w szpitalu leżał 2-latek, do
            którego nikt nie przychodził i nawet nie utrzymywał kontaktu z
            szpitalem a był juz do wypisu. Pielegniarki zostawiały mu jedzenie
            na stole licząc, że małego nakarmia pacjentki..a te nie zawsze miały
            na to ochotę i siły (chirurgia, pokój kobiecy gdzie stały tez
            łóżeczka dla małych dzieci po operacjach) ja karmiłam swoje dziecko,
            miałam z tym problemy, trwało długo, pacjentki jadły same puki
            ciepłe..i po godzinie ktoś zauważał, ze ten mały nie został
            nakarmiony a jego tależ stoi na stoliku.. pielegniarki miały go
            gdzieś, nikt sie nim nie zajmował całymi dniami, dałam mu troche
            zabawek mojego dziecka ale nie umiał sie nimi bawic, troche się nim
            zajmowałam, ale byłam tam dla własnego dziecka a nie innego i ono
            pochłaniało wiekszość mojego czasu i energii..pielegniarki
            ewentualnie próbowały go po interwencji pacjentek nakarmic tym
            zimnym jedzeniem..na szczęście ta historia jest sprzed ćwierćwiecza
            • rotera Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 19:44
              <chore osoby nie pachną jak fiołki, jak trafi się wyjatkowy brudas,
              to mozna poprosić pielegniarkę o interwencję..gdy pacjent z powodu
              choroby wydziela nieprzyjemne wonie niestety mozna mieć tez
              pretensje do pielęgniarek, że nie dbają lub do Pana Boga, ze zesłał
              nam takie towarzystwo, gdy zapachy nie do unikniecia..szpital to nie
              kurort i nie kawiarnia..>


              tłumaczenie lekko z bani,
              opisywane Panie 'brudasy' nie były osobami leżącymi, nie były do
              operacji ani po operacji a do diagnostyki, łazienka była na sali....
              pielęgniarki....czytałaś opis nocy prywatnej...no to jak uważasz na
              tym tle wyglądała 'państwowa'?
              a nawet gdyby...jak zmusić 30 paroletnią kobiete do prysznica? siłą?
              sugestie nie pomagały...
              ja zmusić 50 letnią panią leżącą po operacji, pionizacja następnego
              dnia, żeby nie żarła bigosu bo musi go wydalić, jak ją zmusić żeby
              poczekała jednen dzień z tym bigosem jak już będzie chodzić...
              ja niestety miałam w perspektywie miesiąc leżenia i nie mogłam wyjść
              a otwarte okna nie pomagały
              ja o miske z wodą się dokrzyczałam codziennie rano, o podmycie
              też... i do głowy by mi nie pszyszło jeść coś ponad i narażać innych
              na dodatkowe odory z mojego basenu.

              no ale czemu się dziwić...tu na forum w wątku o myciu dzieci
              wszyscy, pomijając 2 osoby, uważają za fanaberie i udziwnienie
              codzienny poranny i wieczorny prysznic dla 2 latka
              i pytam co w tym dziwnego? a nawyki potem wychodzą po latach...zęby
              umyła i starczy!


              pytasz o tego dwulatka...majaczył/przedstawiało mu się po narkozie,
              fizycznie nic mu nie było, chciał do domu, chciał swojego misia,
              chcial inną podusie...po to tam ta matka była! no ale ona wolała
              spać..., interweniowała i pielegniarka i mamy z sąsiednich sal, że
              nie wspomne o ich sali.


              <jeszcze bezradna na tyle, by sama sobie jeszcze nie poradzić a na
              tyle świadoma, że oglądanie mnie w takim stanie przez obce osoby
              (niestety często znajome osoby, w tym mężczyzn)sprawiało mi
              przykrość..>

              a nie wiem jak to nazwać, napisać...
              dame rżniesz i nikt Cię w papilotach w szpitalu nie może zobaczyć bo
              zepsuje Ci to wizerunek/opinie w mieście?

              nikt nie oczekuje wyprasowanego wyglądu z pełnym makeup u pacjent w
              szpitalu
              tak jak pisałam....widocznie aż tak chora nie byłaś, że zwracałaś
              uwage na takie błahostki i pozerstwo

              <musiałam wędrowac po całym oddziale z możliwością,
              > że padnę zemdlona gdzieś w łazience i nikt mnie godzinami nie
              > znajdzie..jeżeli akurat nikt tam nie zajrzy>

              podstawowa zasada - umawiasz się z pacjentką obok, ide do tej i do
              tej łazienki jakbym nie wróciła za x min, niech Pani sprawdzi


              ja niestety nie skończyłam z operacjami i jeszcze czeka mnie kolejna
              oby w lepszym towarzystwie
              • babcia47 Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 20:33
                no cóż bywa, że człowiek trafi na pacjenta, lub mamę opiekującą się
                dzieckiem na oddziale niechluja i ja bym też mogłą opisać podobne
                przypadki, przeszkadzające, uciązliwe, ale nie to jest tematem
                wątku, bo ten dotyczy braku jakiejkolwiek kontroli nad ilością
                odwiedzajacych, o kazdej porze dnia a czesto i nocy, braku
                intymnosci, warunków do "chorowania" i zdrowienia dla osób
                przebywajacych w szpitalu z jakiegoś, jak sadzę, poważnego powodu a
                nie na "wywczasach"
                > a nie wiem jak to nazwać, napisać...
                > dame rżniesz i nikt Cię w papilotach w szpitalu nie może zobaczyć
                bo
                > zepsuje Ci to wizerunek/opinie w mieście?
                możesz to nazwać rżnieciem damy ale ja nawet rodzinie nie pokazuje
                sie w stanie niechlujnym a przynajmniej staram się im tego
                oszczędzać, zabiegi higieniczne lub kosmetyczne wole wykonywać na
                osobności (papilotów nie kręcę, z wałkami nie chodzę), śmieci do
                śmietnika pod domem nie
                wyniosę, na ogródek nie wyjde jeżeli nie mam umytych włosów, a to
                muszę robić codziennie, bo inaczej wygladał jak chochoł, takie mam
                włosy, że po obudzeniu mam fryzurę typu "piorun uderzył w rabarbar",
                po dwóch dniach tłuszcz z włosów kapie..taka moja uroda..i
                pokazywanie sie komukolwiek w takim stanie dla mnie nie jest
                przyjemnościa bo wtedy czuje sie brudna, niechlujna i
                smierdząca..masz pretensję do współpacjentek, ze nie dbały o swoja
                higienę..dziwisz się, ze dla kogoś taki stan jest przykrością a tym
                bardziej nie chce być w nim ogladany???..pozatym tak sie składa, że
                moje ostatnie zawody były powiazane w pewien sposób z koniecznoscią
                utrzymania szczególnie korzystnego, zadbanego wyglądu..fakt, że moi
                klienci mnie ogladali w stanie "odmiennym" był dla mnie dodatkowo
                przykry, kłopotliwy i przeszkadzał potem w wykonywaniu czynności
                zawodowych (niestety też) ale niezależnie od tego do oglądania mnie
                w takim stanie nie mam ochoty dopuszczac każdego..równie dobrze
                mozna by łóżko chorego postawić na głównym skrzyzowaniu w
                mieście..ciekawe czy chciałabyś byc tym chorym..pozatym ja mieszkam
                w stosunkowo niewielkim miescie i niestety spora liczba
                odwiedzajacych znała mnie stąd lub z skądinąd..może gdyby to byli
                ludzie dla mnie zupełnie nieznajomi, to bardziej by mi to "wisiało"
                w jakim stanie mnie oglądają
                > podstawowa zasada - umawiasz się z pacjentką obok, ide do tej i do
                > tej łazienki jakbym nie wróciła za x min, niech Pani sprawdzi
                która miałam poprosić? tą z Alzheimerem, którąś z tych po otwartych
                złamaniach, po złamaniu miednicy, leżących na wyciągu, tą po upadku
                z połamanymi obiema rękami czy tą, która jeszcze nie wstawała po
                operacji i sama nie wiedziała na jakim świecie przebywa?..na sali
                działał jeden dzwonek do dyzurki, przy łóżku babci z alzheimerem..w
                dyzurce pielegniarek nie było i tak bo miały za duzo roboty przy
                pacjentach, było ich wręcz za mało i wszędzie je mozna było znaleźć
                tylko nie tam
                • rotera Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 22:12
                  <ale ja nawet rodzinie nie pokazuje>

