Witam! Otóż mam pewien problem z mężem. Mamy po 27 lat. Jesteśmy razem 10 lat,
2,5 roku wspólnego mieszkania, trochę ponad rok po ślubie. Chciałam mieć
dzieciątko od razu po ślubie. Mąż twierdził, że też by chciał mieć dzidzię,
ale trochę później. Jego argumenty - powinnaś mieć lepszą, pewniejszą pracę,
chciał wyjechać ze mną w jedno miejsce (jego wielkie marzenie) i ogólnie
chciał nacieszyć się mną jako żoną, życiem tylko we dwójkę. Uszanowałam to i
zgodziłam się poczekać jeszcze troszkę (nie chciałam być egoistką). Znalazłam
lepszą, pewną pracę (3 miesiące temu), upragnione miejsce odwiedziliśmy, a
trzeciego nie skomentuję, bo przecież przez 10 lat bycia ze sobą powinien się
już nacieszyć mną w 100%... Ale... Mąż znów wymyśla... Nie powinnaś tak od
razu w nowej pracy zachodzić w ciążę - ciągle słyszę. Przecież mój pracodawca,
zatrudniając młodą, bezdzietną kobietę, pewnie liczy się z tym, że będę miała
dziecko. Poza tym ciąża nie choroba - można pracować będąc w stanie
błogosławionym. Na co ja mam czekać??? Lata lecą, instynktu nie mogę już
zagłuszyć. Boję się, że mój mąż będzie wymyślał coraz to nowsze argumenty na
to, dlaczego nie teraz

Już sama nie wiem jak mam go przekonać, że już jest
odpowiedni moment..., że mój zegar biologiczny nie ubłagalnie tyka, że bardzo
tego chcę już od dawien dawna... Czy któraś z Was - Panie była, lub jest w
podobnej sytuacji? A może któryś z Panów wytłumaczy mi co się roi w tej
męskiej główce mojego męża?