franczii Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 10:25 W szpitalu, w ktorym lezal po wypadku moj maz bylo napisane w regulaminie, ze pacjenci nie chodzacy maja prawo do calodniowej obecnosci kogos z rodziny. No to siedzialam non stop od 8 rano do 20. Staralam sie nikomu nie przeszkadzac i wychodzilam z sali za kazdym razem kiedy do innych chorych wchodzili lekarze lub pielegniarki. Nie zostawilabym meza samego bo widzialam, ze poza zmiana opatrunkow i podaniem lekow nie mogl liczyc na nic innego. Jest to straszne, ale po kilkunastu godzinach lezenia w zakrwawionej poscieli na obchodzie nikt nie zwrocil uwagi na smrod a ja jeszcze przez pol dnia nie moglam sie doprosic o zmiane tej poscieli. Ulitowano sie w koncu gdy poprosilam zeby mi daly posciel, to zmienie sama.. Karmienie i mycie a potem wynoszenie basenu to nic, wchodzilam sobie jak gdyby nic do pokoju pielegniarek i bralam z lodowki zimne oklady, ktore mial zalecone przez lekarza, gazy opatrunkowe itp. , po kilku dniach bylam jak u siebie w domu wiec nie dziwi mnie, ze ze szpitala mozna cos wyniesc. Potem maz mial zabiegi i lezal w innym szpitalu i tam juz tyle nie siedzialam bo nie mialam nic do roboty Ale tam tez byla zasada, ze czlonek najblizszej rodziny mogl byc przy pacjencie caly dzien, tyle ze tylko w charakterze podmory moralnej . Na sali meza bylo kilku mlodych mezczyzn po usunieciu hemoroidow i kazdy z troskliwa zona przy wezglowiu. . A na salach poporodowych tu, gdzie obecnie mieszkam wszedzie maz moze przebywac caly dzien z zona poloznica i dzieckiem, z czego wszyscy korzystaja ale sale sa maks. dwuosobowe lub mozna sobie zaplacic za jedynke. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 13:45 Ustalmy może czym jest szpital i w jakim celu ludzie do niego idą.I jesli dojdziemy do wniosku, że jest to miejsce, w którym leczy się ludzi, ratuje ich zdrowie i życie, w którym jedni przychodzą na świat a inni z niego odchodzą to dojdziemy do wniosku, że sprawą drugorzędna jest cokolwiek innego: życie towarzyskie, zaspakajanie potrzeb psychicznych - to o tych "umierających z tęsknoty". W szpitalu potrzebny jest spokój, względna intymność, czystość. Nie zmienimy warunków, z dnia na dzień nie powstana separatki z łazienkami, nie zatrudnimy tabunów pielęgniarek, sprzątaczek itd. Nie ma na to pieniędzy. W związku z tym trzeba pogodzić się z tym, że na sali jest więcej ludzi, niekoniecznie chetnych do znoszenia obecności naszych bliskich, kolegów czy sąsiadów. Ludzie moga krępować się tego, ze wymiotują na oczach sporego audytorium, muszą korzystać z basenu, maja podłączone cewniki, kroplowki itd. Chorzy nie zawsze moga w nocy spac, w związku z tym czasem chcieliby zdrzemnąć się po południu, a jak to zrobic kiedy sąsiad ma gości, ryczy telewizor, dzieci skacza po łożkach? Ludzie nie rozumieją, ze niewinna dla nich infekcja może byc zabójcza dla osoby w czasie chemioterapii czy noworodka albo chocby osłabionego choroba starszego współpacjenta. Rodziny kochaja przynosić domowe smakołyki. Zgoda, ale czasem one po prostu szkodzą. Sa lepsze niż szpitalne jedzenie, ale nie zawsze dieta jest dobrze dobrana. Część ludzi żywi się świństwem typu chińszczyzna z budki za rogiem. I przynosi owe świństwo o dość specyficznym zapachu skutecznie zasmradzając okolice. Dziś, w dobie telefonów komórkowych, trudno mówic o ograniczonym kontakcie z rodziną. Jestem za - krótkimi odwiedzinami max 2 godzinnymi, które nie dezorganizuja pracy oddziału - bezwzględnym zakazem wstępu do szpitali w okresach wzmozonych infekcji - zakazu wschodzenia w płaszczach, kurtkach - limitem liczby odwiedzających przypadających na 1 chorego ( max 2 osoby) - bezwzględnym wypraszaniem z sali gdy komukolwiek z chorych przeszkadzaja odwiedzający ( źle się czuje, chce spac, goście zachowuja się głosno i nieadekwatnie do miejsca), - bezwględnym zakazem przebywania w salach w czasie obchodów lekarskich, zabiegów, zajęć dydaktycznych ze studentami.. Odpowiedz Link Zgłoś
anik0987 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 14:03 To, co piszesz, jest sprzeczne z tym, o czym coraz wyraźniej się mówi. Wsparcie psychiczne chorych i ich samopoczucie odgrywa bardzo ważną rolę w powrocie do zdrowia. Zgadzam się z tym, że należy ustalić jasne zasady odwiedzin - między innymi należałoby ograniczyć liczbę odwiedzających do 1-2 osób na raz. Z moich obserwacji wynika, że rodziny często odwalają sporo pracy, którą powinny wykonywać pielęgniarki. Kiedy moja babcia była w szpitalu, pielęgniarki zapominały o tym, że trzeba wymienić kroplówkę, albo ją odłączyć, kiedy się skończyła. Ważniejsza była przerwa na kawkę. Nie mówię już o tak prozaicznych czynnościach jak mycie czy podawanie basenu. O karmieniu nawet nie wspomnę (osoby leżącej z ograniczoną możliwością ruchu). Gdy leżałam na patologii ciąży, gdzie wiele kobiet nie może wstawać, nie działały przyciski do wzywania położnych. Kto to miał robić? Ciężarna, która ma leżeć plackiem? A może należało krzyczeć na całe gardło aż ktoś usłyszy? Niestety w większości polskich szpitali nie można liczyć ani na troskliwą opiekę personelu ani na wsparcie psychiczne. Najprostszym sposobem jest określenie jasnych zasad odwiedzin i zapewnienie minimum intymności (kotary, parawany, ograniczenie liczby odwiedzających). Niestety lekarze najczęściej traktują chorego jak przypadek medyczny, a nie jak człowieka. Obecność kogoś bliskiego jest bardzo ważna. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 14:17 A może jednak warto miec na względzie dobro wszystkich chorych? Bardzo jestem ciekawa czy chciałabys, aby ktos z Twoich bliskich złapał w szpitalu infekcję przywleczona przez kogos, kto własnie przszedł wspierac psychicznie swojego bliskiego?????? Staram sie traktowac ludzi po ludzku, ale nie ukrywam, ze najwazniejsze dla mnie jest skuteczne leczenie a nie fanaberie typu trzymanie 17 latka za rączke tak jak miało to miejsce 2 dni temu na moim oddziale. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes U mnie też nie działały przyciski 17.02.09, 14:19 Kiedy moja babcia była w szpitalu, pielęgniarki > zapominały o tym, że trzeba wymienić kroplówkę, albo ją odłączyć, kiedy się > skończyła. Ważniejsza była przerwa na kawkę. Nie mówię już o tak prozaicznych > czynnościach jak mycie czy podawanie basenu. O karmieniu nawet nie wspomnę > (osoby leżącej z ograniczoną możliwością ruchu). Gdy leżałam na patologii ciąży > , > gdzie wiele kobiet nie może wstawać, nie działały przyciski do wzywania > położnych. Kto to miał robić? Jedna pacjentka karmiła i myła drugą. Kobieta z nakazem leżenia nie mogła 4 godziny dodzwonić się o basen. Inna pacjentka musiała jej ten basen w końcu podać bo pielęgniarek nie znalazła. Mąż innej pacjentki trzymał obcej kobiecie miskę gdy wymiotowała - z tego samego powodu. przycisk nie działał, pielęgniarek w dyżurce nie było. Szpital Bielański w Warszawie - ~ 9 lat temu. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: U mnie też nie działały przyciski 17.02.09, 14:29 Bzdury o tym, ze pielęgniarka przez 4 godziny nie zajrzy do sali gdy jest wzywana możesz opowiadac komus innemu. Zbyt długo jestem lekarzem, zeby uwierzyc w takie brednie. Dziś na 60 łózkowym oddziale mam po południu 3 a w nocy 1 pielęgniarkę. I 1 ( chyba) salowa. A w każdej chwili cos może się dziac. Jak te kobiety maja w każdej minucie byc przy każdym? To oczywiście nie oznacza, ze czeka się na basen 4 godziny!!! Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:31 Wiesz, Protozoa, ja pochodzę z lekarsko-farmaceutycznej rodziny. I jakoś nikt nie zaprzecza faktom. Jak te kobiety maja w > każdej minucie byc przy każdym? To oczywiście nie oznacza, ze czeka się na base > n > 4 godziny!!! Nikt nie wymaga by były cały czas przy każdym pacjencie. Co więcej - nie uważam, że zepsute przyciski są winą pielęgniarek Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:38 Ja nie twierdzę, ze zepuste przyciski powinny sie zdarzyć, ale nie są norma. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:42 No nie są normą, ale w tamtej sytuacji gdyby nie inni ludzie dziewczyna zwymiotowałaby na siebie. Co i dla niej i dla innych pacjentek nie byłoby szczególną rozkoszą. Ale... Szpital Bielański to dla mnie temat rzeka - najgorszy burdel jaki w życiu widziałam. A, niestety, byłam tam sama i kilka osób z rodziny też miało tą "przyjemność". Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 14:49 1. Nie pracuje w Szpitalu Bielańskim 2. Mam nieco inne zdanie - zwłaszcza o chirurgii dziecięcej ( byłam tam na stazu do swojej specjalizacji). Odpowiedz Link Zgłoś
kkokos Re: Nie denerwuj się tak:) 17.02.09, 21:35 protozoa napisała: > Ja nie twierdzę, ze zepuste przyciski powinny sie zdarzyć, ale nie są norma. wiesz co, może i nie norma, ale jakoś dziwnie tak się składa, że są zepsute na oddziałach, na których do dyżurki można chodzić po trzy, cztery razy, zanim pielęgniarka ruszy cztery litery. a tam, gdzie pielęgniarki są tak czy siak życzliwe i szybko reagują na twoje prośby, przyciski działają. tak, ja mam silne podejrzenie, że te przyciski psute są celowo - choć oczywiście nikogo psującego nie widziałam. a może po prostu mają swoje lata i mają prawo się psuć, a celowo nie są reperowane... Odpowiedz Link Zgłoś
anik0987 Re: U mnie też nie działały przyciski 17.02.09, 16:16 Może pracujesz w jakimś wyjątkowym szpitalu Ja wiem, bo chodziłam do pokoju pielęgniarskiego, prosząc o odłączenie kroplówki babci. Chodziłam kilkakrotnie, zanim któraś łaskawie się ruszyła. I nie był to jakiś pipidówek tylko porządny szpital w Krakowie. Ja leżałam na patologii w Warszawie. Nie sto lat temu, tylko 3. Ostatnio sporo miałam do czynienia ze szpitalami, niestety, po tam trafiali moi bliscy. Dwie osoby w bardzo ciężkim stanie i już stamtąd nie wyszły. Wiem, jak wygląda opieka i wiem, jaką rolę odgrywają bliscy. I nigdy nie zapomnę słów jednego lekarza w stosunku do bardzo bliskiej mi, umierającej osoby - ten to powinien już umrzeć. I nie przeszkadzało lekarzowi, że rodzina chorego stoi obok. Nie opowiadaj mi, jak to rodziny przeszkadzają w wykonywaniu obowiązków. Bo rodziny często wyręczają pielęgniarki w ich obowiązkach. Gdyby nie bliscy to chorzy byliby zdani na siebie. Niektórym lekarzom i pielęgniarkom chyba najbardziej przeszkadzają w szpitalu chorzy. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 14:22 od pierwszego postu piszę, ze nie mam na mysli osób, które zajmuja sie osobami, które wymagaja stałej opieki, na tej sali tez leżała starsza osoba z Alzheimerem, która przeszła operacje wstawienia sztucznego stawu biodrowego i córka, która opiekowała sie nia praktycznie od rana do wieczora mi nie przeszkadzała!! Przeszkadzały mi tabuny osób, które przyszły w celach towarzyskich, w duzych grupach, mieszanych, zachowywały się głośno, zawłaszczały całą przestrzeń, zaczepiały inne chore, nie pozwalały na chwile odpoczynku itd..dla mnie w ten sposób szpital nie tylko nie wykonuje swoich zadań ale równiez naraża chorych,,bo przebywajac w domu przynajmniej ma sie w okreslonych godzinach spokój, mozna odpocząć przespać sie..może lepiej zlikwidowac szpitale a personel niech owiedza chorych w domu i dokonuje odpowiednich zabiegów?..wiem to nierealne..ale w takim razie gdzie się leczyć, gdy nie ma mozliwości w szpitalu??? Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Protozoa 17.02.09, 14:15 ty też mylisz odwiedzających z kretynami. > Rodziny kochaja przynosić domowe smakołyki. Zgoda, ale czasem one po prostu > szkodzą. Sa lepsze niż szpitalne jedzenie, ale nie zawsze dieta jest dobrze > dobrana. Część ludzi żywi się świństwem typu chińszczyzna z budki za rogiem. I > przynosi owe świństwo o dość specyficznym zapachu skutecznie zasmradzając okoli > ce. > Chorzy nie zawsze moga w nocy spac, w związku z tym czasem chcieliby zdrzemnąć > się po południu, a jak to zrobic kiedy sąsiad ma gości, ryczy telewizor, dzieci > skacza po łożkach? Nigdy w życiu nie widziałam dziecka z wizytą w szpitalu. Nigdy nie widzialam by ktoś przynosił choremu chińszczyznę. Widziałam za to obiadki szpitalne złożone z samych produktów niedozwolonych dla chorych. Słone jak sos sojowy ziemniaczki i smażone w głębokim tłuszczu kotlety dla chorych na diecie bezsolnej. Obiadek tego typu postawiony bez słowa przy łóżku mało kumatej (z powodu choroby) osoby, pełnej zaufania dla SZPITALA i z zaufaniem po te kotleciki sięgającej. Bawią cię "umierający z tęsknoty" - mnie nie bawią. Nawet cholernie mnie nie bawią. Gdy umierał jeden z moich dziadków na korytarzu leżała samotna kobieta - miała zapewniony spokój bo nikt jej nie odwiedzał. Rzucano jej michę jak psu. Popychano łózko przy przechodzeniu przez korytarz (mówię o personelu medycznym, nie o chamskich bandach gości z dziećmi i flaszkami, które podobno są takie popularne). To JA - nie pielęgniarka - zmieniałam tej obcej pani koszulę, myłam twarz. To JA chodziłam dopytywać czy wolno jej się napić - ona nie była w stanie tego wiedzieć. Myślę, że w sporej ilości upokorzeń jakie zafundowano tej pani, moja obecność i codzienne wizyty w szpitalu była naprawdę najmniejszym. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:25 To chyba jednak mało widziałaś - przynoszenie chińszczyzny zdarza się nader często, zapewniam. Nie ma dyżuru, zebym nie widziała w szpitalu dzieci w charakterze odwiedzających. Jedzenie szpitalne jest niesmaczne, ale przy roznoszeniu posiłków jest obecna pielegniarka, choc robi to salowa, i ona pilnuje diety. Pomyłki raczej sie nie zdarzają, choc nie mozna ich wykluczyć. Częściej są problemy po jedzeniu przynoszonym z domu. Zwłaszcza na chirurgii. Przykro mi, ze ludzie leżą na korytarzach, ale takie są warunki. I nie jest to wina lekarzy tylko złego systemu, braku szpitali itd, temat na długie dyskusje. Pewnie, ze czynności przy tej chorej na korytarzu powinny robic pielęgnioarki, ale ich po prostu nie ma. Coraz mniej chce pracować za takie pieniądze. A będzie jeszcze mniej. Natomiast te siostry, które są nie rozdwoja się. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: Protozoa 17.02.09, 14:37 Jeżeli chińszczyzna zdarza się często - cieszę się, ze tego nie widziałam. I współczuję lekarzom, którzy muszą z taką głupotą walczyć. > Jedzenie szpitalne jest niesmaczne, ale przy roznoszeniu posiłków jest obecna > pielegniarka, choc robi to salowa, i ona pilnuje diety. Pomyłki raczej sie nie > zdarzają, choc nie mozna ich wykluczyć. No , ja nie uważam, ze jest niesmaczne. Najlepszy w życiu budyń jadłam w szpitalu na Grochowie Ale pomyłki (?) zdarzają się niestety często. > Przykro mi, ze ludzie leżą na korytarzach, ale takie są warunki. Tak, takie śą warunki - i dlatego irytuje mnie postulat odwiedzin tylko w środy i w niedzielę. Ja WIEM, że pielęgniarek jest mało, są potwornie zmęczone. Ale to nie jest powód by pacjent nie mógł zostać umyty , napojony czy przebrany przez kogoś życzliwego. Natomiast chamów z flaszkami, kebabami czy darciem mordy powinno się zwyczajnie spuszczać po schodach - i nie powinni tego robić lekarze czy pielęgniarki tylko ochrona. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:43 Ochrona? Emeryt czy rencista? Wolne żarty!! On może najwyżej zadzwonic na policję. W dalszym ciągu upieram się, ze jesli zdarzają sie pomyłki (!) to są one sporadyczne. W każdym razie nikt ich nie zgłasza. Zastanawiam się czy ja, choc jestem lekarzem, potrafiłabym dobrze umyć chorego leżącego w łózku, prawidłowo go podnieść itd. I czy np. mój ojciec wolałby zebym ja robiła te czynności czy tez pielęgniarka? Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: Protozoa 17.02.09, 14:45 No, ja akurat potrafię to robić prawidłowo. Ale obmyć twarz, uczesać, podstawić naczynie do wymiotów to umie każdy. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:55 To bardzo fajnie, ze to umiesz. Ja umiem wykapac niemowlę i.....umyć siebie. Nie podjęłabym się umycia chorego. To samo z czesaniem - szybciej powyrywałabym włosy niz uczesała. Czy inni potrafią to robic - nie wiem, natomiast wiem, ze widok wymiotującego + woń jest dla wielu nie do zniesienia. Odpowiedz Link Zgłoś
gaja78 Re: Protozoa 17.02.09, 14:56 protozoa napisała: > W dalszym ciągu upieram się, ze jesli zdarzają sie pomyłki (!) to są one sporadyczne. W każdym razie nikt ich nie zgłasza. Z moich doświadczeń szpitalnych na oddziale położniczym: - po pierwszym porodzie 3 doba, na obiad - pierogi z truskawkami, - po drugim porodzie 2 doba, na śniadanie - kanapki z dżemem truskawkowym. Ja rozumiem, że nie ma sensu przeginać z dietą karmiącej matki, że nie trzeba profilaktycznie ograniczać menu do ryżu, kurczaka i marchewki, że pomyłki się zdarzają. Ale sorry, truskawki serwowane matkom karmiącym kilkudniowe noworodki to IMHO mocne przegięcie. I niestety nie pomyłka. A czy zgłaszałam ? Nie, nie zgłaszałam. Słyszałam tylko komentarze neonatologów, że to "skandal". Skoro oni nie potrafili przezwyciężyć gdzieś "u góry" rytuału serwowania truskawek na położniczym, uznałam, że moja interwencja nie ma sensu. Pomijam fakt, że szpitalne racje były połową tego, co potrzebowałam zjeść będąc po porodzie i karmiąc dziecko. Co do tematu głównego - jestem za ograniczeniem liczby odwiedzających do góra 2 osób. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 15:09 Nie widzę nic złego, ze matka karmiąca je kanapki z dżemem truskawkowym, surowych truskawek nie powinna. Odpowiedz Link Zgłoś