                  widzisz inne pokolenie, inne myślenie/zwyczje/wstydliwość...

                  mój mąż szwy z pleców mi wyjmował, rane czyścił, po porodzie
                  prześcieradło z krwi spierał, wymiociny dzieci i rozwolnienia też
                  a normalnych warunkach na liście zakupów ma wpisane podpaski i
                  tampony


                  < śmieci do śmietnika pod domem nie wyniosę, na ogródek nie wyjde
                  jeżeli nie mam umytych, a to muszę robić codziennie, bo inaczej
                  wygladał jak chochoł, takie mam włosy, że po obudzeniu mam fryzurę
                  typu "piorun uderzył w rabarbar", po dwóch dniach tłuszcz z włosów
                  kapie..taka moja uroda..i pokazywanie sie komukolwiek w takim
                  stanie dla mnie nie jest >

                  też inaczej, choć włosy mamy takie same....w domku mieszkam, polara
                  z kapturem narzucan, pierwsza rzecz ze śmieciami lece, godz
                  pucowania domu, potem robie się na tip top

                  <..dziwisz się, ze dla kogoś taki stan jest przykrością a tym
                  > bardziej nie chce być w nim ogladany???..>

                  nie dziwie się, Ty jednak uderzyłaś w patetyczne tony zagrożenia
                  życia żeby podkreślić sytuacje, a ja Ci mówie że będąc w takiej
                  sytuacji niejednokrotnie ostatnią rzeczą o jakiej myślałam był mój
                  wygląd...przepraszam, jak się żegnałam z dziećmi przed operacją
                  wygląd był ważny- UŚMIECH i zaciśnięte zęby do granic możliwości
                  żeby ich nie wystraszyć i nie myśleć co jesli...nie myśleć jak
                  ewentualnie zapamiętają mame mając 5 i 2,5.

                  więc nie uderzaj w melodramaty, wygląd i zagrożenie życia....
                  doszczętnie mnie to wpieniło


                  zgodze się że wygląd może być krępujący...gdybyś jednak miała
                  zagrożenie życia i głowe z rabarbaru nie pokazałabyś się rodzinie?
                  nie...to było pytanie czysto retoryczne.




                  > przyjemnościa bo wtedy czuje sie brudna, niechlujna i
                  > smierdząca.
                  • babcia47 Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 22:57
                    > nie...to było pytanie czysto retoryczne.
                    też tak sadzę, bo czym innym jest pokazywanie sie w takim stanie
                    rodzinie (można liczyc na wiekszą wyrozumiałość) niz znajomym,
                    postronnym osobom..a w sumie nawet nieznajomym jezeli jest szansa
                    kiedyś je jeszcze spotkać w innych okolicznosciach, musze sprawdzić,
                    ale chyba nie pisałam o swoim zagrożeniu życia co Cie tak
                    bardzo "wpeniło"(raczej innych osób, które przebywały równiez na tej
                    sali) ja miałam dyskomfort bo powinna byłam być po wypadku "leżąca",
                    a z racji odwiedzajacych stałam się "chodzacą" wbrew swojej woli i
                    zaleceniom lekarskim, po wstrzasie mózgu, uszkodzeniu kregów
                    szyjnych, z dyskopatią szyjnego odcinka kregosłupa, zawrotami głowy,
                    napadowymi wymiotami, poza całkowita moją kontrolą, podwójnym
                    widzeniem itd., co gorsza ze skutkiem dla postępów w
                    leczeniu..ostatecznym skutkiem było wypisanie sie ze szpitala na
                    własna prośbe bo nie widziałam szans na leczenie i wyleczenie w
                    takich warunkach. Fakt, ze byłam wystawiona "na widok publiczny" był
                    dla mnie dodatkową "torturą", psychocznym dyskomfortem, który nie
                    sprzyjał rekonwalescencji.. to co pisałam od początku.. najgorsze
                    było to, ze nie miałaam szansy odpocząć w takich warunkach, nie
                    miałam gdzie sie "schować" ze swoimi dolegliwosciami, zdrzemnąć
                    nawet po przyjeciu stosownych leków, rozluźnić, bo w sali na okrągło
                    znajdowało sie co najmniej kilka osób, które zachowywało się tak
                    jakby były na pikniku, rozpoznajace mnie, zagadujące i
                    przeszkadzające mi w odpoczynku..w innej sytuacji może by mnie
                    cieszył fakt, ze przez tyle osób jestem znana i rozpoznawana..ale
                    nie w tym przypadku
                    > też inaczej, choć włosy mamy takie same....w domku mieszkam,
                    polara
                    > z kapturem narzucan, pierwsza rzecz ze śmieciami lece, godz
                    > pucowania domu, potem robie się na tip top
                    każdy ma swoje przyzwyczajenia i priorytety..ja pierwsze co robią
                    rano to wpadam pod prysznic..potem smigam po chałupie i na zewnątrz
                    • rotera Re: dla ratowania życia.... 21.02.09, 10:48
                      <po wstrzasie mózgu, uszkodzeniu kregów szyjnych, z dyskopatią
                      szyjnego odcinka kregosłupa, zawrotami głowy, napadowymi wymiotami,
                      poza całkowita moją kontrolą, podwójnym widzeniem itd.,>

