Nie, nie będzie o spadkach, itd.
chodzi raczej o mniej drastyczną rzecz, w porównaniu do innych z tego forum wręcz lajtową

Ale jednak mam z nią problem, a może po prostu z lekka się pogubiłam i nie wiem, czy nie straciłąm zdrowego oglądu na rzeczywistość, co się dosyć przydaje w życiu

Chodzi o nasze, męża i moje, rodzeństwo. Każde ma po dwoje, z czego tylko brat męża ma uregulowane życie, tzn. rodzina itd. reszta dopiero się osadza.
Wyjechaliśmy na jakiś czas za granicę. Mieszkanie postanowiliśmy zostawić pod opiekę siostry męża. Mieszkanie jest męża, tzn. kupił je przed naszym małżeństwem i jeszcze teraz spłacamy za nie kredyt. Zdarzyło się, ze moja siostra miała ciężką sytuację losową i wymogłam na mężu dokwaterowanie jej na miesiąc(sic!)do naszego. Siostra męża płaci tylko opłaty, czynsz opłacamy cały czas my. Teraz zamieszkał z nią jej narzeczony, sytuacja się nie zmieniła, tzn. oni opłaty, my czynsz, całkiem spory (podobnie jak mieszkanie). Wiem, ze im trafiła się przysłowiowa gwiazdka z nieba, bo za tyle ile płacą nie dostaliby nawet pokoju w mieście. Ja to nazywam pomocą, mąż- szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo i tak nie wynajęlibyśmy mieszkania obcym w tym czasie (świeżo po remoncie i chęć zakotwiczenia w okresie różnych świąt, wakacji itd). Niemniej dla mnie pomoc to to jest.
Teraz rzecz się tyczy mnie i mojej rodziny. Otóż ja do małżeństwa mieszkania nie wniosłam, nawet w kredycie

, niemniej uważam, że jeśli sytuacja tego wymaga, mogłabym również w jakiś tam sposób pomóc mojemu rodzeństwu. Na to mąż nosem kręci i wydziela granice (bardzo skromne) takiej pomocy. Ja się wkurzam, bo widzę (moimi oczami) niesprawiedliwość. nie wiem czy słusznie, bo mąż twierdzi, że nie. Twierdzi też, że nie powinno mnie obchodzić co się dzieje w mieszkaniu, bo jest jego (no tak w afekcie mi powiedział niestety).
Co myślicie? Faktycznie przesadzam?
P.S> I nie piszcie, błagam o kondycji naszego małżeństwa. jest niezłe, za to relacje finansowe jak widać do bani.