attiya Re: Protozoa 17.02.09, 16:21 gaja78 napisała: > protozoa napisała: > > > W dalszym ciągu upieram się, ze jesli zdarzają sie pomyłki (!) to są one > sporadyczne. W każdym razie nikt ich nie zgłasza. > > Z moich doświadczeń szpitalnych na oddziale położniczym: > - po pierwszym porodzie 3 doba, na obiad - pierogi z truskawkami, > - po drugim porodzie 2 doba, na śniadanie - kanapki z dżemem truskawkowym. > > > w szpitalu podwarszawskim położnicom na obiad - tym po cesarce też - dawano smażone mięso. Więc nie są to przypadki odosobnione.... Odpowiedz Link Zgłoś
franczii Re: Protozoa 17.02.09, 14:51 Wiadomo, ze system do bani, lekarzy malo i pielegniarek tez ale ktos przy chorych te robote odwalic musi a kto to zrobi jesli wprowadzisz takie ograniczenia, o jakich pisalas we wczesniejszych postach? Zamkniecie sie wszyscy w jednym chlewiku? Dopoki szpital nie ma warunkow, zemy zapewnic odpowiednia opieke chporym i musi go w wielu czynnosciach wyreczac rodzina pacjenta, nie moze stawiac wymagan co do odwiedzin. Moze najwyzej ograniczyc liczbe odwiedzajacych ale nic poza tym. Czy bliska mi osoba ma lezec w gnijacej poscieli, nieumyta i zarzygana tylko dlatego, ze w szpitalu za malo jest pielegniarek? Na szczescie tam gdzie takie warunki panuja pozostalo na tyle zdrowego rozsadku,zeby nie ograniczac odwiedzin bo zdaja sobie sprawe ze cala robote z higiena i karmieniem zalatwia rodzina chorego. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 15:28 > Wiadomo, ze system do bani, lekarzy malo i pielegniarek tez ale ktos przy > chorych te robote odwalic musi a kto to zrobi jesli wprowadzisz takie > ograniczenia, o jakich pisalas we wczesniejszych postach? nie pisałam, że chcę powrotu do dawnych przepisów, pisałam jakie obowiazywały kiedyś, zmieniono je i to jest OK (tez to pisałam), ale przegięto w druga stronę! Nikt nad tym nie panuje, nikt nie kontroluje, nikt nie chroni innych chorych. Uwazam, ze odwiedziny powinny byc ale powinno to byc w jakis sposób urególowanez jednej strony by szpital zachował swój charakter i był miejscem gdzie mozna powrócić do zdrowia z drugiej by bezradni chorzy mogli sie czuć bezpiecznie pod kazdym względem, by nikt m.in. nie wyniósł kolejnego noworodkaa lub np. nie okradł lub molestował nieprzytomnej pacjentki..bo i to kiedyś może się przy takich obyczajach zdarzyć Odpowiedz Link Zgłoś
franczii Re: Protozoa 17.02.09, 15:46 Babciu47, mnie chodzilo o posta, w ktorym Protozoa przedstawila swoja wizje regulaminu wizyt dosc rygorystyczna i nie do przyjecia w obecnych warunkach kiedy szpitale nie maja mozliwosci realizacji podstawowych potrzeb pacjentow. Natomiast zgadzam sie, ze powinno sie wprowadzic ograniczenia co do ilosci odwiedzajacych. Odpowiedz Link Zgłoś
franczii Re: Protozoa 17.02.09, 14:35 >Obiadek tego typu postawiony bez słowa przy łóżku mało kumatej A ja, kiedy do meza na chirurgie chodzilam, widzialam takie obiadki stawiane, tez bez slowa na stoliku plasko lezacego chlopaka z jakims urazem kregoslupa albo polprzytomnego 100 letniego dziadzia. Smacznego! Ale popatrzyc sobie mogli na kotleta. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 14:40 Słone jak sos sojowy ziemniaczki i smażone w głębokim tłuszczu kotlety > dla chorych na diecie bezsolnej. ee to byłas w jakimś wypasionym szpitalu!! ja dostałam cieniutki krupnik, który miesa nie widział, a na drugie 5 klusek slaskich z jakimś sosem (wygladał jakby był z torebki) bez zadnych warzyw i miesa..na sniadanie 2 kromki chleba, masła na zatkanie dziurek w połowie jednej kromki i pomidorek srednicy 3 cm..kolacja podobnie tylko zamiast pomidorka trójkacik serka topionego. Kubki trerzeba było miec własne, sztućce też, o srodkach czystosci i higieny osobistej nie wspomnę, oczywiscie pizame, szlafrok i kapcie..tego juz nawet nie proponuja..wskazany włąsny koc gdy cieniutki, szpitalny nie wystarcza. Leki na choroby inne niz zwiazane z schorzeniem na które przyjeto pacjeta trzeba przynieśc własne..co ciekawsze nikogo nie interesuje za bardzo co i w jakich dawkach pacjent przyjmuje oraz czy nie bedzie to kolidowało z zaordynowanymi i podawanymi w szpitalu lekami, wiekszość środków opatrunkowych też trzeba dostarczyć we własnym zakresie a i co drozsze leki, którymi szpital nie dysponuje podobno..badania zalecone przy przyjęciu na oddział są wykonywane..albo nie i tez nikt z tego nie rozlicz ani nikt sie tym nie przejmuje..po wypisaniu sie przeze mnie do domu lekarz kilkakrotnie "przegonił" mnie do szpitala..bo chciał mnie zobaczyć..a własciwie jak sie zgłosiam na zapowiedziana wizyte stwirdził, ze przyjechałam niepotrzebnie (po co wyznaczał termin? po co zwlekałam sie z łózka i jechałam?)..o tym jak wygladało przyjecie mnie po wypadku do szpitala, m.in. 12 godzin łazenia po piętrach z uszkodzonymi kregami szyjnymi..to nawet szkoda pisać..a na koniec zamiast pomocy i wypoczynku..pikniki w sali chorych Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 14:42 ps. dzieci w wieku od lat 2 do 20 też były wśród odwiedzających Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: Protozoa 17.02.09, 14:48 Oczywiście za leki powinien odpowiadać szpital, ale nie ma na wszystko pieniędzy. Jesli np. mój chory bierze krople do oczu z powodu jaskry to po pierwsze ja nie znam się na lekach okulistycznych, ich dawkowaniu itd, ani mój oddział nie dysponuje takimi lekami. Może jesli składka ubezpieczeniowa byłaby pomnozona przez 2 to poprosiłabym na konsultacje dyzurnego okulistę, a apteka miałaby cały asortyment leków. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: Protozoa 17.02.09, 15:33 moja mama musiała brać leki na cukrzycę, była w szpitalu 3 tygodnie musiałam jej te leki wykupywać..wyszło, że dostała w szpitalu leki, które się z tamtymi kłóciły Odpowiedz Link Zgłoś
attiya sir.vimes :-) 17.02.09, 16:08 leząc w ciąży na patologii ciąży jestem tego najlepszym przykładem, że mając zachcianki (w życiu mi się to nie zdarzyło) jadłam właśnie chińszczyznę, hamburgery, korniszony, KFC, chipsy i inne cudeńka. Ale leżałam akurat wtedy sama wiec hulaj dusza.... Aha - i piłam litrami kwas chlebowy, którego nie lubię. Natomiast będąc w ósmym miesiącu ciąży potrafiłam mieć mdłości na widok ziemniaków - które normalnie uwielbiam. Poza tym masz rację pisząc o tym, że często odwiedzający pomagają chorym na sali a jest to psi obowiązek pielęgniarek i salowych. Ale co innego pomoc, co innego wizyty 10 osób na raz - szpital to miejsce dla chorych a nie na zloty rodzinne. Często kobiety były odwiedzane przez osoby, które nie widziały ich przez wiele lat - ot może umrze więc odwiedze ją w szpitalu... Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Attiya 17.02.09, 16:49 u mnie na patologii leżała laska , której mąż przemycał piwo. Innej mąż przemycał szlugi. Tak więc wierzę i w kebaby i hamburgery;P Ale co innego pomoc, co > innego wizyty 10 osób na raz No toż od początku piszę, że to kwestia kultury. Nikt normalny nie pcha się z 10 osobową bandą na wizytę do szpitala. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: Attiya 17.02.09, 17:00 > Ale co innego pomoc, co > > innego wizyty 10 osób na raz > No toż od początku piszę, że to kwestia kultury. Nikt normalny nie pcha się z 10 osobową bandą na wizytę do szpitala ..no dobra..zakładam, ze Twoja babcia jest przytomna a Ty lub ktos z rodziny z jakis powodów nie może jej odwiedzić..kto ma Twoja babcie obronić przed obecnościa na sali tych hord niekulturalnych ludzi? co tym biednym nieporadnym chwilowo lub na stałe pacjentom pomoze świadomośc, że do tej lub tamtej pacjentki zwala sie codziennie kilkanaście niekulturalnych osób? Zdefiniowanie zjawiska nie pomaga w jego opanowaniu lub nie przeciwdziała złym skutkom Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: Attiya 17.02.09, 17:11 kto ma Twoja babcie > obronić przed obecnościa na sali tych hord niekulturalnych ludzi? Twoim zdaniem najlepiej obroni ją zakaz odwiedzin dopuszczający dwie godziny w niedzielę? "Kto dba o higienę, ten jest podły stalowooki Pyziak. " nessie-jp Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: Attiya 17.02.09, 17:25 dla tabunów tak, z dopuszczeniem wizyt osób opiekujacych sie obłoznie chorymi pojedynczo, bez ograniczeń...najlepiej tej samej płci co pacjenci sali na której leży chory ale bez przesady, bo najczęściej chorymi mężczyznami zajmują się też kobiety z rodziny, a ciężarnym, którym zalecono leżenie najbardziej potrzebny jest małż..osoby pojedynczo sa jakby bardziej skłonne do współpracy, empatyczne, zauważaja kiedy należy wyjść z sali.."tłum" rządzi się innymi, własnymi prawami i jest w pewnym sensie "egoistyczny".. łatwiej rzucić nieprzyjemny tekst w kierunku chorego proszacego o spokój lub interweniujacej pielegniarce gdy ma sie za plecami małe stadko "swoich"..no i w ich obecności nie wypada dać sobą "rządzić" nawet gdy zachowanie jest z gatunku ponizej krytyki Odpowiedz Link Zgłoś
attiya no dobra 17.02.09, 17:51 no dobra - w sumie przecież chodzi o kulturę odwiedzających i o dobro chorych - jedno z drugim połączyć można - w końcu nikomu tłumaczyć nie trzeba, że szpital to nie kawiarnia. Koniec konców najważniejszy jest pacjent. A jeśli chodzi o jedzenie - no naprawdę nie mogłam sie powstrzymac, choć mój lekarz zawsze powtarzał, że wszystko w granicach zdrowego ludzkiego rozsądku jest dozwolone Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: no dobra 17.02.09, 18:41 No ale kto ma uczyć tej kultury? Zakaz odwiedzania? Nie mam nic przeciwko temu by w regulaminie odwiedzin czerwonymi wołami, największą czcionką, widniało, że "bez flaszek, nie drzeć się, nie karmić chorego brudnymi łapami kebabem, wychodzić gdy ktoś prosi, przebiera się, robi kupę; nie siedzieć 24 godziny an dobę, nie ryczeć telewizorem , radiem i telefonem, nie komentować obcych ludzi, nie przyprowadzać dzieci, nie odwiedzać gdy się jest chorym , przeziębionym" itp tylko zdaje się, ze to i tak uwzględnione w regulaminie jest (nie widziałam np. nigdy regulaminu, który nie zawierałby zakazu przyprowadzania małych dzieci) . Ale zakaz odwiedzania czy jakieś odgórnie narzucone dwie godziny to czysty absurd. Może w szpitalach przydałaby się lepsza ochrona, z możliwością reagowania i prawem do wywalenia z sali 10 osobowej bandy rozplotkowanych zakatarzonych wielbicieli pikników? Tylko ktoś, bo przecież nie nieprzytomny lub osłabiony pacjent, musiałby powyższą ochronę informować i prosić o reakcję. Kto? Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: no dobra 17.02.09, 19:01 > Ale zakaz odwiedzania czy jakieś odgórnie narzucone dwie godziny to czysty absurd. cae dziesieciolecia ten absurd funkcjonował i miał sie dobrze, wiem bo z okazji pierwszej ciąży była 4 x w szpitalu, z druga raz potem zdarzyło sie tez ze dwa razy, połoznic wogóle nie mozna było odwiedzać a ojcowie zazwyczaj poznawali swoje pociechy dopiero przy wypisie..ale to nie było dobre..odwiedziny były tylko w niedziele przez 2-3 godziny i w srodę..ale jeżeli ktoś przyjechał z daleka, pracował w systemie zmianowym itp. to często pozwalano na odwiedziny w drodze wyjątku..gdyby obecnie ograniczono do 2 godzin dziennie wizyty(z określonymi wyjątkami) tez nikomu nic by się nie stało..osoby "chodzące" zawsze mogły zejść do holu lub do ogrodu niezaleznie od godziny i spotkac się ze znajomymi..do stale leżących dopuszczano nawet wówczas kogos kto sie tą osoba opiekował..nawet ze zwykłej wygody, bo odciążał pielęgniarki Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: no dobra 17.02.09, 22:10 > cae dziesieciolecia ten absurd funkcjonował i miał sie dobrze Chciałam się dowidzieć czy chcesz powrotu do systemu "2 godzinki w środę, 2 godzinki w niedzielę" . I już wiem. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: no dobra 18.02.09, 10:52 > Chciałam się dowidzieć czy chcesz powrotu do systemu "2 godzinki w środę, 2 > godzinki w niedzielę" . I już wiem. dla tłumów i pikników tak, jak najbardziej!! szpital jest po to by się leczyc a nie by prowadzić życie towarzyskie Odpowiedz Link Zgłoś
attiya Re: no dobra 18.02.09, 10:54 babcia47 napisała: > > Chciałam się dowidzieć czy chcesz powrotu do systemu "2 godzinki w > środę, 2 > > godzinki w niedzielę" . I już wiem. > > dla tłumów i pikników tak, jak najbardziej!! szpital jest po to by > się leczyc a nie by prowadzić życie towarzyskie amen Odpowiedz Link Zgłoś
katia.seitz Re: no dobra 18.02.09, 12:07 > cae dziesieciolecia ten absurd funkcjonował i miał sie dobrze Może absurd miał się dobrze, ale pacjenci nie Leżałam w szpitalu jako 8-latka i moi rodzice mogli mnie odwiedzać właśnie na takich rygorystycznych zasadach... To było straszne. Dzieci na salach płaczące za rodzicami i pielęgniarki, które zaglądały do nich raz na parę godzin. Nie wolno nawet było zadzwonić do rodziny z telefonu na kartę znajdującego się na korytarzu (komórek oczywiście wtedy nie było). Rzeczywiście, świetne rozwiązanie Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: no dobra 18.02.09, 12:16 > Może absurd miał się dobrze, ale pacjenci nie dokładnie. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: no dobra 18.02.09, 12:26 odziały dzieciece to inna broszka i do przebywania rodziców na nich nawet 24h/na dobe nie mam zastrzezen..ale rodziców pojedynczo lub w parze, ewentualnie innych osób pojedynczo.. a nie w wielkich delegacjach skłądajacych sie z dalekich pociotków, stada rodzeństwa, które po 5 minutach sie nudzi i zaczyna rozrabiać..ja tez byłam w szpitalu majac ok 8 lat..mama miała do mnie dostep zawsze mimo, że to były czasy głębokiego PRL-u..dopuszczono do mnie poza godzinami odwiedzin nauczycielke (samą), która chciała mnie odwiedzic i podnieść na duchu..inne osoby miały wyznaczone pory odwiedzin Odpowiedz Link Zgłoś
ewa-krystyna Re: no dobra 18.02.09, 21:49 katia.seitz napisała: >komórek oczywiście wtedy nie było). teraz komorka tez ci na nic w szpitalu,bo i tak ich nie nalezy uzywac i powinny byc wylaczone na terenie szpitala Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: no dobra 18.02.09, 22:05 > teraz komorka tez ci na nic w szpitalu,bo i tak ich nie nalezy uzywac i powinny > byc wylaczone na terenie szpitala marzenie..dwie z moich sasiadek na okrągło korzystało bez wyciszania syglałó..ja również ale miałam ustawiony tel na wibracje Odpowiedz Link Zgłoś
ewa-krystyna Re: no dobra 19.02.09, 15:22 w Kanadzie,gdzie mieszkam, na terenie szpitali jak i zwyklych przychodni jest zakaz uzywania komorek uzywanie ich wszedzie uwazam za istna plage... jednak musze przyznac,ze u nas obok kazdego lozka jest telephone i mozna go uzywac,ale i system jest inny Odpowiedz Link Zgłoś
aga_rn Re: no dobra 21.02.09, 00:32 ewa-krystyna napisała: > w Kanadzie,gdzie mieszkam, na terenie szpitali jak i zwyklych przychodni jest > zakaz uzywania komorek uzywanie ich wszedzie uwazam za istna plage... jednak > musze przyznac,ze u nas obok kazdego lozka jest telephone i mozna go uzywac,ale > i system jest inny Ewa-Krystyna, ten zakaz zaczyna sie powoli zmieniac Moj szpital (w Toronto) od pewnego czasu jest cell-friendly Mozna uzywac komorek na terenie szpitala, prosza tylko o szanowanie spokoju innych pacjentow i ich rodzin Odpowiedz Link Zgłoś
ewa-krystyna Re: no dobra 21.02.09, 15:24 tego nie wiedzialam ale dalej uwazam,ze cell sa jak najbardziej niepotrzebne kiedy ma sie obok lozka normalny telephone.... w ktorym szpitalu pracujesz? Odpowiedz Link Zgłoś
aga_rn Re: Ewa-Krystyna 22.02.09, 03:51 Hehe, Ewa_Krystyna, mysle ze powoli zobaczymy te wywieszki typu "our hospital is cell-friendly" Ale ja musze powiedziec ze po moim drugim porodzie (cala noc na nogach bo chodzilam sobie po domu a do porodu pojechalam w ostatniej mozliwej chwili) przeklinalam na czym swiat stoi te stacjonarne telefony przy lozkach Moja sasiadka w lozku obok caly dzien wisiala na telefonie (duzo telefonow bylo do niej) i organizowala ceremonie obrzezania dla swego syna ( a czasu miala niewiele bo trzeba tego dokonac w 8-mym dniu po urodzeniu. A mi sie tak chcialo spac Nie wiem czy czytalas moj wczesniejszy post na temat odwiedzin w szpitalu w tym watku. Ja jestem za tym aby rodzina miala dostep do swoich bliskich w szpitalu (szczegolnie tych bardzo chorych, w ciezkim badz krytycznym stanie, itp.) bo zakazy powoduja tylko negatywne emocje i zachowania. Ale to co sie wyrabia w szpitalach w Toronto (ja pracuje w Humber River Regional) jest czasami nie do opanowania. W moim szpitalu bardzo duzo pacjentow jest pochodzenia wloskiego. O ile sa to naprawde rodzinni i w wiekszosci mili ludzie, za tez po prostu bardzo meczacy. Cala rodzina musi odwiedzac swojego bliskieo na OIOM-ie. Czyli nie tylko dzieci, ale tez wnuki, kuzyni i ich dzieci,wujkowie, sasiedzi i przyjaciele. No i niestey, notorycznie ignoruja zalecenia. Ostatnio mielismy takie zaostrzeni e sytuacji ze ochrona siedziala w naszym oddziale non stop aby pilnowac rodzine jednego pacjenta, a my mielismy zalecone aby w sytuacji jakiejkolwiek eskalacji problemu dzwonic po policje A co powiesz na sytuacje kiedy umieral Somalijczyk, ktory wsrod swojej spolecznosci byl wazna i respektowana osoba. W jedno popoludnie naliczono okolo 200 osob z ktorych kazdy chcial odwiedzic tego mezczyzne w OIOM-ie. Oczywiscie ochrona musiala "kierowac ruchem" bo mamager nalegala ze trzeba odwiedzjacym umozliwic wizyte w imie respektowania ich zwyczajow, tyle ze nikt nie pomyslal ani o innych pacjentach, ani o innych rodzinach (ktore nie mialy gdzie odpoczac bo pokoj dla odwiedzajacych byl okupowany przez ten caly tlum), juz nie mowiac o pielegniarkach ktore nie byly w stanie normalnie wykonywac swojej pracy. Ja naprawde wierze w Open Visiting policy, z perspektywy pacjenta dla ktorego obecnosc bliskich ma znaczenie terapeutyczne, ale niestety, w wiekszosci przypadkow strzelamy sobie w stope bo rodziny po prostu nie chca z nami wspolpracowac I nie widze wyjscia z tej sytuacji bo nikt nie wroci do restrykcyjnych przepisow. Pozdrowienia www.youtube.com/watch?v=I9eLeZS9OeY Odpowiedz Link Zgłoś