                      no i widzisz....jednak podpadasz pod kategorie 'pani bo ja taka
                      chora jestem'....
                      opisywane przez Ciebie doleglewości wyglądają dla postronnej osoby
                      strasznie poważnie...dla wtajemniczonej uszkodzenie kręgów szyjnych
                      i dyskopatia to jendo i to samo, nie da się mieć jednego bez
                      drugiego, torebki jądra miażdzystego wypadają przy uszkodzeniach
                      kręgów powodując dyskopatie,
                      wtrząsu mózgu nie można mieć, a wstrząśnienie...a konsekwencją tego
                      są <'zawrotamy głowy, napadowymi wymiotami, poza całkowita moją
                      kontrolą, podwójnym widzeniem itd.,>'

                      więc zamiast dwóch linijek
                      dyskopatia odcinka szyjnego L1, i wstrząśnienie mózgu


                      a wyobraź sobie są gorsze rzeczy i te opisane przez Ciebie nie
                      podpadają u mnie pod kategorie zagrożenia życia,

                      dyskopatie szyjną ktorą można operować - wykonać fenestrację
                      poziomu, naciąć pierścień włóknisty, usunąć jądra
                      miażdzyste,wstawiając sztuczne kręgi, miesiąc w kołnierzu, pół roku
                      bez podnoszenia rąk powyżej głowy i tyle.

                      pikuś w porównianiu z uszkodzeniem rdzenia, zajętym zachyłek
                      bocznym i korzeniem w kanale...i całą resztą

                      tak jak matka dwulatka, zmęczona była, ja z częściowym/postępującym
                      paraliżem nie byłam....nie przyszłoby mi do głowy być, garść leków
                      zastrzyki pokryjomu w łazience, spanie na krześle....

                      <ja miałam dyskomfort bo powinna byłam być po wypadku "leżąca",
                      > a z racji odwiedzajacych stałam się "chodzacą" wbrew swojej woli i
                      > zaleceniom lekarskim>

                      widzisz ja byłam 'chodząca' dla własnego dziecka, Ty dla kosmetyki...

                      <w innej sytuacji może by mnie cieszył fakt, ze przez tyle osób
                      jestem znana i rozpoznawana..ale nie w tym przypadku>

                      a nie pomyślałaś, że tak chętnie na Ciebie patrzyli bo ze zdziwiem
                      otkryli Twoje ludzkie oblicze, zobaczyli że też masz worki pod
                      oczami i tłuste włosy a nie jesteś dopracowanym
                      nadczłowiekiem...niewątpiwie sprawiało im to satysfakcje, a Ty nie
                      mogłaś się po raz pierwszy schować za wypracowanym wizerunkiem i
                      stąd ta burza w szklance wody.


                      • ewa-krystyna Re: dla ratowania życia.... 21.02.09, 15:39
                        Rotera,
                        czy tak trudno zrozumiec,ze sa rozni ludzie i maja rozne potrzeby?
                        to,ze tobie nie przeszkadzaja opisane sytuacje nie oznacza,ze innym nie musza...
                        to,ze tobie nie zalezy jak wygladasz i kto cie oglada nawet chora nie znaczy,ze
                        inni musza byc tacy... to,ze ty siedzisz przy dziecku i masz na to sile,to nie
                        znaczy,ze wszystkie kobiety potrafia,niektore musza jednak czasem sie zdrzemnac
                        i ze zmeczenia nie slysza a nawet jesli slysza to potrzebuja kilku minut dla
                        siebie do zregenerowania sil.... nigdy by mi nie przyszlo do glowy krytykowac
                        matke,ktora jest tak zmeczona chorym dzieckiem,ze usnela i pozwolila dziecku
                        troche poplakac....moze ja bym inaczej sobie zorganizowala opieke ale nie kazdy
                        ma takie mozliwosci...
                        i przestan licytowac sie z Babcia,ktora z was byla bardziej chora,bo kazda byla
                        w szpitalu z jakiegos powodu a nie dla widzimisie i to co dla ciebie jest niczym
                        dla niej juz niekoniecznie smile
                        i doczytaj wreszcie,ze Babcia nigdzie nie napisala,ze chce zakazu odwiedzin
                        wszystkich - ona podkresla i to niejednokrotnie,ze POJEDYNCZE OSOBY ( JEDNA LUB
                        NAWET DWIE JESLI JEST TAKA POTRZEBA w co osobiscie watpie,bo zawsze mozna
                        zazadac pomocy pielegniarki czy salowej) SA WEDLUG NIEJ OK I NIE MA NIC PRZECIW
                        NIM,JEJ TYLKO CHODZI O OGRANICZENIE ODWIEDZIN INNYCH CZLONKOW
                        RODZINY/SASIADOW/DZIECI do stalych godzin i dni.... czy to tak trudno zrozumiec?
                        jesli juz ktos chce koniecznie zeby go odwiedzali wyzej wymienieni to niech
                        wlasnie beda ustalone godziny ( 1-3 chyba wystarcza) i dni,w ktorych to
                        nastapi.... wybacz,ale mnie tez byloby nie w smak lezec na sali,w ktorej od
                        switu do nocy przewijaja sie rozne osoby,ktorych nie znam a nawet znam,a ja leze
                        obloznie chora czy dochodze do siebie po operacji...
                        • rotera Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 22.02.09, 07:31
                          Ewa-krystyna

                          po pierwsze bardzo prosze nie nadużywaja Caps

                          po drugie doczytaj prosze kwestie sporu...
                          ja nie zarzucam Babci że nie miała prawa czuć się niekomfortowo, nie
                          zarzucam jej że nie mogła się czuć źle, czy że była chora

                          zarzucam
                          -niepotrzebne, patetycznie użyte sformuowanie 'zagrożenie życia',
                          użyła go by dowieść swojej racji, by podkreślić dramaturgie, dlatego
                          że zabrakło jej innych argumentów w dyskusji z moją poprzedniczką

                          ta dyskusja o to, że sformuowanie 'zagrożenia' moi zdaniem ma się
                          nijak do jej sytuacji, o to że są ludzie bardziej chorzy niż ona i
                          nie wyjeżdżają z takimi słowami....
                          uważam, że jej schorzenia i użyte stwierdzenie 'zagrożenie życia'
                          może dotknąć/urazić ludzi pod respiratorami, z nieodwracalnymi
                          urazami z chorobami w których walczy się o każdy ruch czy oddech.

                          Babcia ani razu razu nie przyznała - zagalopowałam się

                          ja się z nią nie licytuje, nie podałam nigdzie swojej choroby, bo
                          nie w tym rzecz, ja zbijam jej dramatyczne opisy schorzeń, i
                          podkreślam, że użyte z braku argumentów 'zagrożenie życia' było
                          nadużyciem, nieporozumieniem w stosunku do masy osób które są w
                          takiej sytuacji.


                          <i doczytaj wreszcie,ze Babcia nigdzie nie napisala,ze chce zakazu
                          odwiedzin wszystkich - ona podkresla i to niejednokrotnie,ze
                          POJEDYNCZE OSOBY >

                          Ty też doczytaj prosze, ja też nigdzie tego nie napisałam, i nie o
                          to się spieramy

                          gdziś Ci dzwoni, ale nie w tym kościele...
                          tytuł postu Cię nie zasugerował?