attiya Re: no dobra 17.02.09, 20:54 no wiesz....dobre pytanie....obawiam się, że niektórych ucząc całe życie nie nauczysz....A niektórzy załapią, że tak powiem za pierwszym razem....A zreszta zawsze się znajdzie gieroj, który będzie uważał, że ma do wszystkiego prawa....Inni z kolei powiedzą wszystkim w sali "dzień dobry" i wyjdą z krewnym na korytarz. Odpowiedz Link Zgłoś
kkokos Re: Protozoa 17.02.09, 21:39 > Nigdy w życiu nie widziałam dziecka z wizytą w szpitalu. a ja owszem, bardzo często. Odpowiedz Link Zgłoś
azile.oli Re: Protozoa 18.02.09, 11:16 Zgodzę się całkowicie z sir.vimens. Po cc miałam ścisłą dietę, nikt z rodziny mnie nie dokarmiał. Potem przeszłam na tzw salę ogólną, gdzie matki karmiące otrzymywały na obiad np łazanki z kapustą. Jadły to tylko te pacjentki, których nikt nie odwiedzał. W przypadku kobiet po cc takie danie mogło spowodować dodatkowe komplikacje, nie tylko kolkę u dziecka, zwłaszcza, jak się 3 dni tylko kleik jadło (albo i nie, bo był ohydny). Co do zepsutych przycisków...były sprawne. Niestety, po drugim porodzie, gdzie pielęgniarka miała zaglądać do mnie co kilkanaście minut, o mało nie zeszłam z tego świata, bo dostałam atonii macicy i krwotoku. Była noc z piątku na sobotę, mąż został wyproszony z oddziału , tylko pacjentkom z sąsiedniej sali zawdzięczam , że żyję. Dzwoniłam, ale pielęgniarki poszły sobie na plotki na porodówkę. Traciłam przytomność, gdy jakaś kobieta je znalazła, a krew lała się już po podłodze. Były tak przestraszone, że pobiegły po lekarza nie czekając na windę. Pokój lekarski był, niestety, dwa piętra wyżej. Nie piszę tego tendencyjnie i oskarżająco. Sama mam mamę pielęgniarkę. Mnie potem tych dziewczyn było nawet żal, bo jeden lekarz wpadł na salę i zajął się mną, a drugi nie wiedział, czy najpierw tych pielęgniarek nie udusić. Wydarł się na nie straszliwie. Gdyby był przy mnie mąż, ratunek przyszedłby znacznie szybciej. A tak, najpierw kilkakrotnie dzwoniłam, potem zaczęłam krzyczeć, przybiegła jakaś dziewczyna po porodzie, zanim obeszła wszystkie sale i w końcu trafiła na porodówkę trochę czasu minęło. Odpowiedz Link Zgłoś
asia_i_p Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:21 Zaspakajanie potrzeb psychicznych ma wpływ na stan zdrowia chorego, a "umieranie z tęsknoty" nie jest takie zabawne, jak ci się wydaje. Niepotrzebnym pobytem w szpitalu (jakby mi, do cholery, badań nie mogli przeprowadzić ambulatoryjnie, a pouczyć w sprawie diety przy cukrzycy ciężarnych w gabinecie) zafundowano mi depresję w czasie ciąży. A zakażenia pokarmowego raczej nie przywlekli odwiedzający (nie jadłam żadnego donoszonego jedzenia) - sądząc z odporności na jakiekolwiek leczenie była to zadomowiona bakteria szpitalna. Bogu dziękuję, że mąż mógł mnie odwiedzać, czekałam na te wizyty jak na zbawienie, licząc minuty. I zmieniłabym kolejność przymiotników - w szpitalu potrzebny jest względny spokój i intymność. Co to znaczy "względna intymność"? To znaczy, że może być naruszana, kiedy tylko personelowi jest tak wygodnie? Jeżeli rodzina ma nie przynosić domowych smakołyków, to porcje w szpitalach nie powinny być głodowe i powinny być dostosowane do diety - jeść dostawaliśmy mało i nie zawsze mogłam zjeść, bo często było fabrycznie słodzone - a ze strachu przed złamaniem diety i dłuższym pobytem w szpitalu dojadałam tylko sucharkami bezcukrowymi. I dlaczego pielęgniarki przy rannym mierzeniu temperatury mogą mnie zupełnie wybudzić o piątej zapalając ranne światło i łomocząc drzwiami, a po południu nie może mnie odwiedzić mąż, bo jeszcze mnie obudzi? Dlaczego osoba, która mi ewidentnie pomaga, podtrzymując na duchu, ma się zmywać z podkulonym ogonem, kiedy pojawią się studenci, dla których jestem pomocą dydaktyczną? I dlaczego nikt mnie nie spyta, czy tą pomoca dydaktyczną zgadzam się być? Dewiza House'a, że "leczy się chorobę, a chory tylko w tym przeszkadza" to miał być żart, a polscy lekarze najwyraźniej biorą to poważnie. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:39 Zaspakajanie potrzeb psychicznych ma wpływ na stan zdrowia chorego, > a "umieranie z tęsknoty" nie jest takie zabawne, jak ci się wydaje. a czy sadzisz, ze zapobieganie "umieraniu z tesknoty" dwóch pacjentek przez przewalanie się przez cały dzień od 8-mej do 22- giej, naprzemiennie, delegacji rodzinno-sasiedzko-kolezeńskich w grupach mieszanych: mężczyźni, kobiety, dzieci, po 4-8 osób w kazdej delegacji wpływa korzystnie na pozostałych pacjentów leżących na sali po operacjach lub wypadkach? Odpowiedz Link Zgłoś
asia_i_p Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:56 Czyli podpisujesz się pod pomysłem, żeby odwiedziny ograniczyć do dwóch godzin dziennie? Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 16:09 dla tabunów tak..dla osób zajmujacych sie osobami obłoznie chorymi lub małymi dziecmi z możliwoscia przebywania przez cały dzień..ale pojedynczo..do mycia itp. mozna poprosic o pomoc pielegniarke, która i tak będzie szczęśliwa, że ta osoba z rodziny zajmuje sie taką osobą przez wiekszość dnia..dla osób "chodzących" wydzielić sporą salę/świetlicę w szpitalu gdzie bedą mogły zejść i spotkac się z bliskimi, którzy nie moga przyjść w innych godzinach..w ciepłych porach roku przy kazdym przewaznie szpitalu do dyspozycji dla takich osób jest park lub ogród przy szpitalu Odpowiedz Link Zgłoś
figrut Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 03:09 babcia47 napisała: > dla tabunów tak..dla osób zajmujacych sie osobami obłoznie chorymi > lub małymi dziecmi z możliwoscia przebywania przez cały dzień..ale > pojedynczo..do mycia itp. mozna poprosic o pomoc pielegniarke, która > i tak będzie szczęśliwa, że ta osoba z rodziny zajmuje sie taką > osobą przez wiekszość dnia.. Bierzesz pod uwagę przypadki, gdzie w czynnościach pielęgnacyjnych i karmieniu muszą brać udział minimum dwie osoby ? Nie piszę tu o malutkich, lekkich dzieciach, a o pacjentach dorosłych w stanie terminalnym. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 10:09 Nie, babcia nie bierze pod uwagę przypadków gdy dobro chorego wymaga znoszenie przez innych pacjentów rodziny przy łożu więcej niż 2 h w niedzielę i w środę. Odpowiedz Link Zgłoś
ib_k sir.vimes 18.02.09, 10:29 > Nie, babcia nie bierze pod uwagę przypadków gdy dobro chorego wymaga znoszenie > przez innych pacjentów rodziny przy łożu więcej niż 2 h w niedzielę i w środę. myślę że nie starasz się zrozumieć tego co pisze babcia i inne dziewczyny, nie mamy nic przeciwko osobą opiekującymi się chorym, nawet 24/24 ale POJEDYŃCZO, tzn jedna osoba na raz, protestujemy przeciwko odwiedzinom tabunów ludzi różnej płci, przez cały dzień! Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 10:36 Figrut właśnie pyta o sytuacje gdy potrzebna jest więcej niż jedna osoba. Więc to chyba nie ja się nie staram zrozumieć... > myślę że nie starasz się zrozumieć tego co pisze babcia i inne dziewczyny, nie > mamy nic przeciwko osobą opiekującymi się chorym, nawet 24/24 ale POJEDYŃCZO Odpowiedz Link Zgłoś
mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 10:47 Sir.vimes, myślę, że upierasz się dla zasady "Pojedynczo" to skrót myślowy od "tyle osób, ile jest niezbędne przy pięlęgnacji". Wszyscy macie rację. Krótko mówiąc - odwiedziny towarzysko piknikowe bardzo ograniczone, odwiedziny pielęgnacyjne w ilości osób tyle ile jest potrzebne nieograniczone. Tak gra? Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 10:50 Mediatorka się znalazła;PPP Upieram się, że nie 2 godziny i nie dwa razy w tygodniu odwiedziny towarzysko piknikowe bardzo > ograniczone, odwiedziny pielęgnacyjne w ilości osób tyle ile jest potrzebne > nieograniczone. Tak gra? Tak, gra. I telewizorem nie ryczeć. Odpowiedz Link Zgłoś
mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 10:58 sir.vimes napisała: > Mediatorka się znalazła;PPP A bo wiem z doświadczenia, że w toku dyskusji jak jest 150 postów to się przydaje spojrzenie z boku. > Upieram się, że nie 2 godziny i nie dwa razy w tygodniu Jejku, to obojętnie jak. Porę trudno ustalić. Ale jak nie będzie to w jakikolwiek sposób czasowo i terminowo uregulowane, to sytuacja będzie taka jaka jest, czyli bez przerwy będą się tabuny po salach przewalać. Widzę, co się dzieje na dziecięcym u mojej matki, masakra chwilami jest. W sezonie grypowym są awantury, bo siostrzyczka nie może braciszka odwiedzić (i nie ma znaczenia, że siostrzyczka ma 1,5 roku, a braciszek 2 miesiące i obojgu te odwiedziny gilają), w salach jest tłok i syf, syf, nawet nie bałagan tylko syf. Nad łóżkiem dziecka niejednokroć siedzi matka, ojciec, i babcia z dziadkiem, jakby k.wa nie można było się umówić, że przyjdą pojedynczo, nie rodzina potęgą jest i basta. Dużo by opowiadać. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:16 No, to jasne, ale to inna historia. Zresztą - w dziecięcym troszkę nie wyobrażam sobie ograniczeń (oprócz ilości osób - bo przecież mogą wizytować niekoniecznie całą bandą na raz). Ale jeśli byłyby narzucone godziny , np. 15-17 , to wielu chorych obeszłoby się bez żadnej wizyty, obiadu i mycia bo rodzina mogłaby nie dać rady dostosować się do wymogów. Wiesz, ja tez miałam dzikie akcje szpitalne - łącznie z chorym mężem, który odwiedzał żonę na położnictwie. i, nieprawda, ja z wcześniakiem, rozumiesz, a tu mi facet kaszle, charcha itp itd. Spuścić po schodach, ot co. Co do dzieci w szpitalu - naprawdę nie widziałam nigdy. Nawet na położniczym rodzeństwo tylko duże (po chyba 15 roku życia) odwiedzało nowo narodzone. Ale nie widzę opcji by utrudniać ludziom dostęp do chorego. Za wiele razy byłam w szpitalu by uznawać to za dobre. Odpowiedz Link Zgłoś
mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 11:35 Cytat > Zresztą - w dziecięcym troszkę nie wyobrażam sobie ograniczeń (oprócz ilości osób - bo przecież mogą wizytować niekoniecznie całą bandą na raz). Ograniczenie nr 2 - osobom przeziębionym wstęp wzbroniony. Ograniczenie nr 3 - to już moje osobiste - tylko NAJBLIŻSZA RODZINA, ograniczona do rodziców i dziadków. Na litość, dwulatkowi naprawdę to gila, czy go odwiedzi chrzestna, chrzestny i ulubiona pani sąsiadka. Póki co, jest sytuacja patowa. Wyjściem byłby odpowiedni system interwencyjny, czyli zapis w regulaminie odnoszący się - tak, tak, do zasad kultury - i jego egzekwowanie. Ochrona w szpitalu ma niestety bardzo ograniczone uprawnienia, może usunąć awanturujące się osoby lub takie, co stwarzają zagrożenie publiczne. Nie będzie wzywać policji do tego, że przy łóżku pani Kowalskiej są 3 koleżanki głośno rozmawiające przez komórkę i komentujące otoczenie. Właściwie to wyjścia z sytuacji jako takiego nie ma. Ograniczenie odwiedzin powinno być, jak najbardziej, tylko problem, jak to zorganizować logistycznie. Bo, jak sama widzisz, na zwykłą kulturę ludzi nie ma co liczyć, zwłaszcza, kiedy jej brak. Na patologii ciąży leżałam w sali - tadaaam - 8-osobowej. Możesz to sobie wyobrazić . Do jednej pani z tzw. marginesu przyjeżdzał dzień w dzień mąż z bandą kolegów z kroniki kryminalnej, na sąsiednim łóżku parka przez kilka godzin dziennie uprawiała dziki petting. Mąż jednej pani - przyjezdnej - potrafił siedzieć cały dzień, bo skoro już wydał xxx kasy na pociąg, to szkoda by było na godzinę. Telewizor wył cały dzień, bo banda z kroniki kryminalnej hmmm go zhakowała ;/. W desperacji wiałam do koleżanki na salę obok, gdzie był większy luz, ale zaraz słyszałam "pani P., pani jest pacjentka leżąca, proszę do łóżka wracać". Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:39 No weź, a kto odwiedza SĄSIADÓW??? Chyba, ze musi zastąpić rodziców/bliskich w jakichś czynnościach pielęgnacyjnych. > Ograniczenie nr 3 - to już moje osobiste - tylko NAJBLIŻSZA RODZINA, ograniczon > a do rodziców i dziadków. Na litość, dwulatkowi naprawdę to gila, czy go odwied > zi chrzestna, chrzestny i ulubiona pani sąsiadka. A co do chorych ludzi odwiedzających - tylko kretyn coś takiego robi. Moim zdaniem to to samo co jazda po pijaku - taki człowiek jest potencjalnym mordercą. I już. Odpowiedzialność powinna być taka sama. Ja też miałam na patologii salę 8 osobową. I właściwie dość podobne klimaty. Odpowiedz Link Zgłoś
mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 11:45 Cytat No weź, a kto odwiedza SĄSIADÓW??? Chyba, ze musi zastąpić rodziców/bliskich w jakichś czynnościach pielęgnacyjnych. Życia koleżanka Vimes nie zna. Gdy urodziłam Szymona, przez jeden dzień zwaliły się do mnie 2 sąsiadki, potem jedna "przy okazji, bo akurat odwiedzała teściową w szpitalu", syn sąsiadki (ok, znam go od przedszkola, potem mieliśmy jakis hmm epizod, ale bez przesady, nie jest to powód aby po 6 latach od epizodu odwiedzać mnie w szpitalu), małoletnia córka sąsiadki z koleżanką, matka koleżanki z ogólniaka (taak, też przy okazji). Na drugi dzień poprosiłam oddziałową, aby wpuszczała do mnie wyłącznie rodzinę pt. moja matka i moja siostra. A - żeby nie było, byłam na 1-osobowej sali, jakby to było na sali wieloosobowej, to bym pewnie wcześniej darła mordę. I tak uważam, że darłam za późno. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:19 przez jeden dzień zwaliły się do mnie 2 sąsiadki, potem > jedna "przy okazji, bo akurat odwiedzała teściową w szpitalu", syn sąsiadki Zabiłabym. Tępą siekierą. Odpowiedz Link Zgłoś
mama_kotula Re: sir.vimes 18.02.09, 12:40 Aaa - odwiedziły mnie jeszcze niemal wszystkie pielęgniarki z oddziału dziecięcego, na którym pracuje moja matka . Jak leżałam na internie z jedną panią po 70-tce, codziennie była u niej przynajmniej 3-osobowa delegacja z kółka różańcowego czy jakiejś tam innej wspólnoty. Sceny komiczne się odgrywały, bo wszystkie panie przygłuche i rozmowy na zasadzie "jak się macie Bartoszu?" - "mam indyki w koszu", bardzo głośno. Przez 5 minut takie sceny są komiczne, potem wyłącznie drażnią. Miałam discmana na szczęście . Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:43 Ale to już nie wina pań że głuche;P Ja raz leżałam z kobietą, która co 10 minut wzywała pielęgniarkę . Spokój był tylko wtedy gdy przy łożu siedziały córki i konwersowały. Gdybym miała zwyczaj się modlić, modliłabym się by i na noc zostawały. Odpowiedz Link Zgłoś
jowita771 Kotula 18.02.09, 13:18 Ciesz się, że nabożeństw nie odprawiały, tak tez mogło być. Kumpela leżała kiedyś w szpitalu i opowiadała, że salę obok była babka - ŚJ. Chodziła i nawracała zupełnie nie przyjmując do wiadomości odmowy. Ale chyba typ najgorszy, jaki mógł się trafić - neofitka koło 80-tki. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 11:48 > No weź, a kto odwiedza SĄSIADÓW??? Chyba, ze musi zastąpić rodziców/bliskich w > jakichś czynnościach pielęgnacyjnych. pisałam w jednym z pierwszych postów..znakomita część "tabunów" to byli sąsiedzi Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 12:14 boszsze, sir.vimes..czy Ty naprawde nie potrafisz czytac ze zrozumieniem? nie mam nic przeciw JEDNEJ osobie, która "waruje" i pomaga w opece nad osobą, która tego wymaga, jest obłoznie chora, niesprawna ruchowo itd. ale do szału doprowadza mnie fakt, ze kazdy kto sobie przypomni, że ma znajomego, sąsiada, krewnego w szpitalu może w celach towarzyskich przyjśc do szpitala, czesto w sporej grupie i przebywać na oddziale bez zadnych ograniczeń dotyczących ilości przebywajacych osób, godzin odwiedzin (bywało, ze do 22-giej, a nawet i później), bez kontroli co do zachowania tych osób, często głosnego i uciążliwego dla innych pacjentów, którzy sa w szpitalu nie dlatego, ze im sie tak zachciało ale dlatego, ze ich zdrowie a czasem zycie trzeba ratować???? Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:20 Babciu. TY nie umiesz czytać ze zrozumieniem. Od początku piszę, ze grupy odwiedzających i pikniki są niedopuszczalne. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 12:31 > Babciu. TY nie umiesz czytać ze zrozumieniem. Od początku piszę, ze grupy > odwiedzających i pikniki są niedopuszczalne ..wiec dlaczego oburza Cie propozycja by ograniczyc ich wizyty do kilku godzin w tygodniu przy zachowaniu pozwolenia na jedno-dwu osobowe przebywanie osób opiekujacych sie obłoznie chorymi bez ograniczeń, za zgoda i wiedzą personelu medycznego? pisząc obłoznie chorymi mam tu również na mysli cięzarne na patologii, które maja nakaz leżenia plackiem.. Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 12:41 Oburza mnie propozycja by ograniczyć wizyty do dwóch godzin w tygodniu i wybranych dni. Nie może oburzać mnie propozycja o ograniczeniu wizyt 10 osobowych grup bo jak najbardziej jestem za niewpuszczaniem tylu osób na raz do chorego (zresztą, zazwyczaj takiej opcji nie ma, 3 osoby na raz to maksimum z jakim się spotkałam, w innych sytuacjach wypraszały grupę pielęgniarki lub inne pacjentki). Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 13:08 > Nie może oburzać mnie propozycja o ograniczeniu wizyt 10 osobowych grup bo jak > najbardziej jestem za niewpuszczaniem tylu osób na raz do chorego (zresztą, > zazwyczaj takiej opcji nie ma, 3 osoby na raz to maksimum z jakim się spotkałam , w innych sytuacjach wypraszały grupę pielęgniarki lub inne pacjentki). Na oddziale gdzie ja przebywałam pielegniarki były zbyt zapracowane by kontroliwac ilośc odwiedzających, ich zachowanie i ewentualnie wypraszać..pacjentki przewaznie zbyt słabe (oddział cho=iryrgiczno- ortopedyczny)..odgórny zakaz odwiedzania chorych przez tabuny, poza wyznaczonymi godzinami pozwoliłby ochronie na niewpuszczanie odwiedzających poza uzgodnionymi przypadkami: osób zajmujacych sie osobami obłoznie chorymi lub tymi, którzy nie moga odwiedzic w innych godzinach..ale uzyskali indywidualne zezwolenie po wyjasnieniu swojej sytuacji..to by sprawiło, ze sytuacja byłaby pod kontrola a osób przebywajacych poza wyznaczonymi godzinami byłaby ograniczona ilość..tak było zreszta w czasach obowiązywania tych restrykcyjnych przepisów!!! zawsze osoba "chodząca", czyli taka która nie wymaga specjalnie spokoju, lezenia, jest np. na badaniach, ustawianiu dawek leków itd. mogła spotkac sie z osobami, które przyszły w innych godzinach niz obowiązujace w przeznaczonej do tego osobnej sali w szpitalu, w holu lub w przylegajacym do szpitala parku Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 18:07 > Nie może oburzać mnie propozycja o ograniczeniu wizyt 10 osobowych grup bo jak > najbardziej jestem za niewpuszczaniem tylu osób na raz do chorego (zresztą, > zazwyczaj takiej opcji nie ma, 3 osoby na raz to maksimum z jakim się spotkałam > , > w innych sytuacjach wypraszały grupę pielęgniarki lub inne pacjentki). > hmm przez te dwa dni kiedy byłam na oddziale grupy 3-osobowe zdarzały sie rzadko..zazwyczaj były 4-8 osobowe..a pielegniarki miały naprewdę dość innej roboty przy zabiegach medycznych i higienicznych pacjentów leżących po operacji lub na wyciągach ..do nich o ten stan rzeczy mam najmniej pretensji..one nie sa od tego by jeszcze pilnowac odwiedzajacych..od tego jest regulamin, wewnetrzne zarządzenia i osoba przy drzwiach wejsciowych na oddziały szpitalne, coś w rodzaju recepcji gdzie moga też przebywać ochroniarze..jest tez telefon, za pomoca którego można wpuscic na oddział "wyjatkowego" goscia Odpowiedz Link Zgłoś
attiya Re: sir.vimes 18.02.09, 12:48 sir.vimes napisała: > No, to jasne, ale to inna historia. > > Zresztą - w dziecięcym troszkę nie wyobrażam sobie ograniczeń (oprócz ilości > osób - bo przecież mogą wizytować niekoniecznie całą bandą na raz). > > Ale jeśli byłyby narzucone godziny , np. 15-17 , to wielu chorych obeszłoby się > bez żadnej wizyty, obiadu i mycia bo rodzina mogłaby nie dać rady dostosować si > ę > do wymogów. > > Wiesz, ja tez miałam dzikie akcje szpitalne - łącznie z chorym mężem, który > odwiedzał żonę na położnictwie. i, nieprawda, ja z wcześniakiem, rozumiesz, a t > u > mi facet kaszle, charcha itp itd. > > Spuścić po schodach, ot co. Co do dzieci w szpitalu - naprawdę nie widziałam > nigdy. Nawet na położniczym rodzeństwo tylko duże (po chyba 15 roku życia) > odwiedzało nowo narodzone. > > Ale nie widzę opcji by utrudniać ludziom dostęp do chorego. Za wiele razy byłam > w szpitalu by uznawać to za dobre. a ja widziałam i to nie raz w ubiegłyum roku w szpitalu w Wołominie i momio tego, że zwróciłam mu uwagę, to facet zasmiał mi sie w twarz i poszedł z tą dwójką dalej Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 11:04 > Tak, gra. I telewizorem nie ryczeć. mi mniej przeszkadzało gdy ktoś sobie cicho zapuscił odcinek ulubionego serialu po zapytaniu o zgode pozostałych pacjentek niz te tabuny, głosne rozmowy, co chwila odzywajace sie komórki i głosne rozmowy prowadzone za ich pomoca, wszedobylscy goscie płci obojga sprawiajacy, ze nie miałam ani grama intymnosci i ani chwili by odpocząć, nabierać sił i zdrowieć..zamiast leżeć, jak lekarz przykazał, musiałam się ewakuowac w inne miejsca by wykonać niezbedne czynności pielęgnacyjne, higieniczne..i to wszystko z zawrotami głowy, z niebezpieczeństwem, że padnę zemdlona gdzieś na korytarzu lub w łazience..to juz nie jest kwestia kultury lub obyczaju..to jest stwarzanie autentycznych zagrozeń dla pacjenta Odpowiedz Link Zgłoś
attiya babciu ;-) 18.02.09, 11:09 no wiesz ale wazniejsze niż te twoje zabiegi pielęgnacyjne były wizyty całej wielopokoleniowej rodziny - w końcu hahaha po to jest szpital....tylko jakby tych ciągle przeszkadzajacych chorych tak gdzieśby ewakuować...przeszkadzają i przeszkadzają...a już najbardziej w leczeniu przeszkadzają... Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes radio i TV 18.02.09, 11:17 A mi cholernie przeszkadza jak ktoś ryczy TV lub radiem. Utrudnia leczenia, denerwuje, nie daje spać, irytuje, zmusza do słuchania czegoś czego nie mam ochoty słuchać. Ale nie proponuję zakazu radia i TV. Czy pozwolenia na radio i TV przez 2 h dziennie. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: radio i TV 18.02.09, 12:04 A mi cholernie przeszkadza jak ktoś ryczy TV lub radiem. czy Ty umiesz czytac ze zrozumieniem? w tym konkretnym przypadku telewizor został uruchonmiony za zgodą WSZYSTKICH pacjentek leżących na sali w tym moją..gdsybyśmy się nie zgodziły telewizor by nie grał..czepiasz się konkretnej sytuacji, do której doszło za ogólna zgodą, na ogół telewizor był wyłączony..ale i tak osoba, która dostała zgodę innych pacjentek nie miała okazji z tego skorzystać mimo wrzuconej kasy, bo "tabuny", które się pojawiły w międzyczasie uniemozliwiły to bardzo skutecznie zagłuszając 3x taką ilością emitowanych decybeli Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:18 Swoją drogą, w życiu nie przyszłoby mi do głowy narażać zdrowie i wlec się do łazienki w celu uczesania gdy nakazano leżeć. "..zamiast leżeć, jak lekarz > przykazał, musiałam się ewakuowac w inne miejsca by wykonać > niezbedne czynności pielęgnacyjne, higieniczne..i to wszystko z > zawrotami głowy, z niebezpieczeństwem, że padnę zemdlona gdzieś na > korytarzu lub w łazience." Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: sir.vimes 18.02.09, 11:57 > Swoją drogą, w życiu nie przyszłoby mi do głowy narażać zdrowie i wlec się do > łazienki w celu uczesania gdy nakazano leżeć. nie wiem jak Ty ale ja czasem chciałam umyć zęby..a pokazywanie zapienionej buzi i plucie do umywalki wydaje mi sie mało estetyczne..leżałam w połowie lata, czasem potrzebowałam zwyczajnie obmyc się z potu, przy braku zasłonki przy umywalce na sali było to niewykonalne, przebrac sie w czysta bieliznę i koszule tez musiałam w miejscu ustronnym a nie na oczach panów rezydujacych przy sasiednim łóżku.. to ze czułam spory dyskomfort będąc potargana, z przetłuszczonymi włosami to dodatek..ale dla mnie istotny i stresogenny..a to zdrowieniu ponoc nie służy Odpowiedz Link Zgłoś
attiya Re: sir.vimes 18.02.09, 10:52 sir.vimes napisała: > Figrut właśnie pyta o sytuacje gdy potrzebna jest więcej niż jedna osoba. Więc > to chyba nie ja się nie staram zrozumieć... > > > > myślę że nie starasz się zrozumieć tego co pisze babcia i inne dziewczyny > , nie > > mamy nic przeciwko osobą opiekującymi się chorym, nawet 24/24 ale POJEDYŃ > CZO jezu....czasem i takie się zdarzają - zrozum, że nie zawsze leżenie w szpitalu oznacza nieruszanie się przez długi czas....ale ciągle mówimy tu o tabunach odwiedzających.....nie przeszkadzałoby Ci 20 osób do jednego chorego na sali 6-osobowej? No już nie pisz mi, żeś w szpitalu taka towarzyska jesteś.....pop swajo a cziort swajo Odpowiedz Link Zgłoś
sir.vimes Re: sir.vimes 18.02.09, 11:20 Nie jestem towarzyska w ogóle. "No już nie pisz mi, żeś w szpitalu taka towarzyska jesteś....." A jeżeli chcesz ze mną dyskutować przeczytaj moje posty - i pokaż chociażby gdzie zachwycam się 20 osobowymi bandami. Odpowiedz Link Zgłoś
attiya Re: sir.vimes 18.02.09, 12:44 bo autorka wątku w kółko i namiętnie pisze przeciw czemu jest a z czym się zgadza a ty w kółko maglujesz ten temat i maglujesz... jej postulaty są rozsądne i przemyslane i nie ma tu z czym dyskutowac - rozsądek w szpitalach przede wszystkim i tyle Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 10:43 biore pod uwage i opisałam, ze taka sytuacja miała miejsce w czasie mojego pobytu na tym oddziale, gdzie leżała stara kobieta z Alzheimerem po operacji wstawienia sztucznego stawu biodrowego, jej córka była obecna na okragło, od rana do wieczora i ona nam nie przeszkadzała..do pomocy przy poważniejszych zabiegach (np. mycie, zmiana pościeli)wołała pielegniarkę, która robiła to z nią chętnie, bo i tak córka zastępowała ją/je przez wiekszośc dnia przy zabiegach pielegnacyjnych przy mamie, pilnowała by ta nie wstawała (nie powinna po operacji a chciała), chodziła, zajmowała sie nią, rozmawiała, karmiła, poiła, podawała basen itd. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 10:49 ps. pielegniarki były bardzo w porządku i bardzo się starały, byłam pod wrażeniem ich wysiłku, szczególnie, że na tym oddziale większośc ludzi była unieruchomiona po wypadkach lub operacjach, wymagali bez przerwy pomocy w podstawowych czynnościach..ich ilośc była wręcz zbyt mała, ale nigdy nie odmawiały pomocy..gdy trzeba było zaczekac na ich pomoc wynikało to z tego, ze akurat zajmują się innym pacjentem a nie tym, ze piją kawkę w dyżurce (choc czasem miałyby prawo chocby po to by odpocząć)..postawa lekarzy to inna bajka Odpowiedz Link Zgłoś
figrut Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 21:36 babcia47 napisała: > biore pod uwage i opisałam, ze taka sytuacja miała miejsce w czasie > mojego pobytu na tym oddziale, gdzie leżała stara kobieta z > Alzheimerem po operacji wstawienia sztucznego stawu biodrowego, jej > córka była obecna na okragło, od rana do wieczora i ona nam nie > przeszkadzała..do pomocy przy poważniejszych zabiegach (np. mycie, > zmiana pościeli)wołała pielegniarkę, która robiła to z nią chętnie, Widzisz, nie zawsze pielęgniarki robią to chętnie. Bywają pielęgniarki z powołaniem i bywają cierpiętnice, które przyszły do szpitala, bo w innym miejscu pracy nie było. Mój Ojciec leżał kilka dni w hospicjum. Na sali były trzy osoby leżące, które całkowicie były zdane na innych. Leżał pan któremu poprawiałam pozycję, a do którego przychodziły dwie osoby na kilkanaście minut. Pan miał tak przesikanego pampersa, że łóżko było bardzo mocno zamoczone w tym miejscu. Pan nie mógł się doprosić zmiany pozycji, bo większość pielęgniarek miało już przesyt w pomaganiu temu człowiekowi. Sama nie dawałam rady aby go podciągnąć na poduszki, przekręcić na bok, poprawić prześcieradło, zawsze robiliśmy to we dwójkę. Łóżko obok leżał inny pan. Żona i jeden z synów byli tam przez większość dnia, aby właśnie coś takiego, co pielęgniarki robiły dwa razy na dobę podczas zabiegów higienicznych, robić na życzenie chorego. Ojciec też miał przez większą część dnia dwie osoby przy sobie, bo jedna nie dała by rady. Myślisz, że pielęgniarki tak chętnie pomagały ? Guzik prawda. Jedne większość czasu przesiadywały w pokoju pielęgniarek, inne biegały przy pacjentach, ale niestety, ta biegająca garstka nie dawała rady zająć się wszystkimi. Na sali pacjentów trzech. Gdyby samotny pan miał rodzinę przy sobie, musiałby mieć też dwie osoby, które dałyby radę go przewinąć, umyć, poprawić, nakarmić. Byłoby nas z zewnątrz 6 osób przy trzech łóżkach i wszystkie potrzebne. Tam osoby z zewnątrz były bardzo pożądane nie tylko przez pielęgniarki, ale też przez pacjentów z oddziału. Bardzo często było tak, że jak wyszłam na korytarz, jakiś pacjent wołał mnie z prośbą o poprawienie pozycji, podanie wody i nawet zawołanie pielęgniarki, bo na dzwonek nie reagowały... Sprawy pielęgnacyjne można było bardzo łatwo rozwiązać - nikt się nie obrażał, kiedy na paręnaście minut rodzina pacjenta która chciała basen podać, umyć wypraszała tych drugich z sali. Wszystko można rozwiązać. To nie jest kwestia wytycznych odgórnych, a zwyczajnej kultury i zrozumienia. Jakoś dziwne jest, że na mnie nikt nigdy się nie obraził, kiedy kogoś wypraszałam. Kwestia formy w jakiej została wypowiedziana prośba ? Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 15:54 Co to znaczy "względna intymność"? To > znaczy, że może być naruszana, kiedy tylko personelowi jest tak > wygodnie? to znaczy, ze nie jestem wystawiana w stanie delikatnie mówiąc paskudnym na widok publiczny, że mogę sie zdrzemnąć w ciagu dnia gdy mój organizm tego wymaga bez obawy, ze iksiński zobaczy moja goła doopę gdybym sie przypadkiem rozkopała, ze moge w sali, w umywalce do tego przeznaczonej umyć sie gdy poczuję się nieświeża(od jakiegos czasu nie ma zasłonek przy umywalkach), ze bede mogłą zmienić bieliznę, bez wychodzenia z sali gdy jest to niewskazane ze wzgledów medycznych (chodzenia do kibelka lub łazienki), że nie będę sie stresować, ze wyglądam jak śmierć na urlopie i ostatni niechluj, bo własnie jestem po wypadku, zabiegach medycznych, unieruchomiona i nie moge zadbać o swój wygląd a nawet higienę, bo w sali ciągle przebywają postronne osoby w tym mężczyźni Odpowiedz Link Zgłoś
ewa-krystyna Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 16:29 Babciu,doskonale rozumiem o czym piszesz i sie totalnie z toba zgadzam w szpitalu jako pacjentka bylam raz- 7 miesiecy temu rodzac corke- i to nie w Polsce... u nas odwiedzac miala prawo cala dobe jedna osoba wyznaczona przez rodzaca/poloznice reszta rodziny/znajomych miala wydzielone godziny odwiedzania i dodatkowo byly zaslony,ktorymi mozna bylo sie "zaslonic" przed wzrokiem innych - ja z nich skorzystalam... sala byla tylko 4 osobowa + noworodki... bedac po cesarce,z cewnikiem,pocaca sie jak momps,bo bylo okropnie goraco i wilgotno ( mieszkam w Kanadzie) a klimatyzacja jakby niedzialala, na prawde w tym momencie nie mialam absolutnie zadnej ochoty na jakiekolwiek odwiedziny poza moim partnerem nawet w wyznaczonych godzinach.... ledwo sie obronilam przed jego matki obecnoscia podczas porodu ( u nas mozna rodzic rodzinnie wlacznie z obecnoscia dzieci) i tego samego dnia po... niestety ona tego nie rozumiala,ze ja nie chce nikogo w szpitalu!wiem,ze to nie szpitala wina,ale ja nie moglam jej powiedziec znowu nie,a jakby bylo odgornie,ze nie wolno to by nie miala wyjscia...ostatecznie w szpitalu bylam tylko 3 doby,wiec chyba mozna tyle poczekac z odwiedzinami.... gdy przyszla nas odwiedzic zaczela komentowac inna pacjentke majaca klopoty z karmieniem piersia -mowila do nas,ale wystarczajaco glosno; krytykowac, choc w jej opinii tylko mi radzila, jak ja mam karmic moje dziecko,ze je glodze,bo pokarmu jeszcze nie mialam i odmawialam podania butli; ze na pewno cos z mala jest nietak,bo sie krztusi - urodzila sie przez cc wiec nie miala szansy stracic wod plodowych z pluc i jakos musialy przeciez "wyjsc",a to jej musi sie pic chciec,bo ma suche usta ; kilkakrotnie powtarzalam jej ja i moj partner na zmiane,ze mala lekarz widzial kilka razy i wszystko jest w porzadku - ale ona wiedziala swoje.... ja nie moglam sie obronic od jej odwiedzin, byly one dla mnie bardzo stresujace i calkowicie zbedne.... i zakonczyly w koncu moim wybuchem,co mysle o jej komentarzach.... obok mnie lezala mloda dziewczyna,do ktorej przychodzily tlumy odwiedzajacych z dziecmi,ktore nie omieszkaly i do mnie zagladac... poza tym jako osoba niepalaca mam bardzo wyczulony nos na papierosy,a do tej dziewczyny przychodzilo towarzystwo palace-ona sama tez wychodzila na papierosa i nie tylko- mnie sie robilo niedobrze od tego smrodu.... ona po porodzie naturalnym,bez nacinania ani pekania zawodzila wiekszosc czasu i marudzila pielegniarkom jaka jest umierajaca i narzekala,ze szpital jej nic nie daje dla dziecka-ubran, jedzenia,pieluch.... w miedzyczasie odwiedzila ja pani z Child Services,bowiem jest na obserwacji i moze stracic prawo do dziecka.... na prawde wizyta jednej osoby lub dwoch na zmiane chyba by wystarczyla... przy odwiedzajacych nie mozna bylo sie zdrzemnac, przejscie do toalety przez cala sale na ich oczach bylo dla mnie troche zenujace majac szpitalna pizame- bylo mi w niej wygodniej- z odkrytym tylkiem,cewnikiem i kroplowka, podtrzymywana przez pielegniarke.... poza tym mimo napisow,ze toaleta jest wylacznie dla pacjentek odwiedzajacy z nich korzystali... jedna lub dwie osoby na zmiane chyba by wystarczyly,tymbardziej,ze zwykle w szpitalu po porodzie lezy sie dobe - dwie... fakt,ze u mnie pielegniarki byly na kazde skinienie i zajmowaly sie pacjentkami bez zarzutu jedzenie bylo ochydne,ale dalo sie przezyc... jedynym dla mnie minusem byly wlasnie odwiedziny..... Odpowiedz Link Zgłoś