                          • babcia47 Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 22.02.09, 22:18
                            "ale do szału doprowadza mnie fakt, ze kazdy
                            kto sobie przypomni, że ma znajomego, sąsiada, krewnego w szpitalu
                            może w celach towarzyskich przyjśc do szpitala, czesto w sporej
                            grupie i przebywać na oddziale bez zadnych ograniczeń dotyczących
                            ilości przebywajacych osób, godzin odwiedzin (bywało, ze do 22-giej,
                            a nawet i później), bez kontroli co do zachowania tych osób, często
                            głosnego i uciążliwego dla innych pacjentów, którzy sa w szpitalu
                            nie dlatego, ze im sie tak zachciało ale dlatego, ze ich zdrowie a
                            czasem zycie trzeba ratować????"
                            ..no to sobie zadałam trud poczytania wątku i poszukania gdzie to ja
                            tak "uderzyłam w patetyczny ton"..przypominam, ze leżałam na
                            oddziale chirurgiczno-ortopedycznym, gdzie inne pacjentki były w
                            duzo gorszym stanie po wypadkach lub po operacjach RATUJĄCYCH ŻYCIE
                            ..co do Twojego "profesjonalnego wywodu" na temat moich
                            dolegliwości, to po pierwsze nie zamierzałam tu nikogo epatpwać moim
                            stanem zdrowia w tamtym momencie..a uszkodzenie kregów szyjnych było
                            jednym ze skutków wypadku..wstrzaśnienie mózgu było wynikiem
                            uderzenia głową w boczną szybę, uszkodzenie kregów również wynikiem
                            tego uderzenia a raczej niekontrolowanego wahniecia się głowy w
                            czasie uderzenia samochodu o przeszkodę..dziwnie nikt z lekarzy tego
                            nie zakwestionował jak równiez faktu, ze mam takie a nie inne
                            dolegliwości oraz zalecenia, ze mam leżeć i nie petać sie po
                            oddziale..odpowiedziałam na zadane przez Ciebie pytanie co do mojego
                            stanu a nie by dowodzic "jaka to byłam chora"..jednak tak sie
                            składa, ze po wypadku byłam na tyle niesamodzielna, nieruchawa, po
                            róznistych środkach i zabiegach, ze nie miałam siły sama reagować i
                            sie bronic przed hordami odwiedzających..sytuacja nie sprzyjała
                            mojemu powrotowi do sił i zdrowia (po to chyba zostałam przyjeta na
                            oddział???) a nie takich warunków chyba należało by oczekiwać w
                            szpitalu, tym bardziej że oddział był taki a nie inny i lezały tam
                            pacjentki w duzo gorszym stanie ode mnie..a co do zagalopywania sie
                            to chyba Ty nie doczytałaś dokłądnie i czepiasz sie jak pijany płotu
                            okreslenia, którego uzyłam (patrz cytat wyzej)w odniesieniu do
                            pacjentów (ogólnie), którzy przebywają w szpitalu własnie dla
                            ratowania zdrowia a często i życia
                            • rotera Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 24.02.09, 17:58
                              > ..no to sobie zadałam trud poczytania wątku i poszukania gdzie to
                              ja tak "uderzyłam w patetyczny ton"..>

                              w odpowiedzi do Agitracz1978, czytując ją i pisząc

                              <jak rozumiem byłaś w szpitalu z powodu problemów medycznych a nie
                              dla ratowania zdrowia lub zycia..punkt widzenia zmienia sie w
                              zależności od..pozycji leżenia.. >

                              ja odebrałam to jako Twoje własne doświaczenia, przemyslenia, opinie.
                              odebrałam to jako odpowiedz do Agi - Ty leżałaś z błahego powodu, ja
                              z ważnego...
                              czyżbym źle to odebrała?
                              chcesz powiedziać że wypowiadałaś się w imeniu innych pacjentów?
                              charakter wypowiedzi sugerował, że miałaś w tej konkretnej
                              odpowiedzi na myśli siebie i uwypuklenie własnych dolegliwości w
                              stosunku do śmiesznych dolegliwości Agi.

                              <Ty nie doczytałaś dokłądnie i czepiasz sie jak pijany płotu
                              > okreslenia, którego uzyłam (patrz cytat wyzej)w odniesieniu do
                              > pacjentów (ogólnie)>

                              jw, ogólnie?
                              no to nie wypowiadaj się za ogół, nie upoważniam do wypowiadania się
                              w moim imieniu, znajdzie się więcej takich którym odwiedzający, w
                              tym ich właśni nie przeszkadzają, a pomagają psychicznie, fizycznie
                              (w podaniu szklanki wody, w interwencji/informacji u lekarzy)

                              <co do Twojego "profesjonalnego wywodu" na temat moich dolegliwości>
                              ..a uszkodzenie kregów szyjnych było
                              > jednym ze skutków wypadku..wstrzaśnienie mózgu było wynikiem
                              > uderzenia głową w boczną szybę, uszkodzenie kregów również
                              wynikiem tego uderzenia a raczej niekontrolowanego wahniecia się
                              głowy w czasie uderzenia samochodu o przeszkodę..dziwnie nikt z
                              lekarzy tego nie zakwestionował jak równiez faktu, ze mam takie a
                              nie inne dolegliwości oraz zalecenia>

                              nic nie zmienia ten opis,
                              lekarze nie kwestionawali...wypadnięcia, wypadku samochodowego...,
                              objawów/obrażenień
                              ja tez nie kwstionuje tego co Ci się stało, ale nie zmienia to
                              faktu, że obrażenia to

                              dyskopatia i wstrząśnienie mózgu i nic poza tym

                              ten opis zajścia nic nie wniósł, nie dodał schorzeń, a opis zajścia
                              i opis związanych z urazami obajawów nie zwiększa ilości urazów.

                              <nie zamierzałam tu nikogo epatpwać moim stanem zdrowia w tamtym
                              momencie>
                              <gdzie to ja tak "uderzyłam w patetyczny ton"..>

                              jw.

                              nie przyznajesz miałam to i to, epatujesz opisami, szczegółami...
                              opisujesz objawy, wypadek, uderzenie w szybe, wahnięcie - w celu
                              zwiększenie wrażenia, spotengowania

                              leżałam na
                              > oddziale chirurgiczno-ortopedycznym, gdzie inne pacjentki były w
                              > duzo gorszym stanie po wypadkach lub po operacjach RATUJĄCYCH
                              ŻYCIE>
                              i to ich znajomi, rodziny Ci przeszkadzały...
                              a one były w gorszym od Ciebie stanie i gdyby to zależało od Ciebie
                              pozbawiłabyś ich tych wizyt dla własnego komfortu...