memphis90 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 18:51 Mój poród trwał 20h. Miałam tego pecha, że te godziny przypadły akurat na noc. Ale co tam, młoda jestem, zarwanie jednej nocki krzywdy mi nie zrobi. Cały dzień niosły mnie hormony, euforia, zmęczenia nie czułam. Przyszła noc- najpierw płakało jedno dziecko. Potem weszła położna, zapaliła górne światło, żeby zrobić dziewczynie po cc lewatywę (czemu w nocy- nie mam pojęcia). Następnie ta dziewczyna poszła zrobić efekt lewatywy- z tym, że nad drzwiami łazienki zamontowano z niewiadomych powodów przezroczystą szybę, więc dostałam 100W prosto w twarz (tych pobudek spowodowanych strzałem żarówki w oczy było każdej nocy kilka, niestety). Potem zmiana kroplówek. Potem zaczęło płakać dziecko numer dwa. Mama dziecka nr. 1 rozmawiała przez telefon. Puszczała dziecku pozytywkę (w nocy!!!). Potem zaczęło płakać moje. Między 3-4 moja mała zasnęła, mogłam więc wreszcie się "wyspać". Do 6 rano, bo wtedy budzono na mierzenie ciśnień. Potem sprzątanie sal, śniadanie, obchód. Od 11 do 18 odwiedziny. Niby jest napisane, że odwiedzać mogą 2 osoby. Dla mnie znaczyło to tyle, że przyszedł maż i siostra, posiedzieli z godzinę i poszli do domu. Dla dziewczyny na łózku obok znaczyło to tyle, że przychodzą naraz dwie osoby. Więc od 11 do 18 wchodzili dwójkami- babcie, dziadkowie, wujkowie, koleżanki, znów babcie i tak w kółko. Potem kolacja, kąpiel dzieci... i znów powtórka z rozrywki, czyli atrakcje nocne. reasumując- pierwszą dobę nie spałam, bo rodziłam, druga doba- spałam jakieś dwie godziny ( w dzień dospać się nie dało), trzecia noc była koszmarna, nie miałam siły siedzieć z małą i jej karmić, oczy mi się zamykały na siedząco, głowa opadała... Trzeciego dnia dostałam wypis, zegnana pielgrzymką gości kobiety z łózka obok. Koszmar! Nie mam nic przeciwko jednej osobie, choćby i siedziała cały dzień, ale nie pochody krewnych i pociotków! Odpowiedz Link Zgłoś
kkokos Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 22:15 ale bo też to wszystko zależy od ordynatora, jak prowadzi oddział. jak jemu zależy, to i pielęgniarkom zależy (oczywiście nie mówię tu o szopce pt. "obchód z ordynatorem" - gdy leżałam po porodzie, odbywał się ten obchód w poniedziałek rano; kiedy godzinę wcześniej pielęgniarka, która na co dzień miała wszystkie potrzeby położnic i dzieci gdzieś, latała po pokojach i wrzeszczała na pacjentki, że bałagan mają na szafkach i ma być wszystko równiutko ułożone, bo obchód z ordynatorem będzie, a ordynator nie lubi bałaganu! ) wszystko zależy od zarządzania - moja mama leżała na oddziale, gdzie pielęgniarki nie tylko reagowały na wszystkie prośby szybko, ale jeszcze były uprzejme. i tam łatwo było też o rozmowę z lekarzem. a na innym oddziale, gdy siedziałam przy łóżku mamy tyłem do drzwi i nie zauważyłam, że weszła pielęgniarka z zamiarem zrobienia czegoś tam przy innej pacjentce, usłyszałam nagle ryk: pani wyjdzie!! nie można zarzucić pielęgniarce, że nie zadbała o intymność tamtej pacjentki i tutaj pogadać z lekarzem i czegokolwiek się od niego dowiedzieć było niezmiernie trudno. zdecydowanie najgorzej było na banacha, kompletna zlewka na wszystko, a odwiedzający niech sobie wiszą nad tymi chorymi, byle dupy nie zawracali. choć tu akurat goniono za brak ochraniaczy na mojej matki ulubionym oddziale - leżała tam w sumie ok. 20 razy w ciągu kilku lat, musiała polubić - długo nie było wyznaczonych godzin odwiedzin. więc wszyscy odwiedzali swych chorych o dowolnej porze. wiele razy byłam pytana przez pielęgniarki lub salowe na korytarzu, do kogo idę (oczywiście po pewnym czasie już mnie znały tak jak moją matkę, ale jedne odchodziły, inne przychodziły). tak samo pytały innych odwiedzających - bo każdy był widoczny. a potem wyznaczono stałe godziny po południu - i w ciągu tych trzech bodaj godzin było jak na dworcu centralnym. tłum, hałas, nikt nad niczym nie panował, wejść wszędzie mógł każdy, a pielęgniarki ewidentnie chowały się, by przeczekać. Odpowiedz Link Zgłoś
emigrantka34 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 17.02.09, 22:52 Bardzo trafnie opisane. Wlasnie dlatego wyszlam wykonczona po porodzie. Nie samym porodem, tylko warunkami hospitalizacji, w tym pochodami, wrecz hordami odwiedzajacych. Odpowiedz Link Zgłoś
insomnia0 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 11:25 szczerze mowiąc jak lezałam na ginekologii bardzo mi to przeszkadzało.. Jeden mezczyzna siedział od godz 2 w nocy do ok 9 rano- pozniej wyszeł bo był obchód i znowu wrócił i siedział do wieczora.. Nie mogłam normalnie wyjsc z łózka. a tu jeszcze wkladki zmieniać podmyc się- to było dla mnie koszmarem- ta jego obecnosc ciagla.. pozniej dowiedzilam sie, ze jego kobieta poroniła. Wtedy przeszła mi złość.. tak dalej była to niedogodnosc..ale bardzo im wspolczułam wiec i moje nastawienie sie zmieniło. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 12:51 Sytuacja jeszcze gorąca, chyba sprzed godziny. Wchodzę na sale, zeby porozmawiac z LEŻĄCĄ pacjentka co do jej dalszego leczenia, sprawa poważna, rokowanie raczej złe. Sala 3 osobowa, najmniejsza jakie mamy oprócz 2 izolatek. U sąsiadki pod oknem -2 facetów, u sąsiadki spod drzwi 2 mocno wyperfumowane damy. W godzinach przedpołudniowych. Konwersacja taka, że słychac ja na korytarzu. Proszę, aby towarzystwo opuściło salę. Panowie wychodzą panie nie mają ochoty. Wiecie, że jestem z kategorii cholery więc kategorycznie wypraszam, prosze tez, zeby chodząca pacjentka równiez wyszła. Rozmowa trudna, pacjentka ze złym rokowaniem płacze, pyta, wyjasniam to trwa. Co 5 minut ktos usiłuje wejśc do sali - oczywiście razem z odwiedzającymi. Jak myslicie jak czuła sie leżąca chora gdy tuz po moim wyjściu do sali spłynęły 3 panie w tym 2 odwiedzające. Czy spotkanie towarzyskie nie mogło poczekać? Czy pacjentka o złym rokowaniu nie ma prawa do spokoju, do przemysleń, czy musi słuchac jazgotu albo ogladac współczujące spojrzenia? Odpowiedz Link Zgłoś
figrut Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 21:42 Protozoa, nie odnosisz przypadkiem wrażenia, że odwiedzający Cię nie słuchają, bo najzwyczajniej w świecie nie jesteś sympatyczna ? "Wiecie, że jestem z kategorii cholery więc kategorycznie wypraszam" Zmiana tonu nie kosztuje absolutnie nic, za to efekty prośby - prośby, a nie rozkazu - są o wiele cenniejsze... Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 19.02.09, 07:29 Nie, jesli na oddziale jest jakakolwiek sprawa konfliktowa to najczęściej ja ja rozwiązuje. Po prostu nie pozwolę wejść sobie na głowę, nie wdaję się w dyskusję. Odpowiedz Link Zgłoś
azile.oli Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 19.02.09, 09:58 Ponoć lepszy lekarz kompetentny , niż sympatyczny i miły. Jak trzeba wybierać, to zapewne tak. Ja jednak poznałam też lekarzy będących znakomitymi fachowcami, którzy potrafili jeszcze przy tym zachowywać się w tak ujmujący sposób, że wystarczyło ich jedno zdanie, wypowiedziane tonem prośby, a nie rozkazu, aby odwiedzający opuścili salę. To samo tyczyło się np położnych. Jedna była uśmiechnięta i miła, wystarczyło jedno jej słowo i wszyscy wychodzili, bo ,oczywiście, nie ma sprawy. Natomiast gdy inna wchodziła z naburmuszoną twarzą i tonem głosu sygnalizowała, kto tu rządzi, to miało się naprawdę ochotę powiedzieć jej, że życzliwość nic nie kosztuje. Żeby nie było: nie jestem zwolenniczką tłumnych odwiedzin w szpitalach, może nawet ograniczyłabym ich liczbę do np 2 osób, lub nawet jednej. Leżąc w szpitalu uprzedzałam, żeby odwiedzał mnie tylko mąż, ewentualnie mama, ale ta druga nie za często. Nie rozumiem ludzi, którzy muszą odwiedzić w szpitalu sąsiadkę, znajomą, kuzynkę, jeśli wiem, że najbliższa rodzina ją odwiedza. Powstrzymuję się od takich wizyt i powstrzymuję też innych (np tłumaczę mamie, że niekoniecznie musi odwiedzić teściową swojej siostry, bo jest dla niej obcą osobą), nigdy nie zabierałam do szpitala dzieci. Uważam, że dla pacjentów chodzących dobrym wyjściem byłaby tzw sala odwiedzin, ale jej często nie ma w szpitalach. Też uważam, że dobrze by było, aby pacjentki po porodzie odwiedzał mąż , matka, siostra, a już niekoniecznie koleżanki i kuzynki. w przypadku sal wieloosobowych odwiedziny te powinny odbywać się w innym miejscu, niż sala szpitalna, chyba, że ktoś leży sam. Jednak uważam, że odwiedziny są potrzebne, ponieważ: w większości przypadków konieczne jest ''dożywianie'' pacjentów, kobieta po porodzie może potrzebować wsparcia duchowego ze strony męża, jest huśtawka hormonalna, czasem jest się w szpitalu kilkanaście dni. Przykro to powiedzieć, ale pacjentki odwiedzane były lepiej traktowane przez personel medyczny, niż te, których nikt nie odwiedzał. Natomiast zgadzam się, że odwiedzający mogą być źródłem skrępowania dla innych pacjentów. Można to rozwiazać. Np do jednego pacjenta jedna osoba dziennie ( może siedzieć, ile chce, o ile nie przeszkadza innym ). Dla reszty osób wyznaczyć odwiedziny w niedzielę i tyle. Bo rzeczywiście to prawda, że 4-6 osób przy jednym łóżku na raz to niepotrzebny tłum. Natomiast jeśli współmałżonek, rodzic, dziecko, czy siostra siedzi przy chorym i się nim opiekuje, to zapewne pozna szpitalne zwyczaje i sam będzie wiedział, kiedy wyjść z sali. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 13:21 Leżałam w szpitalu 3 razy. 1 raz jako nastolatka - chirurgia - wycięcie wyrostka.Odwiedziny w okreslone dni, wojskowy dryl i rygor, bo taki szpital. O komórkach nikt wtedy nawet nie słyszał, na korytarzu 3 automaty typu 'prosze wrzucic monetę". Zaraz po operacji na 5 minut zaglada do mnie ojciec - lekarz pracujący 2 pietra wyżej.Potem wpada rano na 5 minut i przed wyjściem z pracy na 15, przynosi lekcje. Żadnych tabunów, pocitków itd. 2 raz na połoznictwie, urodziłam bliźniaki. Miałam na szczęście pojedynczy pokój, ale mąż tez nie siedział 24 godziny na dobę. Wpadł po porodzie, wpadł następnego dnia na kwadrans. Kontaktowalismy sie głównie telefonicznie, komórek jeszcze nie było. 3 raz tez zaliczyłam chirurgię. Lezałam u siebie! Żadnych odwiedzin oprócz rutynowych obchodow kolegów. Mąż - pracuje w sąsiedniej klinice- wpadał na 10, 15 minut 2 razy dziennie. Mój mąz leżał tydzień na ortopedii. Po operacji po złamaniu nogi na nartach. Opłaciłam pielegniarkę do mycia. Ja wpadałam raz dziennie na moment, synowie byli chyba 2 razy w czasie całego pobytu. Mój ojciec kezał w szpitalu, w którym pracuje. Raz stan był powazny, ale tez nie warowałam przy łózku. Rano wpadałam , juz przebrana w fartuch, czynności związane z myciem robiła równiez opłacona pielęgniarka. Za drugim razem gdy wpadałam - tym razem stan lekki - zawsze(!!) pytałam współpacjentów czy nie przeszkadzam. Co więcej nie naaduzywałam wizyt, ceniłam prawo chorych do spokoju. Odpowiedz Link Zgłoś
franczii Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 14:29 Jaki sens ma twoj post? ma czegos dowiesc? ma przekonac, ze w szpitalu mozna wytrzymac i miec sie swietnie bez kontaktu z najblizsza rodzina? Ma zachecic, zeby brac przyklad z ciebie i twoich bliskich, ktorzy tez tak jak i ty pracuja w szpitalu? Ciekawa jestem, czy tak samo bylo z czlonkami twojej rodziny, ktorzy nie sa zwiazani ze sluzba zdrowia. Czy sugerujesz, ze tak samo komfortowo powinna sie czuc w szpitalu osoba, ktora ze szpitalem ma do czynienia pierwszy czy drugi raz w zyciu? A co do oplaconej pielegniarki, to byla szpitalna, ktora dostala w lape, czy niezalezna z zewnatrz? Jesli z zewnatrz to jaka roznica dla pozostalych chorych w sali, czy twojego meza odwiedzalas ty czy inna obca dla nich kobieta? Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 14:49 ..z mojego doswiadczenia (chory ojciec z alzheimerem, w szpitalu bardzo oddalonym od naszego miejsca zamieszkania, bywałysmy z mama co 2-3 dni, ja pracowałam, mama sama chora)..mozna opłacić prywatnie pielegniarkę, by wykonała umówione czynnosci przy chorym, robi to po zakonczeniu swoich pracowniczych obowiazków lub przychodzi specjalnie by je wykonać Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re:a z trzeciej strony 18.02.09, 15:07 ma przekonac, ze w szpitalu mozna > wytrzymac i miec sie swietnie bez kontaktu z najblizsza rodzina? na co komu naprawde choremu jest niezbedna obecnośc rodziny przy łóżku? pomijam dwie sytuacje: gdy chory jest zupełnie nieruchomy i potrzebuje obsługi przy każdej, najprostrzej czynności i gdy jak ciężarne na patologii, na podtrzymaniu, w sumie maja tylko zakaz wstawania, nakaz leżenia plackiem, choc pozatym dobrze sie czują a dyskomfort wynika z długotrwałego lęku o dziecko, potrzeby wsparcia, rozrywki itd. Ilekroć byłam w szpitalu z powodu faktycznych niedomagań wizyty rodziny trwajace ponad pół godziny równiez dla mnie były męczące..a nawet krępujące i stresujace, bo ileż mozna opowiadać o swoich dolegliwościach, rokowaniach, zabiegach itd. dla mnie osobiście lepiej było bym o swoich dolegliwościach myslała jak najmniej..a w przypadku częstych wizyt rodziny (poza małżem, bo z nim zawsze były sprawy domowe do uzgodnienia)nie dało się od tego uciec..i co mi miało dać to, ze mamie po raz kolejny mówiłam, ze nie wiem nic na temat wyników badań i wysłuchiwanie jak to ona bardzo sie martwi..mnie to jeszcze bardziej dołowało niz mi pomagało..na szczęście moja rodzinka odwiedzała mnie pojedynczo lub parami i na (dosłownie) kilka minut Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re:a z trzeciej strony 18.02.09, 15:10 twu! głupio zabrzmiało połaczenie ciężarnych na podtrzymaniu z nakazem leżenia i "faktycznych niedomagań" ..oczywiście ciężarne też mają faktyczne powody by leżeć i są to faktyczne powody a dochodzi do tego uzasadniony lęk i potrzeba wsparcia ze strony małża lub innej osoby z rodziny Odpowiedz Link Zgłoś
kropkacom protozoa 18.02.09, 18:21 Jesteś świetna (nie mylić ze święta). Dziećmi nie obciążasz społeczeństwa, sobą i mężem też nie. Jak kiedyś znikniesz nikt nie zauważy. Podsumowując, zawsze w takich watkach wiem co napiszesz. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: protozoa 19.02.09, 07:34 Nie jestem ani święta ani świetna. Staram się tak żyć, aby nie wchodzic na teran prywatności innych. Wiem, ze trudno to pojąć, bo większość emam twierdzi, że mąż w szpitalu to norma ( a jesli przeszkadza sąsiadce to juz jej sprawa), wrzeszczące dzieci musza kochac wszyscy ( a jesli przeszkadza im w czasie np. jedzenia szczebiot "mama kuuuuuuuuuupęęęęęęęęęęęęę" to są nienormalni) itd itp. Ja uważam inaczej - tu gdzie zaczyna sie wolność innych ludzi kończy się moja i odwrotnie. Buntuje się i to zdecydowanie, niesympatycznie, ale dość skutecznie gdy ktos włazi z butami na moje terytorium. Odpowiedz Link Zgłoś
kropkacom Re: protozoa 19.02.09, 16:52 > Staram się tak żyć, Żyj jak chcesz ale nie propaguj tego na okrągło jako jedynie słusznego sposobu życia. Starasz się być niewidzialna i ok. > Wiem, ze trudno to pojąć, bo większość emam twierdzi, że mąż > w szpitalu to norma ( a jesli przeszkadza sąsiadce to juz jej sprawa), > wrzeszczące dzieci musza kochac wszyscy ( a jesli przeszkadza im w czasie np. > jedzenia szczebiot "mama kuuuuuuuuuupęęęęęęęęęęęęę" to są nienormalni) itd itp. Gdybym miała być w szpitalu kilka dni to bym błogosławiła gdyby ktoś, jakaś bliska dusza chciała pobyć trochę ze mną. Co nie znaczy że popieram tabuny rożnych pociotków przesiadujących przy jednym łóżku non stop. Czujesz różnice? Co do dzieci, to owszem fajnie byłoby żeby z marszu rodziły się dojrzałe i z nienagannymi manierami. Niestety. Można oczywiście do pełnoletności z dzieciem nie wychodzić albo tłuc się po placach zabaw. Ja tak nie chce ale ty możesz oczywiście. Tak się składa że dziecko to też obywatel który ma prawo jeździć na przykład nieszczęsnym pociągiem i nic ci do tego. Może rozważysz przeprowadzkę na bezludną wyspę? Podobno jakieś są jeszcze do zasiedlenia. Odpowiedz Link Zgłoś
esi1 Re: z drugiej strony .......i 18.02.09, 23:33 No cóż - twarda z Ciebie babka protoza niestety nie każdy taki jest. Kiedy urodziłam swojego synka, wyszły u niego jakieś problemy i zabrali go na oddział noworodkowy. Ja zostałam na położniczym - leżałam tam w sumie 12 dni. Czułam się okropnie - szaleństwo hormonów po porodzie, ogromny strach co się dzieje z moim dzieckiem - pół dnia potrafiłam przepłakać. I gdyby mój mąż wpadał do mnie tylko na 15 minut, to chyba bym oszalała. To, że przychodził codziennie i próbowała mnie pocieszyć i rozerwać przez te 1-2 godziny było dla mnie naprawdę ważne. Odpowiedz Link Zgłoś
protozoa Re: z drugiej strony .......i 19.02.09, 07:48 Życie nie jest usłane rózami. Niestety. Każda z nas prędzej czy póxniej spotyka się z róznego rodzaju przeciwnościami i......nie wariuje. Gdybym nie była twarda, czasem bezwzględna nie traciła głowy prawdopodobnie całkiem spora grupa ludzi zamiast cieszyć się życiem/dziecmi/wnukami leżałaby na cmentarzu. Tę zasadę wpoili mi rodzice, im dziadkowie, dziadkom ich rodzice a my z mężem naszym synom. Może to kwesta wychowania, może genów. I , zapewniam, ze znacznie łatwiej życ kiedy człowiek jest zdyscyplinowany, twardy, zorganizowany i nie rozczula sie ani nad sobą ani nad innymi. Nie oznacza to, że nie trzeba pomagać. T R Z E B A !!!!!!!!Ale jak widzę biedną kobietkę, która jest taka mala, taka bezbronna i taka zagubiona to zastanawiam się jak zniesie pierwszy mocniejszy kopniak od życia. A bez kopniaków nikt z nas przez życie nie przejdzie. Jesli nie nauczymy się odporności, twardości to tym gorzej dla nas. I nie pisze tego ze złosliwości. Mam ponad 40 lat, sporo życiowego doświadczenia. Widziałam ludzi , których spotkało prawdziwe nieszczęście. Widziałam jak reagowali i jakie były tego późniejsze skutki. Nie bądźmy mimozami. Bo wtedy XXI wiek będzie wiekiem chorób psychicznych. To także bez złosliwości. Odpowiedz Link Zgłoś
kiddy Re: z drugiej strony .......i 20.02.09, 22:49 Wiesz co? Miej swoje poglądy, żyj jak chcesz. Ale nie obrażaj ludzi, którzy nie tacy "twardzi" jak ty. Nie chciałabym mieć takiego lekarza, jak ty. Bo jeszcze ochrzaniłby mnie za moją depresję, czy rozpacz i ogromny strach podczas pobytu w szpitalu z powodu, który mógł mnie zabić. Ty uważasz, że jesteś twarda, a ja uważam, że masz ogromny problem. Odpowiedz Link Zgłoś
gocha80 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 18:56 Myślę, że to nie odwiedziny w szpitalu są problemem, a brak warunków do nich. Ogromna ciasnota na salach, brak parawanów. Mam porównanie pomiędzy polskim dziecięcym szpitalem klinicznym, a dziecięcym szpitalem klinicznym w Niemczech. W Polsce na małej sali stoi 5-6 łóżeczek, nawet na taborety dla jednego z rodziców nie bardzo jest miejsce, na sali duszno, gorąco, zero klimatyzacji. Podobnie jest np. na oddziale położniczym, gdzie na jednej sali upycha się 8 kobiet po cesarce. W Niemczech, sala dwuosobowa, ogromna, łóżka można oddzielić parawanem. Jest miejsce na wstawienie na noc łóżka dla jednego z rodziców, miejsce na stolik, krzesła, szafę na rzezcy pacjenta. Przy każdej sali łazienka. Do tego kuchnia i świetlica. W takich warunkach wizyty gości nie są uciążliwe. Odpowiedz Link Zgłoś
twix52 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 18.02.09, 21:51 Gdy leżałam w szpitalu na patologii ciąży a potem na położnictwie odwiedzający nie mogli wchodzić na salę chorych. Położna wołała osobę do której przyszli odwiedzający. Na korytarzu były stoliki i krzesła można było posiedzieć i porozmawiać. Na sali pooperacyjnej nie było odwiedzin. Gdy leżałam z synem w szpitalu dziecięcym odwiedziny odbywały się w świetlicy, od sali chorych odwiedzający nie mógł wejść. Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re:absolutnie się nie zgadzam 19.02.09, 08:52 leżałam kilkakrotnie, uziemiona w łóżku totalnie nie wspominam źle odwiedzających, wspominam źle WSPÓŁTOWARZYSZY, personel medyczny. współtowarzyszki- TV na maxa, mózg rozsadza, ale pani miała niedosłuch poważny, a aparaty leżały na szafce, bo niewygodne smierduchy- i to głównie chodzące, bo kąpiel raz w tyg, przecież tu leży i się nie poci fleje- żarcie od rodziny przynoszone tonami, konsumowane, ale żeby opakowania wyrzucić, talerzyk opłukać, sztućce, skórke po obranym jabłku czy bananie czy mandarynce wyrzucić...nie żarłoki- jak wyżej, plus rybka, bigosik domowy a potem fetor! bąki i wypróżnianie tegoż na basen tasiemce - opowieści o rodzinie, ciotce, pociotce, sąsiadce jej gachu itp chore - pani droga bo ja taka chora jestem...(nie to co reszta, która przyszła do szpitala, żeby tego słuchać) personel - noc prywatna po operacji...kasa wzięta, ani widu ani słychy, dzwonek też nic, rano rzucona gąbka do michy - pani się myje (z paraliżem) salowa - cewnik się przelewa, chlupie na korytarzu, a ona kładzie drewniaki przechodzi po tym zostawiając reszte.... pościel - niezadowolenie że się pobrudziła - po porodzie, po operacji obrzygana krwią...wiącha co ja sobie myśle.... z wszystkiego co leżałam pozdrawiam panią współtowarzyszkę z pierwszej cesarki i jej odwiedzającego męża z 4 letnim synkiem pozdrawiam dziewczyny i ich dzieci i odwiedzających mężów z resztą potomstwa towarzystwo piersza klasa! oby takich więcej, kultura osobista z najwyższej półki! z ostatniej operacji 5 dziewczyn i ich rodziny, śmierducha i 'chorej' nie pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
agatracz1978 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 19.02.09, 13:14 Ja osobiście leżąc w szpitalu i nudząc się cały dzień czekałam na odwiedziny kogoś z rodzinki. Starali się przybywać w małych ilościach i oczywiście bez krzyków, głośnego śmiechu itp. Ponieważ mogłam chodzić zabierałam ich na korytarz. Ale ich wsparcie było dla mnie nieocenione. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zabronił im przychodzić. Zwłaszcza, że do każdej z pacjentek ktoś przychodził. Oczywiście nie w chwili zabiegów, zastrzyków itp. Wtedy pielęgniarka prosiła o opuszczenie sali (jeżeli akurat ktoś tam przebywał). Inna sytuacja kiedy odwiedzamy osobę leżącą - wtedy konieczne jest siedzenie na sali, ale myślę że też nie ma problemu z tym żeby z niej wyjść na chwilkę na grzeczną prośbę sąsiadki, która chce sobie np poprawić łóżko czy wyjść do łazienki itp. Nikt nie jest chyba jakimś gburem, który powie "nie bo nie muszę". Ważna jest kultura odwiedzających a nie ograniczenia (choć moim zdaniem odwiedziny powinny być np od 14 zakładając że do południa zazwyczaj odbywa się obchód, badania itp). A co do wyglądu chorego - jeżeli jest na tyle zdrowy żeby się przejmować tłustymi włosami to niech je umyje a skoro jest poważnie chora to myślę, że wygląd będzie dla niej najmniej ważny. Zwłaszcza, że idziemy tam odwiedzić swoich krewnych a nie oglądać osoby leżące obok. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 20.02.09, 10:14 > Ja osobiście leżąc w szpitalu i nudząc się cały dzień czekałam na odwiedziny > kogoś z rodzinki a skoro jest poważnie chora to myślę, że > wygląd będzie dla niej najmniej ważny. Zwłaszcza, że idziemy tam odwiedzić > swoich krewnych a nie oglądać osoby leżące obok. jak rozumiem byłaś w szpitalu z powodu problemów medycznych a nie dla ratowania zdrowia lub zycia..punkt widzenia zmienia sie w zależności od..pozycji leżenia.. odwiedzajacy w odróżnieniu od pacjentów maja wybór..i nie wmawiaj mi że osoba chora czy starsza nie czuje zazenowania swoim wyglądem..i że to dodatkowo nie pogłębia uczucia bezradności..bo nie tylko nie moze o siebie zadbać, jest wystawiona na widok publiczny to najczęściej nie ma siły by coś z tym zrobic..lub odwagi by pogonić tabuny z sali gdzie leży..a pielegniarki albo maja i tak od zabicia roboty albo uznają, ze pacjenci mają załatwić to między sobą..pacjent po operacji z góry stoi na przegranej pozycji..i tak bogiem a prawdą gdy byłam naprawdę chora, to bardziej mi zależało na odpoczynku i snie niz odwiedzinach, które były dla mnie po prostu męczące, szczególnie gdy przychodziło więcej niz jedna osoba, gdy byłam "na chodzie" zabierałam odwiedzajacych do sali telewizyjnej (świetlicy dla pacjentów), do holu gdzie były ławeczki i stoliki lub do parku przy szpitalu, na ławkę..a na nudę prosiłam o przyniesienie książek lub korzystałam z szpitalnej biblioteki Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 13:55 > jak rozumiem byłaś w szpitalu z powodu problemów medycznych a nie > dla ratowania zdrowia lub zycia..punkt widzenia zmienia sie w > zależności od..pozycji leżenia.. > generalnie małą różnice widze w tym stwierdzeniu byłam kilkakrotnie w szpitalu jako pacjent (w tym kilkakrotne zagrożenia życia - taka choroba, całkowite leżenie, w tym ograniczona władza w rękach), odwiedzający wyjdą, śmierduchy i cała reszta zostają niestety. jako matka pacjenta - 2 latka nadal nie widze problemu w odwiedzających, problem w innych pacjentach tak, jeśli coś przeszkadza to inny 2 latek który płacze całą noc i jego bezmyślnna mama, która rozwala dupe na łóżku i śpi bo zmęczona...całe szczęście w sali obok, w naszej sali matki nosiły, zabawiały dzieci i pilnowały żeby jedno drugiemu nie przeszkadzało w dochodzeniu po narkozie. <i nie wmawiaj mi że osoba chora czy starsza > nie czuje zazenowania swoim wyglądem..> a to co napisałaś to poprostu śmieszne... gów...obchodziły mnie moje tłuste włosy itp. cieszyłam się że żyje, że wybudziłam się z narkozy, że odzyskuje władze w rękach i w nogach, że zobacze swoje dzieci.... jeśli Ciebie obchodziły takie rzeczy widocznie 'umierająca' nie byłaś z całym szacunkiem! Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 18:50 > jeśli Ciebie obchodziły takie rzeczy widocznie 'umierająca' nie > byłaś z całym szacunkiem! w pewnym momencie juz nie umierajaca ale jeszcze bezradna na tyle, by sama sobie jeszcze nie poradzić a na tyle świadoma, że oglądanie mnie w takim stanie przez obce osoby (niestety często znajome osoby, w tym mężczyzn)sprawiało mi przykrość..fakt, że potem zamiast leżeć plackiem (jak miałam zalecone) lub większość zabiegów higienicznych, kosmetycznych, przebieranie itd wykonywac na sali, gdzie jest po to umywalka i lustro musiałam wędrowac po całym oddziale z możliwością, że padnę zemdlona gdzieś w łazience i nikt mnie godzinami nie znajdzie..jeżeli akurat nikt tam nie zajrzy To co napisałaś o współpacjentach jest tyle prawdziwe co często niesprawiedliwie a z drugiej strony nie do uniknięcia..chore osoby nie pachną jak fiołki, jak trafi się wyjatkowy brudas, to mozna poprosić pielegniarkę o interwencję..gdy pacjent z powodu choroby wydziela nieprzyjemne wonie niestety mozna mieć tez pretensje do pielęgniarek, że nie dbają lub do Pana Boga, ze zesłał nam takie towarzystwo, gdy zapachy nie do unikniecia..szpital to nie kurort i nie kawiarnia..co do mamusi śpiącej w sali obok gdy dziecko wyje..to gdzie były pielęgniarki? nie wiem jakie są teraz warunki przebywania mam na oddziale, też byłam z małym dzieckiem..ale ja byłam (teoretycznie)do pomocy i by dziecko oddzielone od mamy nie przezyło dodatkowego stresu związanego z oddzieleniem od mamy, głównymi opekunkami były pielegniarki i ja musiałam wykonywać ich polecenia..dziwne, ze żadna sie nie zainteresowała dzieckiem płaczacym w nocy..a gdyby mamy z dzieckiem nie było to mogłoby płakać do rana? Gdy ja byłam z młodym w szpitalu leżał 2-latek, do którego nikt nie przychodził i nawet nie utrzymywał kontaktu z szpitalem a był juz do wypisu. Pielegniarki zostawiały mu jedzenie na stole licząc, że małego nakarmia pacjentki..a te nie zawsze miały na to ochotę i siły (chirurgia, pokój kobiecy gdzie stały tez łóżeczka dla małych dzieci po operacjach) ja karmiłam swoje dziecko, miałam z tym problemy, trwało długo, pacjentki jadły same puki ciepłe..i po godzinie ktoś zauważał, ze ten mały nie został nakarmiony a jego tależ stoi na stoliku.. pielegniarki miały go gdzieś, nikt sie nim nie zajmował całymi dniami, dałam mu troche zabawek mojego dziecka ale nie umiał sie nimi bawic, troche się nim zajmowałam, ale byłam tam dla własnego dziecka a nie innego i ono pochłaniało wiekszość mojego czasu i energii..pielegniarki ewentualnie próbowały go po interwencji pacjentek nakarmic tym zimnym jedzeniem..na szczęście ta historia jest sprzed ćwierćwiecza Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 19:44 <chore osoby nie pachną jak fiołki, jak trafi się wyjatkowy brudas, to mozna poprosić pielegniarkę o interwencję..gdy pacjent z powodu choroby wydziela nieprzyjemne wonie niestety mozna mieć tez pretensje do pielęgniarek, że nie dbają lub do Pana Boga, ze zesłał nam takie towarzystwo, gdy zapachy nie do unikniecia..szpital to nie kurort i nie kawiarnia..> tłumaczenie lekko z bani, opisywane Panie 'brudasy' nie były osobami leżącymi, nie były do operacji ani po operacji a do diagnostyki, łazienka była na sali.... pielęgniarki....czytałaś opis nocy prywatnej...no to jak uważasz na tym tle wyglądała 'państwowa'? a nawet gdyby...jak zmusić 30 paroletnią kobiete do prysznica? siłą? sugestie nie pomagały... ja zmusić 50 letnią panią leżącą po operacji, pionizacja następnego dnia, żeby nie żarła bigosu bo musi go wydalić, jak ją zmusić żeby poczekała jednen dzień z tym bigosem jak już będzie chodzić... ja niestety miałam w perspektywie miesiąc leżenia i nie mogłam wyjść a otwarte okna nie pomagały ja o miske z wodą się dokrzyczałam codziennie rano, o podmycie też... i do głowy by mi nie pszyszło jeść coś ponad i narażać innych na dodatkowe odory z mojego basenu. no ale czemu się dziwić...tu na forum w wątku o myciu dzieci wszyscy, pomijając 2 osoby, uważają za fanaberie i udziwnienie codzienny poranny i wieczorny prysznic dla 2 latka i pytam co w tym dziwnego? a nawyki potem wychodzą po latach...zęby umyła i starczy! pytasz o tego dwulatka...majaczył/przedstawiało mu się po narkozie, fizycznie nic mu nie było, chciał do domu, chciał swojego misia, chcial inną podusie...po to tam ta matka była! no ale ona wolała spać..., interweniowała i pielegniarka i mamy z sąsiednich sal, że nie wspomne o ich sali. <jeszcze bezradna na tyle, by sama sobie jeszcze nie poradzić a na tyle świadoma, że oglądanie mnie w takim stanie przez obce osoby (niestety często znajome osoby, w tym mężczyzn)sprawiało mi przykrość..> a nie wiem jak to nazwać, napisać... dame rżniesz i nikt Cię w papilotach w szpitalu nie może zobaczyć bo zepsuje Ci to wizerunek/opinie w mieście? nikt nie oczekuje wyprasowanego wyglądu z pełnym makeup u pacjent w szpitalu tak jak pisałam....widocznie aż tak chora nie byłaś, że zwracałaś uwage na takie błahostki i pozerstwo <musiałam wędrowac po całym oddziale z możliwością, > że padnę zemdlona gdzieś w łazience i nikt mnie godzinami nie > znajdzie..jeżeli akurat nikt tam nie zajrzy> podstawowa zasada - umawiasz się z pacjentką obok, ide do tej i do tej łazienki jakbym nie wróciła za x min, niech Pani sprawdzi ja niestety nie skończyłam z operacjami i jeszcze czeka mnie kolejna oby w lepszym towarzystwie Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 20:33 no cóż bywa, że człowiek trafi na pacjenta, lub mamę opiekującą się dzieckiem na oddziale niechluja i ja bym też mogłą opisać podobne przypadki, przeszkadzające, uciązliwe, ale nie to jest tematem wątku, bo ten dotyczy braku jakiejkolwiek kontroli nad ilością odwiedzajacych, o kazdej porze dnia a czesto i nocy, braku intymnosci, warunków do "chorowania" i zdrowienia dla osób przebywajacych w szpitalu z jakiegoś, jak sadzę, poważnego powodu a nie na "wywczasach" > a nie wiem jak to nazwać, napisać... > dame rżniesz i nikt Cię w papilotach w szpitalu nie może zobaczyć bo > zepsuje Ci to wizerunek/opinie w mieście? możesz to nazwać rżnieciem damy ale ja nawet rodzinie nie pokazuje sie w stanie niechlujnym a przynajmniej staram się im tego oszczędzać, zabiegi higieniczne lub kosmetyczne wole wykonywać na osobności (papilotów nie kręcę, z wałkami nie chodzę), śmieci do śmietnika pod domem nie wyniosę, na ogródek nie wyjde jeżeli nie mam umytych włosów, a to muszę robić codziennie, bo inaczej wygladał jak chochoł, takie mam włosy, że po obudzeniu mam fryzurę typu "piorun uderzył w rabarbar", po dwóch dniach tłuszcz z włosów kapie..taka moja uroda..i pokazywanie sie komukolwiek w takim stanie dla mnie nie jest przyjemnościa bo wtedy czuje sie brudna, niechlujna i smierdząca..masz pretensję do współpacjentek, ze nie dbały o swoja higienę..dziwisz się, ze dla kogoś taki stan jest przykrością a tym bardziej nie chce być w nim ogladany???..pozatym tak sie składa, że moje ostatnie zawody były powiazane w pewien sposób z koniecznoscią utrzymania szczególnie korzystnego, zadbanego wyglądu..fakt, że moi klienci mnie ogladali w stanie "odmiennym" był dla mnie dodatkowo przykry, kłopotliwy i przeszkadzał potem w wykonywaniu czynności zawodowych (niestety też) ale niezależnie od tego do oglądania mnie w takim stanie nie mam ochoty dopuszczac każdego..równie dobrze mozna by łóżko chorego postawić na głównym skrzyzowaniu w mieście..ciekawe czy chciałabyś byc tym chorym..pozatym ja mieszkam w stosunkowo niewielkim miescie i niestety spora liczba odwiedzajacych znała mnie stąd lub z skądinąd..może gdyby to byli ludzie dla mnie zupełnie nieznajomi, to bardziej by mi to "wisiało" w jakim stanie mnie oglądają > podstawowa zasada - umawiasz się z pacjentką obok, ide do tej i do > tej łazienki jakbym nie wróciła za x min, niech Pani sprawdzi która miałam poprosić? tą z Alzheimerem, którąś z tych po otwartych złamaniach, po złamaniu miednicy, leżących na wyciągu, tą po upadku z połamanymi obiema rękami czy tą, która jeszcze nie wstawała po operacji i sama nie wiedziała na jakim świecie przebywa?..na sali działał jeden dzwonek do dyzurki, przy łóżku babci z alzheimerem..w dyzurce pielegniarek nie było i tak bo miały za duzo roboty przy pacjentach, było ich wręcz za mało i wszędzie je mozna było znaleźć tylko nie tam Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 22:12 <ale ja nawet rodzinie nie pokazuje> widzisz inne pokolenie, inne myślenie/zwyczje/wstydliwość... mój mąż szwy z pleców mi wyjmował, rane czyścił, po porodzie prześcieradło z krwi spierał, wymiociny dzieci i rozwolnienia też a normalnych warunkach na liście zakupów ma wpisane podpaski i tampony < śmieci do śmietnika pod domem nie wyniosę, na ogródek nie wyjde jeżeli nie mam umytych, a to muszę robić codziennie, bo inaczej wygladał jak chochoł, takie mam włosy, że po obudzeniu mam fryzurę typu "piorun uderzył w rabarbar", po dwóch dniach tłuszcz z włosów kapie..taka moja uroda..i pokazywanie sie komukolwiek w takim stanie dla mnie nie jest > też inaczej, choć włosy mamy takie same....w domku mieszkam, polara z kapturem narzucan, pierwsza rzecz ze śmieciami lece, godz pucowania domu, potem robie się na tip top <..dziwisz się, ze dla kogoś taki stan jest przykrością a tym > bardziej nie chce być w nim ogladany???..