                              <jednak tak sie składa, ze po wypadku byłam na tyle niesamodzielna,
                              nieruchawa, po róznistych środkach i zabiegach, ze nie miałam siły
                              sama reagować i sie bronic przed hordami odwiedzających..sytuacja
                              nie sprzyjała mojemu powrotowi do sił i zdrowia >

                              teraz to się nazywa <bronić przed hordami>, wczesniej naywało się
                              <jeszcze bezradna na tyle, by sama sobie jeszcze nie poradzić a na
                              tyle świadoma, że oglądanie mnie w takim stanie przez obce osoby
                              (niestety często znajome osoby, w tym mężczyzn)sprawiało mi
                              przykrość..>

                              no to zdecyduj się<hordy> czy <znajomi mężczyźni>


                              • babcia47 Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 24.02.09, 21:37
                                > ja odebrałam to jako Twoje własne doświaczenia, przemyslenia,
                                opinie.
                                > odebrałam to jako odpowiedz do Agi - Ty leżałaś z błahego powodu,
                                ja
                                > z ważnego...
                                tak z włąsnego doswiadczenia..będąc w ciązy wyladowałam w szpitalu z
                                powodu uporczywych wymiotów w 5-tym miesiącu ciązy..na szczęście
                                szybko organizm zareagował na leki..trzymano mnie na oddziale
                                tydzień, by wykonac wszystkie zalecone badania, sprawdzic czy nie
                                dojdzie do ponownego nawrotu dolegliwości..i własciwie po dwóch
                                dniach mi nic nie dolegało, nudziłam się, szukałam sobie zajęć,
                                wizyty krewnych i znajomych sprawiały mi przyjemność, były
                                urozmaiceniem, ale wychodziłam z nimi z sali bo
                                byłam "chodząca"..Będąc w szpitalu po wypadku miałam dolegliwości
                                zwiazane z potwornym bólem głowy, karku i barków, podwójnym
                                widzeniem, mdłosciami, napadowymi wymiotami, chodem "marynarza",
                                zataczaniem się, zahwianiami równowagi, trudnoscią z chodzeniem po
                                prostej, nadważliwośćia słuchową..to jednak trochę inna "jakość"
                                przebywania w szpitalu nie sądzisz, niedowładem prawej ręki?..i jak
                                sadzę powinnam mieć w takim stanie umożliwiony wypoczynek,
                                zapewniony spokój, nie powinnam byc zmuszana przez jakiekolwiek
                                okoliczności, poza absolutnie koniecznymi, do chodzenia skoro miałam
                                to zabronione przez lekarza..no i przy okazji przepraszam, ze nie
                                miałam podobnie jak sasiadka z innego łózka połamanych obu rąk i
                                skreconej kostki, otwartego złamania i nie byłam jak dwie inne tuz
                                po zabiegach operacyjnych, z saczacymi sie ranami i wymiotująca po
                                narkozie..choc mi niestety wymioty napadowe, niekontrolowane też sie
                                zdarzały..i wyobraź sobie ze czułam sie źle z tym, ze "obcy" mnie
                                widzą w tym stanie, ze muszę sie przebrać w czystą koszule ale by to
                                zrobic muszę taka obfajdana, zataczając się, tzrymając sciany iść do
                                łazienki a nie moge tego zrobić na sali i na niej sie obmyć w
                                umywalce, zaprać koszulę by nie "capiła" wszystkim..goscie zamiast
                                sie wynieść przyglądali się z zainteresowaniem (młodzież)..starsi i
                                wrazliwsi otwierali okno by przewietrzyc..i siedzieli dalej
                      • babcia47 Re: dla ratowania życia.... 22.02.09, 22:39
                        > widzisz ja byłam 'chodząca' dla własnego dziecka,
                        Twój wybór
                        >Ty dla kosmetyki
                        ..i zeby nie zostać zakwalifikowana przez taka osobe jak Ty
                        jako "śmierducha"
                        a Ty nie
                        > mogłaś się po raz pierwszy schować za wypracowanym wizerunkiem i
                        > stąd ta burza w szklance wody.
                        i co w zwwiązku z tym? mam od dziś co rano przed ubraniem i umyciem
                        się, dla zdrowia psychicznego pobiegać w pizamie i rozwianym włosem
                        po okolicy, by inni mogli zobaczyć mnie w całej "okazałości"?
                        zastanów się dobrze nad tym co piszesz, bo sama raz podsumowujesz
                        inne osoby określajac ich poziom higieny jako skandaliczny w innym
                        przypadku dziwisz się i odbierasz prawo do tego osobom, które jednak
                        maja podobne do Ciebie obyczaje..i to niezależnie od stanu
                        zdrowia..coś "plączesz się w zeznaniach" w zależnosci od tego co Ci
                        pasuje w danej wypowiedzi..
                        • rotera Re: dla ratowania życia....podumowując 24.02.09, 18:27
                          <raz podsumowujesz inne osoby określajac ich poziom higieny jako
                          skandaliczny w innym przypadku dziwisz się i odbierasz prawo do tego
                          osobom, które jednak maja podobne do Ciebie obyczaje..i to
                          niezależnie od stanu zdrowia..coś "plączesz się w zeznaniach" w
                          zależnosci od tego co Ci pasuje w danej wypowiedzi..>

                          plącze się...dobre,gdzie?
                          no nie wiem kto się plącze...
                          raz piszesz że chodziło o higene, a w poprzednich postach powołujesz
                          się na wizerunek/kosmetyke, o tym, że nie chciałaś, żeby ,znani Ci
                          mężczyźni> oglądali Cie w takim stanie...

                          ja rozgraniczam higiene i kosmetyke,
                          pisząc 'brudas' mam na myśli osobe, która mimo, że jest chodząca,
                          tylko do diagnostyki,nie myje się nie bierze prysznica, nie podmywa
                          (przy miesiączce, nie wystarcza zmieniać podpasek...) sporadycznie
                          myje zęby....
                          kosmetyka zaczyna się po skończonej higienie osobistej,
                          Ty pisałaś o kosmetyce, a to zasadnicza różnica, jak pisałam Ci
                          wyżej nikt w szpitalu nie oczekuje wyprasowanego/dopracowanego
                          wyglądu, a dla Ciebie właśnie taki wizerunek własny stworzony
                          wcześniej, a zburzony w przypadku odwiedzających znanych Ci ludzi w
                          tym mężczyzn, był ważny i to dla Ciebie było przykre (przynajmniej o
                          tym pisałaś)

                          pisałaś o wychodzeniu do łazienki na korytarz...że lekarz kazał Ci
                          leżeć, a Ty mimo to chodziłaś do łazienki...
                          a co do tego mają odwiedzający? i tak musiałabyś chodzić do tej
                          łazienki, sama by nie przyszła...
                          a może gdyby nie Ci odwiedzający to nie musiałabyś chodzić do
                          łazienki?

                          gdzie części wspólne? odwiedzający/łazienka - przecież oni nie
                          chodzili za Tobą do tej łazienki...
                          przeszkadzali Ci w spaniu - rozumiem, ale co z tą łazienką?