> nie dziwie się, Ty jednak uderzyłaś w patetyczne tony zagrożenia życia żeby podkreślić sytuacje, a ja Ci mówie że będąc w takiej sytuacji niejednokrotnie ostatnią rzeczą o jakiej myślałam był mój wygląd...przepraszam, jak się żegnałam z dziećmi przed operacją wygląd był ważny- UŚMIECH i zaciśnięte zęby do granic możliwości żeby ich nie wystraszyć i nie myśleć co jesli...nie myśleć jak ewentualnie zapamiętają mame mając 5 i 2,5. więc nie uderzaj w melodramaty, wygląd i zagrożenie życia.... doszczętnie mnie to wpieniło zgodze się że wygląd może być krępujący...gdybyś jednak miała zagrożenie życia i głowe z rabarbaru nie pokazałabyś się rodzinie? nie...to było pytanie czysto retoryczne. > przyjemnościa bo wtedy czuje sie brudna, niechlujna i > smierdząca. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia.... 20.02.09, 22:57 > nie...to było pytanie czysto retoryczne. też tak sadzę, bo czym innym jest pokazywanie sie w takim stanie rodzinie (można liczyc na wiekszą wyrozumiałość) niz znajomym, postronnym osobom..a w sumie nawet nieznajomym jezeli jest szansa kiedyś je jeszcze spotkać w innych okolicznosciach, musze sprawdzić, ale chyba nie pisałam o swoim zagrożeniu życia co Cie tak bardzo "wpeniło"(raczej innych osób, które przebywały równiez na tej sali) ja miałam dyskomfort bo powinna byłam być po wypadku "leżąca", a z racji odwiedzajacych stałam się "chodzacą" wbrew swojej woli i zaleceniom lekarskim, po wstrzasie mózgu, uszkodzeniu kregów szyjnych, z dyskopatią szyjnego odcinka kregosłupa, zawrotami głowy, napadowymi wymiotami, poza całkowita moją kontrolą, podwójnym widzeniem itd., co gorsza ze skutkiem dla postępów w leczeniu..ostatecznym skutkiem było wypisanie sie ze szpitala na własna prośbe bo nie widziałam szans na leczenie i wyleczenie w takich warunkach. Fakt, ze byłam wystawiona "na widok publiczny" był dla mnie dodatkową "torturą", psychocznym dyskomfortem, który nie sprzyjał rekonwalescencji.. to co pisałam od początku.. najgorsze było to, ze nie miałaam szansy odpocząć w takich warunkach, nie miałam gdzie sie "schować" ze swoimi dolegliwosciami, zdrzemnąć nawet po przyjeciu stosownych leków, rozluźnić, bo w sali na okrągło znajdowało sie co najmniej kilka osób, które zachowywało się tak jakby były na pikniku, rozpoznajace mnie, zagadujące i przeszkadzające mi w odpoczynku..w innej sytuacji może by mnie cieszył fakt, ze przez tyle osób jestem znana i rozpoznawana..ale nie w tym przypadku > też inaczej, choć włosy mamy takie same....w domku mieszkam, polara > z kapturem narzucan, pierwsza rzecz ze śmieciami lece, godz > pucowania domu, potem robie się na tip top każdy ma swoje przyzwyczajenia i priorytety..ja pierwsze co robią rano to wpadam pod prysznic..potem smigam po chałupie i na zewnątrz Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia.... 21.02.09, 10:48 <po wstrzasie mózgu, uszkodzeniu kregów szyjnych, z dyskopatią szyjnego odcinka kregosłupa, zawrotami głowy, napadowymi wymiotami, poza całkowita moją kontrolą, podwójnym widzeniem itd.,> no i widzisz....jednak podpadasz pod kategorie 'pani bo ja taka chora jestem'.... opisywane przez Ciebie doleglewości wyglądają dla postronnej osoby strasznie poważnie...dla wtajemniczonej uszkodzenie kręgów szyjnych i dyskopatia to jendo i to samo, nie da się mieć jednego bez drugiego, torebki jądra miażdzystego wypadają przy uszkodzeniach kręgów powodując dyskopatie, wtrząsu mózgu nie można mieć, a wstrząśnienie...a konsekwencją tego są <'zawrotamy głowy, napadowymi wymiotami, poza całkowita moją kontrolą, podwójnym widzeniem itd.,>' więc zamiast dwóch linijek dyskopatia odcinka szyjnego L1, i wstrząśnienie mózgu a wyobraź sobie są gorsze rzeczy i te opisane przez Ciebie nie podpadają u mnie pod kategorie zagrożenia życia, dyskopatie szyjną ktorą można operować - wykonać fenestrację poziomu, naciąć pierścień włóknisty, usunąć jądra miażdzyste,wstawiając sztuczne kręgi, miesiąc w kołnierzu, pół roku bez podnoszenia rąk powyżej głowy i tyle. pikuś w porównianiu z uszkodzeniem rdzenia, zajętym zachyłek bocznym i korzeniem w kanale...i całą resztą tak jak matka dwulatka, zmęczona była, ja z częściowym/postępującym paraliżem nie byłam....nie przyszłoby mi do głowy być, garść leków zastrzyki pokryjomu w łazience, spanie na krześle.... <ja miałam dyskomfort bo powinna byłam być po wypadku "leżąca", > a z racji odwiedzajacych stałam się "chodzacą" wbrew swojej woli i > zaleceniom lekarskim> widzisz ja byłam 'chodząca' dla własnego dziecka, Ty dla kosmetyki... <w innej sytuacji może by mnie cieszył fakt, ze przez tyle osób jestem znana i rozpoznawana..ale nie w tym przypadku> a nie pomyślałaś, że tak chętnie na Ciebie patrzyli bo ze zdziwiem otkryli Twoje ludzkie oblicze, zobaczyli że też masz worki pod oczami i tłuste włosy a nie jesteś dopracowanym nadczłowiekiem...niewątpiwie sprawiało im to satysfakcje, a Ty nie mogłaś się po raz pierwszy schować za wypracowanym wizerunkiem i stąd ta burza w szklance wody. Odpowiedz Link Zgłoś
ewa-krystyna Re: dla ratowania życia.... 21.02.09, 15:39 Rotera, czy tak trudno zrozumiec,ze sa rozni ludzie i maja rozne potrzeby? to,ze tobie nie przeszkadzaja opisane sytuacje nie oznacza,ze innym nie musza... to,ze tobie nie zalezy jak wygladasz i kto cie oglada nawet chora nie znaczy,ze inni musza byc tacy... to,ze ty siedzisz przy dziecku i masz na to sile,to nie znaczy,ze wszystkie kobiety potrafia,niektore musza jednak czasem sie zdrzemnac i ze zmeczenia nie slysza a nawet jesli slysza to potrzebuja kilku minut dla siebie do zregenerowania sil.... nigdy by mi nie przyszlo do glowy krytykowac matke,ktora jest tak zmeczona chorym dzieckiem,ze usnela i pozwolila dziecku troche poplakac....moze ja bym inaczej sobie zorganizowala opieke ale nie kazdy ma takie mozliwosci... i przestan licytowac sie z Babcia,ktora z was byla bardziej chora,bo kazda byla w szpitalu z jakiegos powodu a nie dla widzimisie i to co dla ciebie jest niczym dla niej juz niekoniecznie i doczytaj wreszcie,ze Babcia nigdzie nie napisala,ze chce zakazu odwiedzin wszystkich - ona podkresla i to niejednokrotnie,ze POJEDYNCZE OSOBY ( JEDNA LUB NAWET DWIE JESLI JEST TAKA POTRZEBA w co osobiscie watpie,bo zawsze mozna zazadac pomocy pielegniarki czy salowej) SA WEDLUG NIEJ OK I NIE MA NIC PRZECIW NIM,JEJ TYLKO CHODZI O OGRANICZENIE ODWIEDZIN INNYCH CZLONKOW RODZINY/SASIADOW/DZIECI do stalych godzin i dni.... czy to tak trudno zrozumiec? jesli juz ktos chce koniecznie zeby go odwiedzali wyzej wymienieni to niech wlasnie beda ustalone godziny ( 1-3 chyba wystarcza) i dni,w ktorych to nastapi.... wybacz,ale mnie tez byloby nie w smak lezec na sali,w ktorej od switu do nocy przewijaja sie rozne osoby,ktorych nie znam a nawet znam,a ja leze obloznie chora czy dochodze do siebie po operacji... Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 22.02.09, 07:31 Ewa-krystyna po pierwsze bardzo prosze nie nadużywaja Caps po drugie doczytaj prosze kwestie sporu... ja nie zarzucam Babci że nie miała prawa czuć się niekomfortowo, nie zarzucam jej że nie mogła się czuć źle, czy że była chora zarzucam -niepotrzebne, patetycznie użyte sformuowanie 'zagrożenie życia', użyła go by dowieść swojej racji, by podkreślić dramaturgie, dlatego że zabrakło jej innych argumentów w dyskusji z moją poprzedniczką ta dyskusja o to, że sformuowanie 'zagrożenia' moi zdaniem ma się nijak do jej sytuacji, o to że są ludzie bardziej chorzy niż ona i nie wyjeżdżają z takimi słowami.... uważam, że jej schorzenia i użyte stwierdzenie 'zagrożenie życia' może dotknąć/urazić ludzi pod respiratorami, z nieodwracalnymi urazami z chorobami w których walczy się o każdy ruch czy oddech. Babcia ani razu razu nie przyznała - zagalopowałam się ja się z nią nie licytuje, nie podałam nigdzie swojej choroby, bo nie w tym rzecz, ja zbijam jej dramatyczne opisy schorzeń, i podkreślam, że użyte z braku argumentów 'zagrożenie życia' było nadużyciem, nieporozumieniem w stosunku do masy osób które są w takiej sytuacji. <i doczytaj wreszcie,ze Babcia nigdzie nie napisala,ze chce zakazu odwiedzin wszystkich - ona podkresla i to niejednokrotnie,ze POJEDYNCZE OSOBY > Ty też doczytaj prosze, ja też nigdzie tego nie napisałam, i nie o to się spieramy gdziś Ci dzwoni, ale nie w tym kościele... tytuł postu Cię nie zasugerował? Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 22.02.09, 22:18 "ale do szału doprowadza mnie fakt, ze kazdy kto sobie przypomni, że ma znajomego, sąsiada, krewnego w szpitalu może w celach towarzyskich przyjśc do szpitala, czesto w sporej grupie i przebywać na oddziale bez zadnych ograniczeń dotyczących ilości przebywajacych osób, godzin odwiedzin (bywało, ze do 22-giej, a nawet i później), bez kontroli co do zachowania tych osób, często głosnego i uciążliwego dla innych pacjentów, którzy sa w szpitalu nie dlatego, ze im sie tak zachciało ale dlatego, ze ich zdrowie a czasem zycie trzeba ratować????" ..no to sobie zadałam trud poczytania wątku i poszukania gdzie to ja tak "uderzyłam w patetyczny ton"..przypominam, ze leżałam na oddziale chirurgiczno-ortopedycznym, gdzie inne pacjentki były w duzo gorszym stanie po wypadkach lub po operacjach RATUJĄCYCH ŻYCIE ..co do Twojego "profesjonalnego wywodu" na temat moich dolegliwości, to po pierwsze nie zamierzałam tu nikogo epatpwać moim stanem zdrowia w tamtym momencie..a uszkodzenie kregów szyjnych było jednym ze skutków wypadku..wstrzaśnienie mózgu było wynikiem uderzenia głową w boczną szybę, uszkodzenie kregów również wynikiem tego uderzenia a raczej niekontrolowanego wahniecia się głowy w czasie uderzenia samochodu o przeszkodę..dziwnie nikt z lekarzy tego nie zakwestionował jak równiez faktu, ze mam takie a nie inne dolegliwości oraz zalecenia, ze mam leżeć i nie petać sie po oddziale..odpowiedziałam na zadane przez Ciebie pytanie co do mojego stanu a nie by dowodzic "jaka to byłam chora"..jednak tak sie składa, ze po wypadku byłam na tyle niesamodzielna, nieruchawa, po róznistych środkach i zabiegach, ze nie miałam siły sama reagować i sie bronic przed hordami odwiedzających..sytuacja nie sprzyjała mojemu powrotowi do sił i zdrowia (po to chyba zostałam przyjeta na oddział???) a nie takich warunków chyba należało by oczekiwać w szpitalu, tym bardziej że oddział był taki a nie inny i lezały tam pacjentki w duzo gorszym stanie ode mnie..a co do zagalopywania sie to chyba Ty nie doczytałaś dokłądnie i czepiasz sie jak pijany płotu okreslenia, którego uzyłam (patrz cytat wyzej)w odniesieniu do pacjentów (ogólnie), którzy przebywają w szpitalu własnie dla ratowania zdrowia a często i życia Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 24.02.09, 17:58 > ..no to sobie zadałam trud poczytania wątku i poszukania gdzie to ja tak "uderzyłam w patetyczny ton"..> w odpowiedzi do Agitracz1978, czytując ją i pisząc <jak rozumiem byłaś w szpitalu z powodu problemów medycznych a nie dla ratowania zdrowia lub zycia..punkt widzenia zmienia sie w zależności od..pozycji leżenia.. > ja odebrałam to jako Twoje własne doświaczenia, przemyslenia, opinie. odebrałam to jako odpowiedz do Agi - Ty leżałaś z błahego powodu, ja z ważnego... czyżbym źle to odebrała? chcesz powiedziać że wypowiadałaś się w imeniu innych pacjentów? charakter wypowiedzi sugerował, że miałaś w tej konkretnej odpowiedzi na myśli siebie i uwypuklenie własnych dolegliwości w stosunku do śmiesznych dolegliwości Agi. <Ty nie doczytałaś dokłądnie i czepiasz sie jak pijany płotu > okreslenia, którego uzyłam (patrz cytat wyzej)w odniesieniu do > pacjentów (ogólnie)> jw, ogólnie? no to nie wypowiadaj się za ogół, nie upoważniam do wypowiadania się w moim imieniu, znajdzie się więcej takich którym odwiedzający, w tym ich właśni nie przeszkadzają, a pomagają psychicznie, fizycznie (w podaniu szklanki wody, w interwencji/informacji u lekarzy) <co do Twojego "profesjonalnego wywodu" na temat moich dolegliwości> ..a uszkodzenie kregów szyjnych było > jednym ze skutków wypadku..wstrzaśnienie mózgu było wynikiem > uderzenia głową w boczną szybę, uszkodzenie kregów również wynikiem tego uderzenia a raczej niekontrolowanego wahniecia się głowy w czasie uderzenia samochodu o przeszkodę..dziwnie nikt z lekarzy tego nie zakwestionował jak równiez faktu, ze mam takie a nie inne dolegliwości oraz zalecenia> nic nie zmienia ten opis, lekarze nie kwestionawali...wypadnięcia, wypadku samochodowego..., objawów/obrażenień ja tez nie kwstionuje tego co Ci się stało, ale nie zmienia to faktu, że obrażenia to dyskopatia i wstrząśnienie mózgu i nic poza tym ten opis zajścia nic nie wniósł, nie dodał schorzeń, a opis zajścia i opis związanych z urazami obajawów nie zwiększa ilości urazów. <nie zamierzałam tu nikogo epatpwać moim stanem zdrowia w tamtym momencie> <gdzie to ja tak "uderzyłam w patetyczny ton"..> jw. nie przyznajesz miałam to i to, epatujesz opisami, szczegółami... opisujesz objawy, wypadek, uderzenie w szybe, wahnięcie - w celu zwiększenie wrażenia, spotengowania leżałam na > oddziale chirurgiczno-ortopedycznym, gdzie inne pacjentki były w > duzo gorszym stanie po wypadkach lub po operacjach RATUJĄCYCH ŻYCIE> i to ich znajomi, rodziny Ci przeszkadzały... a one były w gorszym od Ciebie stanie i gdyby to zależało od Ciebie pozbawiłabyś ich tych wizyt dla własnego komfortu... <jednak tak sie składa, ze po wypadku byłam na tyle niesamodzielna, nieruchawa, po róznistych środkach i zabiegach, ze nie miałam siły sama reagować i sie bronic przed hordami odwiedzających..sytuacja nie sprzyjała mojemu powrotowi do sił i zdrowia > teraz to się nazywa <bronić przed hordami>, wczesniej naywało się <jeszcze bezradna na tyle, by sama sobie jeszcze nie poradzić a na tyle świadoma, że oglądanie mnie w takim stanie przez obce osoby (niestety często znajome osoby, w tym mężczyzn)sprawiało mi przykrość..> no to zdecyduj się<hordy> czy <znajomi mężczyźni> Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia....ewa krystyna 24.02.09, 21:37 > ja odebrałam to jako Twoje własne doświaczenia, przemyslenia, opinie. > odebrałam to jako odpowiedz do Agi - Ty leżałaś z błahego powodu, ja > z ważnego... tak z włąsnego doswiadczenia..będąc w ciązy wyladowałam w szpitalu z powodu uporczywych wymiotów w 5-tym miesiącu ciązy..na szczęście szybko organizm zareagował na leki..trzymano mnie na oddziale tydzień, by wykonac wszystkie zalecone badania, sprawdzic czy nie dojdzie do ponownego nawrotu dolegliwości..i własciwie po dwóch dniach mi nic nie dolegało, nudziłam się, szukałam sobie zajęć, wizyty krewnych i znajomych sprawiały mi przyjemność, były urozmaiceniem, ale wychodziłam z nimi z sali bo byłam "chodząca"..Będąc w szpitalu po wypadku miałam dolegliwości zwiazane z potwornym bólem głowy, karku i barków, podwójnym widzeniem, mdłosciami, napadowymi wymiotami, chodem "marynarza", zataczaniem się, zahwianiami równowagi, trudnoscią z chodzeniem po prostej, nadważliwośćia słuchową..to jednak trochę inna "jakość" przebywania w szpitalu nie sądzisz, niedowładem prawej ręki?..i jak sadzę powinnam mieć w takim stanie umożliwiony wypoczynek, zapewniony spokój, nie powinnam byc zmuszana przez jakiekolwiek okoliczności, poza absolutnie koniecznymi, do chodzenia skoro miałam to zabronione przez lekarza..no i przy okazji przepraszam, ze nie miałam podobnie jak sasiadka z innego łózka połamanych obu rąk i skreconej kostki, otwartego złamania i nie byłam jak dwie inne tuz po zabiegach operacyjnych, z saczacymi sie ranami i wymiotująca po narkozie..choc mi niestety wymioty napadowe, niekontrolowane też sie zdarzały..i wyobraź sobie ze czułam sie źle z tym, ze "obcy" mnie widzą w tym stanie, ze muszę sie przebrać w czystą koszule ale by to zrobic muszę taka obfajdana, zataczając się, tzrymając sciany iść do łazienki a nie moge tego zrobić na sali i na niej sie obmyć w umywalce, zaprać koszulę by nie "capiła" wszystkim..goscie zamiast sie wynieść przyglądali się z zainteresowaniem (młodzież)..starsi i wrazliwsi otwierali okno by przewietrzyc..i siedzieli dalej Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia.... 22.02.09, 22:39 > widzisz ja byłam 'chodząca' dla własnego dziecka, Twój wybór >Ty dla kosmetyki ..i zeby nie zostać zakwalifikowana przez taka osobe jak Ty jako "śmierducha" a Ty nie > mogłaś się po raz pierwszy schować za wypracowanym wizerunkiem i > stąd ta burza w szklance wody. i co w zwwiązku z tym? mam od dziś co rano przed ubraniem i umyciem się, dla zdrowia psychicznego pobiegać w pizamie i rozwianym włosem po okolicy, by inni mogli zobaczyć mnie w całej "okazałości"? zastanów się dobrze nad tym co piszesz, bo sama raz podsumowujesz inne osoby określajac ich poziom higieny jako skandaliczny w innym przypadku dziwisz się i odbierasz prawo do tego osobom, które jednak maja podobne do Ciebie obyczaje..i to niezależnie od stanu zdrowia..coś "plączesz się w zeznaniach" w zależnosci od tego co Ci pasuje w danej wypowiedzi.. Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia....podumowując 24.02.09, 18:27 <raz podsumowujesz inne osoby określajac ich poziom higieny jako skandaliczny w innym przypadku dziwisz się i odbierasz prawo do tego osobom, które jednak maja podobne do Ciebie obyczaje..i to niezależnie od stanu zdrowia..coś "plączesz się w zeznaniach" w zależnosci od tego co Ci pasuje w danej wypowiedzi..> plącze się...dobre,gdzie? no nie wiem kto się plącze... raz piszesz że chodziło o higene, a w poprzednich postach powołujesz się na wizerunek/kosmetyke, o tym, że nie chciałaś, żeby ,znani Ci mężczyźni> oglądali Cie w takim stanie... ja rozgraniczam higiene i kosmetyke, pisząc 'brudas' mam na myśli osobe, która mimo, że jest chodząca, tylko do diagnostyki,nie myje się nie bierze prysznica, nie podmywa (przy miesiączce, nie wystarcza zmieniać podpasek...) sporadycznie myje zęby.... kosmetyka zaczyna się po skończonej higienie osobistej, Ty pisałaś o kosmetyce, a to zasadnicza różnica, jak pisałam Ci wyżej nikt w szpitalu nie oczekuje wyprasowanego/dopracowanego wyglądu, a dla Ciebie właśnie taki wizerunek własny stworzony wcześniej, a zburzony w przypadku odwiedzających znanych Ci ludzi w tym mężczyzn, był ważny i to dla Ciebie było przykre (przynajmniej o tym pisałaś) pisałaś o wychodzeniu do łazienki na korytarz...że lekarz kazał Ci leżeć, a Ty mimo to chodziłaś do łazienki... a co do tego mają odwiedzający? i tak musiałabyś chodzić do tej łazienki, sama by nie przyszła... a może gdyby nie Ci odwiedzający to nie musiałabyś chodzić do łazienki? gdzie części wspólne? odwiedzający/łazienka - przecież oni nie chodzili za Tobą do tej łazienki... przeszkadzali Ci w spaniu - rozumiem, ale co z tą łazienką? podsumowując miałaś wypadek dyskopatie i wstrząśnienie mózgu potężny dyskomfort psychiczny w związku z utratą wypracowanego wizerunku/wyglądu i podtrzymuje to co wyżej cała burza w szklance wody o tą utrate wizerunku.... czyżby wszystko opierało się na wizerunku zewnętrznym/wyglądzie? wspomniani ludzie mają do Ciebie szacunek tylko na podstawie tego wizerunku/wyglądu.... w szpitalnej piżamie już Cię nie szanują? czyżby Twoi odwiedzający nie przeszkadzali, czyżby nie miał kto przeszkadzać? Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 24.02.09, 20:49 bosze kobieto alez Ty się rozmieniasz na drobne..będziemy teraz spiuerac sie o to co jest zabiegiem higienicznym a co kosmetycznym? może nieszczęśliwie uzywam zamiennie tych określeń ale jak sie uprzeć to dla mnie zabiegiem higienicznym jest umycie włosów..ale żeby nie wyglądac jak chochoł muszę sobie te włosy wysuszyc odpowiednio fenując (zabieg kosmetyczny..o przepraszam fryzjerski), a nie lubie tego robic nawet w obecności mężczyzn z włąsnej rodziny a co dopiero obcych..no mam taka schize i nic na to nie poradzę.. nie lubię przy obcych osobach sie myć ale zniose to, jednak by obmuć sie z potu pod pachami trzeba się rozebrać do połowy np przy uwywalce w sali, potem ja korzystam z dezororantu no tu definicja może byc różna czy to zabieg kosmetyczny czy higieniczny.. lub nie wyobrazam sobie pluć na oczach obcych spieniąną pastą i z ubabranymi nią ustami, sciekającą po brodzie (zabiegi higieniczne)..przy męzczyznach tego nie zrobię..po wymyciu sie w moim wieku wskazane jest uzycie kremu, bo skóra jest zbyt wysuszona, ściąga się od zwykłej wody a już szczególnie chlorowanej..to już jest zabieg kosmetyczny..i moze Cie to zdziwi ale tez nie lubię tego robić na oczach "obcych" osób w tym mężczyzn, makijazu nie uzywam nawet na codzień..ale niektóre zabiegi kosmetyczne jednak wykonuję..Mało tego jakos tak jestem skonstuowana, ze przy obcych a juz szczególnie mężczyznach nie będe sie przebierac w świerzą bielizne, koszulę..a tego potrzebowałam bo leżałam w "gorącym" miesiącu w czasie upałów..i z tego powodu musiałam wedrować do łazienki w drugim końcu korytarza, bo jak opisałam wyżej, jeszcze jedna grupa "piknikowiczów" nie wyszła a juz wchodziła i rozsiadała sie nastepna..mogłam ich pogonić na pół godziny..ale nie miałam siły i ochoty użerać się z ludźmi, którzy nie rozumieja, ze szpital jest od leczenia a nie klubem towarzyskim i później znosić ewentualne fochy współpacjentki Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia....podumowując 24.02.09, 21:31 aaa...to wszystko wyjaśnia wszystkie wymienione przez Ciebie zabiegi czy to higieniczne czy kosmetyczne, łącznie z myciem zębów i zmianą bielizny, rozbieraniem się do pasa jak dla mnie wykonywane zarezerwowane są na łazienke, więc nadal nie widze związku z odwiedzającymi, są to dla mnie zabiegi zarówno nie zarezerwowane dla współleżących jak i dla odwiedzających. <jednak by obmuć sie z potu pod pachami trzeba się rozebrać do połowy np przy uwywalce w sali> miałaś zamiar robić to na sali? pomijając osoby przykute do łóżka które takie rzeczy robią w łóżku (a raczej pomagają im to robić i to z regóły odwiedzający bo pielęgniarki mają 'inne/ważniejsze' rzeczy, bądź jest ich za mało na dyżurze.) wielokrotnie byłam zmuszona do takiej toalety w łóżku i nie kolidowało to z wizytami, toaleta poranna przed obchodem (przed 7), wieczorna po obchodzie (po 21), umywalka na sali jest według mnie po to żeby opłukać szklanke czy talerzyk, umyć spocone ręce czy twarz w ciągu dnia, do nabierania wody do miski dla osób wymagających toalety na łóżku <ale nie miałam siły i ochoty użerać się z ludźmi, którzy nie rozumieja, ze szpital jest od leczenia a nie klubem towarzyskim i później znosić ewentualne fochy współpacjentki> a Twoje zachowanie wyłączności i jedynie słusznej racji nie jest fochami... i nie jesteś człowiekiem który nie rozumie, że wizyty mogą być bardzo dla innych pomocne i psychicznie i fizycznie... gdyby np ktoś Cię odwiedzał z równym natężeniem nie miałabyś problemów i obaw co do wypraw łazienkowych - byłoby Cię komu odprowadzić do tej łazienki, postać tam, poczekać pół h...rano i wieczorem. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 25.02.09, 00:15 > miałaś zamiar robić to na sali? owszem miałam zamiar zrobic to na sali odwrócona tyłem do współpacjentek i osłanięta od nich dość wysokim murkiem..niestety zasłonki, które były w tym szpitalu w latach 80-tych, umozliwiające po ich zasunięciu zrobic to w sposób jeszcze bardziej intymny znikneły gdzies w pomroce dziejów, choć pałąki do ich podtrzymania pozostały > wielokrotnie byłam zmuszona do takiej toalety w łóżku i nie > kolidowało to z wizytami, > toaleta poranna przed obchodem (przed 7), wieczorna po obchodzie (po > 21), no widzisz a mnie nie mozna było dobudzić po zastrzykach i jeszcze miałam fanaberie by chciec obmyc sie w ciągu dnia bo wydawało misie że "capię" lub zdarzył mi sie "wypadek" z rzygankiem.. > umywalka na sali jest według mnie po to żeby opłukać szklanke czy > talerzyk, umyć spocone ręce czy twarz w ciągu dnia, do nabierania > wody do miski dla osób wymagających toalety na łóżku no moja wina..mogłam zażyczyć sobie toalety w łóżku, bo miałam zalecenie w nim pozostawać..jednak uważałam, ze przejscie kilku metrów do umywalki jest małym problemem i mogę sobie z tym dac rade, gdybym miała możliwość..bywałam w tym szpitalu kilkakrotnie, z powodu własnych problemów lub z dzieckiem..chyba większośc pacjentów była tak porąbana jak ja, bo wykorzystywała umywalke do rannej toalety i gdy zaszła taka potrzeba w ciągu dnia..z łazienki korzystało się po południu i wieczorem..zresztą najczęsciej była zamknięta..bo przechowywano tam przez trzy godziny osoby zmarłe zanim je zwieziono do kostnicy (!!), bywało, ze jak sie tam dowlokłam to zastawałam zamknięte drzwi..musiałam sobie radzic w ogólnodostępnej, koedukacyjnej toalecie z przebieraniem, mało igieniczne warunki, i z toaleta wyczekując az bedzie w miarę pusta > gdyby np ktoś Cię odwiedzał z równym natężeniem nie miałabyś > problemów i obaw co do wypraw łazienkowych - byłoby Cię komu > odprowadzić do tej łazienki, postać tam, poczekać pół h...rano i > wieczorem. nie zyczyłam sobie stałych odwiedzin, bo uwazam, ze 11 przykazanie powinno brzmieć: "nie zawadzać"..mogłam to załatwić, w czym jak sugerujesz, powinni mi pomóc odwiedzajacy bez ich i siebie niepotrzebnego fatygowania, częściowo, gdybym miała taką mozliwość..w pozostałym zakresie nie byłoby to poprostu potrzebne (moje chodzenie i ich prowadzanie)..i powtarzam po raz chyba setny!!! córka, która odwiedzała codziennie od świtu prawie do nocy swoją bezradna mamę mi nie przeszkadzała..przeszkadzały mi tabuny gosci, którzy wręcz sie nudzili na tych wizytach, bo z iloma naraz mogła rozmawiac osoba odwiedzana???..rozmawiali głosno miedzy sobą (nie z odwiedzaną), zaczepiali i wciągali w "imprezę" inne chore, z nudów lub "niezdrowej ciekawości" kierowali swoje zainteresowanie na inne osoby znajdujące się na sali, głośno komentowali, dziwili, dawali wiele rad, niepytani, odnośnie leczenia..głośno rozmawiali przez komórki, "zabijali czas" rozmawiajac ze sobą (nie z chorą), częstowali sie przyniesionymi dobrami, dobrze bawili w odróżnieniu od zmęczonych, zbolałych, chorych osób..zresztą co ja się tu rozpisuję..chyba sama nie miałaś okazji trafić na taką sytuację i z mojej stony to chyba wyglada jak opowiadanie ślepemu o kolorach.. Odpowiedz Link Zgłoś
rotera Re: dla ratowania życia....podumowując 25.02.09, 08:56 <..z łazienki > korzystało się po południu i wieczorem..zresztą najczęsciej była > zamknięta..bo przechowywano tam przez trzy godziny osoby zmarłe > zanim je zwieziono do kostnicy (!!), bywało, ze jak sie tam > dowlokłam to zastawałam zamknięte drzwi..musiałam sobie radzic w > ogólnodostępnej, koedukacyjnej toalecie z przebieraniem> łazienka- kostnica? łazienka - koedukacyjna? koedukacyjną widziałam tylko na oddziale dziecięcym, ale była to łazienka dla małych dzieci z wanienką i przewijakiem kostnicy nawet nie skomentuje. No i nie kumam, Ty nie masz pretensji do pielęgniarek, do warunków w szpitalu - kostnica i koedukacja, ale do ludzi.... nie uważasz że warunki 'łazienkowo- kostnicowe' są nie do przyjęcia, do pielęgniarki której nigdy nie było w dyżurce, do tego, że jedyny dzwonek na sali był przy Pani z Alzhimerem.... wiele z tych rzeczy dałoby się zorganizować inaczej bez najmniejszego wysiłku... przy dzwonku położyć kogoś zdrowego na umyśle (ale położyły Panią-z bezmyślności, czy z pewności że nie zadzwoni i z tą salą mają 'spokój'?) to samo z kostnicą...i umarłym i żywym należy się szacunek... czy to nie było bardziej przykre/przytłaczające niż wizyty... no mnie by milion razy bardziej dołowało i przeszkadzało w dochodzeniu do siebie <większośc pacjentów > była tak porąbana jak ja, bo wykorzystywała umywalke do rannej > toalety i gdy zaszła taka potrzeba w ciągu dnia..z łazienki > korzystało się po południu i wieczorem..> dla mnie poranna i wieczorna toaleta to prysznic i podmycie, tak u dorosłych jak i u dzieci, w umywalce nie da się tego zrobić, większość pacjentów...no...i większość na emamie...uważa że prysznic rano dla dwulatka to fanaberie....a potem po latach ta większość.... > z mojej stony to chyba wyglada jak opowiadanie ślepemu o kolorach.. <córka, która odwiedzała codziennie od świtu prawie do nocy > swoją bezradna mamę mi nie przeszkadzała..przeszkadzały mi tabuny > gosci, którzy wręcz sie nudzili na tych wizytach, bo z iloma naraz > mogła rozmawiac osoba odwiedzana???..> z mojej również... nie spotkałam zamkniętej łazienki, łazienki koedukacyjnej, kostnicy... nie spotkałam upierdliwych odwiedzających.... zresztą przeszkadzały Ci wybrane osoby, córka- niedołężnej Pani nie, na tej podstawie zakazałabyś wizyt, pozbyła się upierdliwych jednocześnie wylewając 'tą córke' z kąpielą.... Generalizujesz sobie ułatwiając w tamtej sytuacji, innym szkodząc proponuje oburzac się na warunki szpitalne, na brak/bezmyślność personelu, warunki łazienkowe, braki w lekach, takich podstawach jak wenflony, plastry do nich, a nie jakieś urwane kawałki, cewniki... ludzie zawsze są rózni, ale warunki w szpitalu powinny mieć jakieś odgórne, rygorystyczne standardy i powinny być zamykane jesli takich nie trzymają. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 26.02.09, 14:09 widzę, ze koniecznie chcesz sie spierać dla samego spierania..z zacietrzewienia i albo juz nie pamietasz co wcześniej czytałaś lub nie czytasz tego na co odpowiadasz, łazienki z prysznicem, wanna i umywalkami były oddzielne (niestety mogła z niej korzystac jedna osoba na raz lub więcej gdy im nie przeszkadzało towarzystwo), toaleta niestety koedukacyjna..i co gorsza równiez dostepna dla tabunów, czesto sobie w niej robili palarnie ale to już inna bajka. Jest odgórny przepis, ze osobe zmarłą zwozi sie do kostnicy po trzech godzinach od smierci, pewnie sa jakies tam powody i przesłanki, zmarły jest "przechowywany" przez ten czas na oddziale, czy Ci sie to podoba czy nie..przy takim tłoku jaki był w tym okresie, braku wolnych sal, zmarłych przechowywano w łazience (zamknietej), która w dzień była mało wykorzystywana..Wczesniej zarzucałaś mi że jestem "paniusia" co to zwraca uwage na to ze jest nieswierza, teraz rzucasz hasła o konieczności korzystania z prysznica..zapewniam Cie ze zazwyczaj własnie z niego korzystam, ale czując się niepewnie na nogach wolałam nie ryzykowac posliźniecia sie lub zasłabniecia pod nim..za to skorzystanie z innej formy doprowadzenia sie do porzadku sprawiały mi równa ulgę..włazience , gdy była dostepna korzystałam tez z umywalki, z innego też powodu..brzydzę się korzystać z tego urządzenia w miejscach ogólnie dostępnych, w szpitalu szcególnie, bo nikt brodzika nie dezynfekuje po kolejnym uzytkowniku > dla mnie poranna i wieczorna toaleta to prysznic i podmycie, tak u > dorosłych jak i u dzieci, w umywalce nie da się tego zrobić, da się..nawet w misce wody wziąść całą kąpiel..trenowałam to na jahcie z doskonałym skutkiem > zresztą przeszkadzały Ci wybrane osoby, córka- niedołężnej Pani nie, > na tej podstawie zakazałabyś wizyt, pozbyła się upierdliwych > jednocześnie wylewając 'tą córke' z kąpielą.... wróć do poprzednich moich wypowiedzi, bo nie będę się powtarzać, kilkakrotnie pisałam jak powinno się to rozwiązać, by nie przesadzic w żadna stronę..i to bez dodatkowego kłopotu lub zatrudniania dodatkowych osób Przy okazji też napisałam, ze do pielegniarek nie miałam pretensji a raczej im współczułam i podziwiałam, bo pracujac na takim oddziale miały na okrągło opór roboty i ciężkiej, fizycznej przy pacjentach, którzy byli przykuci do łózek, po operacjach, złamaniach wielokończynowych, leżących na wyciagu z przewierconymi kończynami (a nie zaczepieni o gipsowy opatrunek), ze nie miały same kiedy skorzystać z toalety..nie siedziały w dyzurce i nie popijały kawki..dzwonki, nawet gdyby były sprawne mogły by sobie dzwonić. Odpowiedz Link Zgłoś
babcia47 Re: dla ratowania życia....podumowując 26.02.09, 14:23 > z mojej również... > nie spotkałam zamkniętej łazienki, łazienki koedukacyjnej, > kostnicy... > nie spotkałam upierdliwych odwiedzających.... no to masz szczęście..choc wystarczyłoby poczytać nie tylko moje wpisy, zeby sie przekonać, ze takie praktyki są nie tylko w powiatowym szpitalu ale nawet w duzych miastach (tabuny nad którymi nikt nie panuje i które przeszkadzaja lub zagrazaja pacjentom)..o brakach w słuzbie zdrowia ciągle sie słyszy w mediach..chyba, ze na codzień mieszkasz na pustyni gdzie prasa, radio i Tv nie dociera, a Ty pewnie byłaś w wypasionym i w pełni wyposazonym szpitalu, a posiłki były przynoszone z pobliskiej restauracji??? Denerwowac to ja sie moge ale od tego to sie raczej stan SZ nie poprawi, moje protesty nie sprawia, ze dyrektor szpitala zatrudni 10 dodatkowych pielegniarek by miał mi kto pomóc w zabiegach higienicznych..zreszta to niepotrzebne, bo mi wystarczy by mi nikt w nich nie przeszkadzał i byprzewalajace sie tabuny nie sprawiały, ze szpital do którego kieruje się i przyjmuje osoby tego wymagające nie zamieniał sie w świetlice lub kawiarnię, szczególnie dla osób, które przypomniały sobie o niewidzianym od lat krewniaku lub znajomym, bo wyladował w szpitalu Odpowiedz Link Zgłoś
atra1 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 20.02.09, 13:35 tabunom - nie jednej osobie chocby i 24/h - tak leżałam kilka razy w szpitalu, z czego raz po operacji poza moim miastem, mąż nie mógł ze mną być efekt był taki, że po operacji kilka godzin leżałam zarzygana w łóżku i nikt palcem nie kiwnął, każde wezwanie pielęgniarki było albo ignorowane albo pielęgniarka pojawiała się z wyjątkąwą niechęcia i sarkazmem, pod prysznic tez nie było komu mnie zaprowadzić - z godzinę po pionizacji - "pani idzie sie wykąpać", a łazienka gdzies na korytarzu. Wszystko fajnie, jeśli człowiek jest chodzący, to się chocby doprosi, albo sam zrobi Odpowiedz Link Zgłoś
elkas3 Re: odwiedziny w szpitalu a pacjenci na sali 25.02.09, 12:41 Przy okazji tego wątku "podziękuję" tej kobiecie ze wsi, która 7 lat temu leżała ze mną na poporodowej. Sierpień 40stopni, zaduch. Moje dziecko ma parę godzin. Do kobietki po cc przychodzi 12 osób, łącznie z nieletnimi w wieku przedszkolnym. Ja prawie nieprzytomna, wszystko mnie boli po porodzie, nie ma jak się umyć, nie ma jak nakarmić, podobno mam wietrzyć krocze żeby się lepiej goiło. Jak? Kobieta i jej współtowarzysze nie zwracają uwagi na to, że jestem półprzytomna, na sali jest dwoje dzieci - moje ma parę godzin, jej 2 doby. Ona wychodzi po 2 dniach. Ja zostaję na patologii dziecięcej 2 tygodnie. Do dzisiaj nie mogę sobie tego darować. Gdybym nie była po porodzie i normalnie funkcjonowała, wyrzuciłam bym te wszystkie wujki, pociotki, sąsiadki i chrześnice. Nie reagował nikt z personelu. Odpowiedz Link Zgłoś