                          podsumowując
                          miałaś wypadek
                          dyskopatie i wstrząśnienie mózgu
                          potężny dyskomfort psychiczny w związku z utratą wypracowanego
                          wizerunku/wyglądu

                          i podtrzymuje to co wyżej
                          cała burza w szklance wody o tą utrate wizerunku....

                          czyżby wszystko opierało się na wizerunku zewnętrznym/wyglądzie?
                          wspomniani ludzie mają do Ciebie szacunek tylko na podstawie tego
                          wizerunku/wyglądu.... w szpitalnej piżamie już Cię nie szanują?

                          czyżby Twoi odwiedzający nie przeszkadzali, czyżby nie miał kto
                          przeszkadzać?
                          • babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 24.02.09, 20:49
                            bosze kobieto alez Ty się rozmieniasz na drobne..będziemy teraz
                            spiuerac sie o to co jest zabiegiem higienicznym a co kosmetycznym?
                            może nieszczęśliwie uzywam zamiennie tych określeń ale jak sie
                            uprzeć to dla mnie zabiegiem higienicznym jest umycie włosów..ale
                            żeby nie wyglądac jak chochoł muszę sobie te włosy wysuszyc
                            odpowiednio fenując (zabieg kosmetyczny..o przepraszam fryzjerski),
                            a nie lubie tego robic nawet w obecności mężczyzn z włąsnej rodziny
                            a co dopiero obcych..no mam taka schize i nic na to nie poradzę..
                            nie lubię przy obcych osobach sie myć ale zniose to, jednak by obmuć
                            sie z potu pod pachami trzeba się rozebrać do połowy np przy
                            uwywalce w sali, potem ja korzystam z dezororantu no tu definicja
                            może byc różna czy to zabieg kosmetyczny czy higieniczny.. lub nie
                            wyobrazam sobie pluć na oczach obcych spieniąną pastą i z ubabranymi
                            nią ustami, sciekającą po brodzie (zabiegi higieniczne)..przy
                            męzczyznach tego nie zrobię..po wymyciu sie w moim wieku wskazane
                            jest uzycie kremu, bo skóra jest zbyt wysuszona, ściąga się od
                            zwykłej wody a już szczególnie chlorowanej..to już jest zabieg
                            kosmetyczny..i moze Cie to zdziwi ale tez nie lubię tego robić na
                            oczach "obcych" osób w tym mężczyzn, makijazu nie uzywam nawet na
                            codzień..ale niektóre zabiegi kosmetyczne jednak wykonuję..Mało tego
                            jakos tak jestem skonstuowana, ze przy obcych a juz szczególnie
                            mężczyznach nie będe sie przebierac w świerzą bielizne, koszulę..a
                            tego potrzebowałam bo leżałam w "gorącym" miesiącu w czasie
                            upałów..i z tego powodu musiałam wedrować do łazienki w drugim końcu
                            korytarza, bo jak opisałam wyżej, jeszcze jedna
                            grupa "piknikowiczów" nie wyszła a juz wchodziła i rozsiadała sie
                            nastepna..mogłam ich pogonić na pół godziny..ale nie miałam siły i
                            ochoty użerać się z ludźmi, którzy nie rozumieja, ze szpital jest od
                            leczenia a nie klubem towarzyskim i później znosić ewentualne fochy
                            współpacjentki
                            • rotera Re: dla ratowania życia....podumowując 24.02.09, 21:31
                              aaa...to wszystko wyjaśnia
                              wszystkie wymienione przez Ciebie zabiegi czy to higieniczne czy
                              kosmetyczne, łącznie z myciem zębów i zmianą bielizny, rozbieraniem
                              się do pasa jak dla mnie wykonywane zarezerwowane są na łazienke,
                              więc nadal nie widze związku z odwiedzającymi, są to dla mnie
                              zabiegi zarówno nie zarezerwowane dla współleżących jak i dla
                              odwiedzających.

                              <jednak by obmuć sie z potu pod pachami trzeba się rozebrać do
                              połowy np przy uwywalce w sali>

                              miałaś zamiar robić to na sali?

                              pomijając osoby przykute do łóżka które takie rzeczy robią w łóżku
                              (a raczej pomagają im to robić i to z regóły odwiedzający bo
                              pielęgniarki mają 'inne/ważniejsze' rzeczy, bądź jest ich za mało na
                              dyżurze.)

                              wielokrotnie byłam zmuszona do takiej toalety w łóżku i nie
                              kolidowało to z wizytami,
                              toaleta poranna przed obchodem (przed 7), wieczorna po obchodzie (po
                              21),

                              umywalka na sali jest według mnie po to żeby opłukać szklanke czy
                              talerzyk, umyć spocone ręce czy twarz w ciągu dnia, do nabierania
                              wody do miski dla osób wymagających toalety na łóżku

                              <ale nie miałam siły i ochoty użerać się z ludźmi, którzy nie
                              rozumieja, ze szpital jest od leczenia a nie klubem towarzyskim i
                              później znosić ewentualne fochy współpacjentki>

                              a Twoje zachowanie wyłączności i jedynie słusznej racji nie jest
                              fochami...
                              i nie jesteś człowiekiem który nie rozumie, że wizyty mogą być
                              bardzo dla innych pomocne i psychicznie i fizycznie...

                              gdyby np ktoś Cię odwiedzał z równym natężeniem nie miałabyś
                              problemów i obaw co do wypraw łazienkowych - byłoby Cię komu
                              odprowadzić do tej łazienki, postać tam, poczekać pół h...rano i
                              wieczorem.
                              • babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 25.02.09, 00:15
                                > miałaś zamiar robić to na sali?
                                owszem miałam zamiar zrobic to na sali odwrócona tyłem do
                                współpacjentek i osłanięta od nich dość wysokim murkiem..niestety
                                zasłonki, które były w tym szpitalu w latach 80-tych, umozliwiające
                                po ich zasunięciu zrobic to w sposób jeszcze bardziej intymny
                                znikneły gdzies w pomroce dziejów, choć pałąki do ich podtrzymania
                                pozostały
                                > wielokrotnie byłam zmuszona do takiej toalety w łóżku i nie
                                > kolidowało to z wizytami,
                                > toaleta poranna przed obchodem (przed 7), wieczorna po obchodzie
                                (po
                                > 21),
                                no widzisz a mnie nie mozna było dobudzić po zastrzykach i jeszcze
                                miałam fanaberie by chciec obmyc sie w ciągu dnia bo wydawało misie
                                że "capię" lub zdarzył mi sie "wypadek" z rzygankiem..
                                > umywalka na sali jest według mnie po to żeby opłukać szklanke czy
                                > talerzyk, umyć spocone ręce czy twarz w ciągu dnia, do nabierania
                                > wody do miski dla osób wymagających toalety na łóżku
                                no moja wina..mogłam zażyczyć sobie toalety w łóżku, bo miałam
                                zalecenie w nim pozostawać..jednak uważałam, ze przejscie kilku
                                metrów do umywalki jest małym problemem i mogę sobie z tym dac rade,
                                gdybym miała możliwość..bywałam w tym szpitalu kilkakrotnie, z
                                powodu własnych problemów lub z dzieckiem..chyba większośc pacjentów
                                była tak porąbana jak ja, bo wykorzystywała umywalke do rannej
                                toalety i gdy zaszła taka potrzeba w ciągu dnia..z łazienki
                                korzystało się po południu i wieczorem..zresztą najczęsciej była
                                zamknięta..bo przechowywano tam przez trzy godziny osoby zmarłe
                                zanim je zwieziono do kostnicy (!!), bywało, ze jak sie tam
                                dowlokłam to zastawałam zamknięte drzwi..musiałam sobie radzic w
                                ogólnodostępnej, koedukacyjnej toalecie z przebieraniem, mało
                                igieniczne warunki, i z toaleta wyczekując az bedzie w miarę pusta
                                > gdyby np ktoś Cię odwiedzał z równym natężeniem nie miałabyś
                                > problemów i obaw co do wypraw łazienkowych - byłoby Cię komu
                                > odprowadzić do tej łazienki, postać tam, poczekać pół h...rano i
                                > wieczorem.
                                nie zyczyłam sobie stałych odwiedzin, bo uwazam, ze 11 przykazanie
                                powinno brzmieć: "nie zawadzać"..mogłam to załatwić, w czym jak
                                sugerujesz, powinni mi pomóc odwiedzajacy bez ich i siebie
                                niepotrzebnego fatygowania, częściowo, gdybym miała taką
                                mozliwość..w pozostałym zakresie nie byłoby to poprostu potrzebne
                                (moje chodzenie i ich prowadzanie)..i powtarzam po raz chyba
                                setny!!! córka, która odwiedzała codziennie od świtu prawie do nocy
                                swoją bezradna mamę mi nie przeszkadzała..przeszkadzały mi tabuny
                                gosci, którzy wręcz sie nudzili na tych wizytach, bo z iloma naraz
                                mogła rozmawiac osoba odwiedzana???..rozmawiali głosno miedzy sobą
                                (nie z odwiedzaną), zaczepiali i wciągali w "imprezę" inne chore, z
                                nudów lub "niezdrowej ciekawości" kierowali swoje zainteresowanie na
                                inne osoby znajdujące się na sali, głośno komentowali, dziwili,
                                dawali wiele rad, niepytani, odnośnie leczenia..głośno rozmawiali
                                przez komórki, "zabijali czas" rozmawiajac ze sobą (nie z chorą),
                                częstowali sie przyniesionymi dobrami, dobrze bawili w odróżnieniu
                                od zmęczonych, zbolałych, chorych osób..zresztą co ja się tu
                                rozpisuję..chyba sama nie miałaś okazji trafić na taką sytuację i z
                                mojej stony to chyba wyglada jak opowiadanie ślepemu o kolorach..
                                • rotera Re: dla ratowania życia....podumowując 25.02.09, 08:56
                                  <..z łazienki
                                  > korzystało się po południu i wieczorem..zresztą najczęsciej była
                                  > zamknięta..bo przechowywano tam przez trzy godziny osoby zmarłe
                                  > zanim je zwieziono do kostnicy (!!), bywało, ze jak sie tam
                                  > dowlokłam to zastawałam zamknięte drzwi..musiałam sobie radzic w
                                  > ogólnodostępnej, koedukacyjnej toalecie z przebieraniem>

                                  łazienka- kostnica?
                                  łazienka - koedukacyjna?

                                  koedukacyjną widziałam tylko na oddziale dziecięcym, ale była to
                                  łazienka dla małych dzieci z wanienką i przewijakiem

                                  kostnicy nawet nie skomentuje.

                                  No i nie kumam, Ty nie masz pretensji do pielęgniarek, do warunków w
                                  szpitalu - kostnica i koedukacja, ale do ludzi....
                                  nie uważasz że warunki 'łazienkowo- kostnicowe' są nie do przyjęcia,
                                  do pielęgniarki której nigdy nie było w dyżurce, do tego, że jedyny
                                  dzwonek na sali był przy Pani z Alzhimerem....

                                  wiele z tych rzeczy dałoby się zorganizować inaczej bez
                                  najmniejszego wysiłku...
                                  przy dzwonku położyć kogoś zdrowego na umyśle (ale położyły Panią-z
                                  bezmyślności, czy z pewności że nie zadzwoni i z tą salą
                                  mają 'spokój'?)
                                  to samo z kostnicą...i umarłym i żywym należy się szacunek...
                                  czy to nie było bardziej przykre/przytłaczające niż wizyty...
                                  no mnie by milion razy bardziej dołowało i przeszkadzało w
                                  dochodzeniu do siebie


                                  <większośc pacjentów
                                  > była tak porąbana jak ja, bo wykorzystywała umywalke do rannej
                                  > toalety i gdy zaszła taka potrzeba w ciągu dnia..z łazienki
                                  > korzystało się po południu i wieczorem..>

                                  dla mnie poranna i wieczorna toaleta to prysznic i podmycie, tak u
                                  dorosłych jak i u dzieci, w umywalce nie da się tego zrobić,

                                  większość pacjentów...no...i większość na emamie...uważa że prysznic
                                  rano dla dwulatka to fanaberie....a potem po latach ta większość....


                                  > z mojej stony to chyba wyglada jak opowiadanie ślepemu o kolorach..

                                  <córka, która odwiedzała codziennie od świtu prawie do nocy
                                  > swoją bezradna mamę mi nie przeszkadzała..przeszkadzały mi tabuny
                                  > gosci, którzy wręcz sie nudzili na tych wizytach, bo z iloma naraz
                                  > mogła rozmawiac osoba odwiedzana???..>


                                  z mojej również...
                                  nie spotkałam zamkniętej łazienki, łazienki koedukacyjnej,
                                  kostnicy...
                                  nie spotkałam upierdliwych odwiedzających....


                                  zresztą przeszkadzały Ci wybrane osoby, córka- niedołężnej Pani nie,
                                  na tej podstawie zakazałabyś wizyt, pozbyła się upierdliwych
                                  jednocześnie wylewając 'tą córke' z kąpielą....

                                  Generalizujesz sobie ułatwiając w tamtej sytuacji, innym szkodząc

                                  proponuje oburzac się na warunki szpitalne, na brak/bezmyślność
                                  personelu, warunki łazienkowe, braki w lekach, takich podstawach jak
                                  wenflony, plastry do nich, a nie jakieś urwane kawałki, cewniki...
                                  ludzie zawsze są rózni, ale warunki w szpitalu powinny mieć jakieś
                                  odgórne, rygorystyczne standardy i powinny być zamykane jesli takich
                                  nie trzymają.
                                  • babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 26.02.09, 14:09
                                    widzę, ze koniecznie chcesz sie spierać dla samego spierania..z
                                    zacietrzewienia i albo juz nie pamietasz co wcześniej czytałaś lub
                                    nie czytasz tego na co odpowiadasz, łazienki z prysznicem, wanna i
                                    umywalkami były oddzielne (niestety mogła z niej korzystac jedna
                                    osoba na raz lub więcej gdy im nie przeszkadzało towarzystwo),
                                    toaleta niestety koedukacyjna..i co gorsza równiez dostepna dla
                                    tabunów, czesto sobie w niej robili palarnie ale to już inna bajka.
                                    Jest odgórny przepis, ze osobe zmarłą zwozi sie do kostnicy po
                                    trzech godzinach od smierci, pewnie sa jakies tam powody i
                                    przesłanki, zmarły jest "przechowywany" przez ten czas na oddziale,
                                    czy Ci sie to podoba czy nie..przy takim tłoku jaki był w tym
                                    okresie, braku wolnych sal, zmarłych przechowywano w łazience
                                    (zamknietej), która w dzień była mało wykorzystywana..Wczesniej
                                    zarzucałaś mi że jestem "paniusia" co to zwraca uwage na to ze jest
                                    nieswierza, teraz rzucasz hasła o konieczności korzystania z
                                    prysznica..zapewniam Cie ze zazwyczaj własnie z niego korzystam, ale
                                    czując się niepewnie na nogach wolałam nie ryzykowac posliźniecia
                                    sie lub zasłabniecia pod nim..za to skorzystanie z innej formy
                                    doprowadzenia sie do porzadku sprawiały mi równa ulgę..włazience ,
                                    gdy była dostepna korzystałam tez z umywalki, z innego też
                                    powodu..brzydzę się korzystać z tego urządzenia w miejscach ogólnie
                                    dostępnych, w szpitalu szcególnie, bo nikt brodzika nie dezynfekuje
                                    po kolejnym uzytkowniku
                                    > dla mnie poranna i wieczorna toaleta to prysznic i podmycie, tak u
                                    > dorosłych jak i u dzieci, w umywalce nie da się tego zrobić,
                                    da się..nawet w misce wody wziąść całą kąpiel..trenowałam to na
                                    jahcie z doskonałym skutkiem
                                    > zresztą przeszkadzały Ci wybrane osoby, córka- niedołężnej Pani
                                    nie,
                                    > na tej podstawie zakazałabyś wizyt, pozbyła się upierdliwych
                                    > jednocześnie wylewając 'tą córke' z kąpielą....
                                    wróć do poprzednich moich wypowiedzi, bo nie będę się powtarzać,
                                    kilkakrotnie pisałam jak powinno się to rozwiązać, by nie przesadzic
                                    w żadna stronę..i to bez dodatkowego kłopotu lub zatrudniania
                                    dodatkowych osób
                                    Przy okazji też napisałam, ze do pielegniarek nie miałam pretensji a
                                    raczej im współczułam i podziwiałam, bo pracujac na takim oddziale
                                    miały na okrągło opór roboty i ciężkiej, fizycznej przy pacjentach,
                                    którzy byli przykuci do łózek, po operacjach, złamaniach
                                    wielokończynowych, leżących na wyciagu z przewierconymi kończynami
                                    (a nie zaczepieni o gipsowy opatrunek), ze nie miały same kiedy
                                    skorzystać z toalety..nie siedziały w dyzurce i nie popijały
                                    kawki..dzwonki, nawet gdyby były sprawne mogły by sobie dzwonić.
                                  • babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 26.02.09, 14:23
                                    > z mojej również...
                                    > nie spotkałam zamkniętej łazienki, łazienki koedukacyjnej,
                                    > kostnicy...
                                    > nie spotkałam upierdliwych odwiedzających....
                                    no to masz szczęście..choc wystarczyłoby poczytać nie tylko moje
                                    wpisy, zeby sie przekonać, ze takie praktyki są nie tylko w
                                    powiatowym szpitalu ale nawet w duzych miastach (tabuny nad którymi
                                    nikt nie panuje i które przeszkadzaja lub zagrazaja pacjentom)..o
                                    brakach w słuzbie zdrowia ciągle sie słyszy w mediach..chyba, ze na
                                    codzień mieszkasz na pustyni gdzie prasa, radio i Tv nie dociera, a
                                    Ty pewnie byłaś w wypasionym i w pełni wyposazonym szpitalu, a
                                    posiłki były przynoszone z pobliskiej restauracji??? Denerwowac to
                                    ja sie moge ale od tego to sie raczej stan SZ nie poprawi, moje
                                    protesty nie sprawia, ze dyrektor szpitala zatrudni 10 dodatkowych
                                    pielegniarek by miał mi kto pomóc w zabiegach higienicznych..zreszta
                                    to niepotrzebne, bo mi wystarczy by mi nikt w nich nie przeszkadzał
                                    i byprzewalajace sie tabuny nie sprawiały, ze szpital do którego
                                    kieruje się i przyjmuje osoby tego wymagające nie zamieniał sie w
                                    świetlice lub kawiarnię, szczególnie dla osób, które przypomniały
                                    sobie o niewidzianym od lat krewniaku lub znajomym, bo wyladował w
                                    szpitalu
    • atra1 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 20.02.09, 13:35
      tabunom - nie
      jednej osobie chocby i 24/h - tak

      leżałam kilka razy w szpitalu, z czego raz po operacji poza moim miastem, mąż nie mógł ze mną być

      efekt był taki, że po operacji kilka godzin leżałam zarzygana w łóżku i nikt palcem nie kiwnął, każde wezwanie pielęgniarki było albo ignorowane albo pielęgniarka pojawiała się z wyjątkąwą niechęcia i sarkazmem, pod prysznic tez nie było komu mnie zaprowadzić - z godzinę po pionizacji - "pani idzie sie wykąpać", a łazienka gdzies na korytarzu. Wszystko fajnie, jeśli człowiek jest chodzący, to się chocby doprosi, albo sam zrobi
    • elkas3 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 25.02.09, 12:41
      Przy okazji tego wątku "podziękuję" tej kobiecie ze wsi, która 7 lat temu leżała
      ze mną na poporodowej. Sierpień 40stopni, zaduch. Moje dziecko ma parę godzin.
      Do kobietki po cc przychodzi 12 osób, łącznie z nieletnimi w wieku
      przedszkolnym. Ja prawie nieprzytomna, wszystko mnie boli po porodzie, nie ma
      jak się umyć, nie ma jak nakarmić, podobno mam wietrzyć krocze żeby się lepiej
      goiło. Jak? Kobieta i jej współtowarzysze nie zwracają uwagi na to, że jestem
      półprzytomna, na sali jest dwoje dzieci - moje ma parę godzin, jej 2 doby. Ona
      wychodzi po 2 dniach. Ja zostaję na patologii dziecięcej 2 tygodnie.
      Do dzisiaj nie mogę sobie tego darować. Gdybym nie była po porodzie i normalnie
      funkcjonowała, wyrzuciłam bym te wszystkie wujki, pociotki, sąsiadki i
      chrześnice. Nie reagował nikt z personelu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka