Dodaj do ulubionych

Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski...

    • s0nar Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... 10.12.12, 18:17
      Przepraszam, ale co jest złego w rozpoczęciu maila od zwrotu "Witam"?

      Pyta piątkowy student, który nie musi szukać pracy, bo to praca szuka jego. I nie chodzi o znajomości.
      • Gość: erystyka "Witam!" IP: *.dynamic.chello.pl 10.12.12, 20:36
        Skoro pytasz sero, serio odpowiadam :-)
        Zwrot "Witam!" w języku polskim tradycyjnie zarezerwowany jest do sytuacji, kiedy osoba go używająca jest gospodarzem i zwraca się nim bezpośrednio do swojego gościa, którego uprzednio zaprosiła.
        Kiedy piszesz maila, z reguły nie jesteś stroną mającą pozycję "gospodarza" w wymianie listów. Poza tym odbiorca twojego listu nie jest twoim gościem, raczej nigdzie go nie zapraszasz.
        Jest nietaktem zwracać się w ten sposób do osób o wyższej pozycji w hierarchii (np. przełożonych, wykładowców, itp.), ponieważ to nie oni przychodzą do ciebie, a raczej to ty masz sprawę do nich.
        Pół żartem, pół serio można by zaczynać maile zwrotem "Ave!" (Bądź/cie pozdrowiony/wieni!)

        Ja osobiście jeśli piszę do wielu osób stojących nade mną w hierarchi służbowej, lub co do których jestem petentem, stosuję zwrot "Szanowni Państwo".
        Kiedy piszę do osób "równych stanem" (i wiekiem) lub "bezosobowo" używam zwrotu "Dzień dobry" - jest neutralny.
        Z kolegami i wpółpracownikami nie ma problemu, z reguły tytułuję ich krótko "Mendy!" ;-D

        A maile kończę albo "Z poważaniem" i podpisem, albo po prostu podpisując się, jeśli adresata wyjątkowo nie poważam. Pozdrawiam rzadko i nielicznych.
    • pawelekok Uspokoję studentów 10.12.12, 18:19
      Obecnie jestem w dyskusji przedstawicielem potencjalnego pracodawcy. My już dawno przestaliśmy zwracać największą uwagę na liczbę dyplomów, dla nas najważniejsza jest jakość posiadanych przez aplikanta kwalifikacji - nie ich ilość. Dlatego, gdy zgłasza się do nas 30-latek z pięcioma dyplomami zadajemy mu proste pytanie - na czym ty facet(ka) znasz się tak naprawdę. I mamy narzędzia, zestaw kontrolnych pytań, naszą własną wiedzę i doświadczenie, by to odpowiednio ocenić. Zwykle okazuje się, że jak ktoś ma 5 dyplomów to jest kiepski we wszystkim a dobry w niczym. Zgadnijcie, czy taki kandydat nas uszczęśliwi. Taką selekcję stosujemy zresztą niezależnie od liczby dyplomów, pytamy się po prostu, na czym się znasz, co umiesz. Jeśli umie cokolwiek, jest bystry i chce się dalej uczyć i rozwijać, to idealny kandydat. Na początek można go kupić za małe pieniądze, jesli wykorzysta szanse, jeśli się będzie uczył i rozwijał - to może zarabiać naprawdę duże i to rosnące w miarę szybko (konkurencja nie śpi, może go podkupić), jeśli okaże się średnio inteligentny, to będzie dla niego robota wyrobnika za średnie pieniądze. Powiem szczerze, dla nas nawet najlepszy dyplom nic nie znaczy przed rozmową z aplikantem. Często okazuje się że tacy dyplomanci mają rażące luki nawet w podstawowej wiedzy ogólnej, a co dopiero mówić o specjalizacji.

      Inna sprawa, że potencjalny aplikant musi się u nas najpierw w koncernie przedrzeć przez HRowców, ktorzy decydują, które aplikacje trafiają do potencjalnego szefa, czyli tego, który - jeśli ma już zgodę na przyjęcie nowego pracownika - decyduje czy i kogo zatrudni. Mam świadomość, że HRowcy nie do końca są w stanie zrozumieć potrzeby szefów i posługują się swymi dziwacznymi, kompletnie oderwanymi od życia metodami wstępnego dopuszczenia, których wyuczyli się na swoich kompletnie oderwanych od życia studiach. Pomimo, że prosimy ich, by nie stosowali standardowych metod przy pierwszym odsiewie, nie mamy pewności, czy nie odsiewają wielu świetnych kandydatów. Nawet mamy podejrzenie, że tak właśnie jest. Ale obowiązkowych procedur koncernu nie da się tak łatwo obejść czy przeskoczyć. No cóż, by się dostać do nas aplikant najpierw musi się chyba niestety najpierw wykazać jakimikolwiek papierami i sprytem.
    • aaquillus Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols 10.12.12, 18:23
      Powiem wam tak: 3 lata studiowałem taki gó****ny kierunek na Uniwerku Warszawskim na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych i uważam, że ten uniwersytet - pomimo że w rankingach najlepszy - to tak naprawdę to jedna wielka ściema. A ściągać to wykładowcy pozwalają na legala i niewiele wymagają od studenta. Za to kase zdzierają w potężnych ilościach.
      Po 3 latach zmądrzałem i poszedłem na studia ścisłe - i wierzcie mi że to nie to samo. Tutaj jak się nie nauczę to nie zaliczę tak po prostu semestru i nikt mnie nie przepuści.
      Wniosek: problemem są głównie studia humanistyczne - tam nie trzeba nic umieć. Pozdrawiam techników i krzyż na drogę humanistom co za lenistwo dyplom zdobyli!!!!!
    • Gość: Stasiek Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.warszawa.vectranet.pl 10.12.12, 18:31
      Mi się chce. Co roku przygotowuje nowe egzaminy i to nie są testy. Na egzaminie można mieć wszystkie możliwe materiały pomocnicze (jedynie obowiązuje zakaz komunikacji). Na zajęciach zrobię wszystko, abyś zrozumiał, był krytyczny i myślał. Chodziłeś na zajęcia, uczyłeś się, byłeś aktywny i dociekliwy - zdasz. Liczysz na szczęście i materiały, zapraszam na poprawkę.

      Moi studenci publikują, wygrywają nagrody dostają się na studia doktoranckie w UE i USA. Uwielbiam uczyć studentów. I co z tego. Za rok wylatuję z uczelni - nie mam hab. Reforma spowodowała to, że system bodźców premiuje publikacje a nie nauczanie. Chciałem zostać docentem do końca życia i być jak trener - przygotować moich studentów do pracy zawodowej lub naukowej. Tak jak w sporcie nie każdy dobry trenerem był super sportowcem. Nie interesuje mnie tłuczenie publikacji, które nic nie wnoszą do nauki, tylko dają punkty, nie podpisuje się do publikacji moich studentów.

      Drodzy studenci przestaliście się liczyć.

      System nastawimy jest na publikuj albo giń i to nie dotyczy tylko Polski. Średnio publikacje z listy filadelfijskiej z mojej dziedziny czyta kilka - kilkanaście osób. Gdyby była to wiedza realna, to super. A jest to tylko żaglowanie formalną matematyką na dosyć niskim poziomie i mnóstwo badań statystycznych, w których wynik zależy od poglądów badacza i umiejętności podkręcania danych do oczekiwań recenzentów.

      Połączenie: "publikuj albo giń" oraz polskiego biurokratyzmu spowoduje już za kilka lat dokładnie ten sam skutek, co zapaść w szkolnictwie podstawowym i średnim.

      Publikacje będą jakie będą. Opublikowane jako materiały pokonferencyjne. Płacisz 1 000$ i przyjmą ci wszystko ( zapłacone z grantu oczywiście). Nie będzie to FI, ale zawsze angielskojęzyczna publikacja ( a może będziesz miął szczęście). Biurokraci sprawdzą, czy na twojej uczelni system wdrażania jakości został przyjęty - sprawdzą kwity i tylko to ich interesuje. Nauka stała się produktem biurokratycznym. Etos uczenia nie jest pożądany - jest niemierzalny jako wynik.

      Co ja tu robię? Czy mój post coś zmieni? Wracam pisać gniota:
      O wyższości świąt Bożego Narodzenia nad ........

      Z czystego sportowego podejścia. To ja odejdę, a nie oni ze nie zrezygnują.



    • Gość: foksterierka Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.dynamic.chello.pl 10.12.12, 18:34
      List jak wypracowanie gimnazjalistki- przepisane wszystko, co zostało przewałkowane w mediach w ciągu ostatnich paru tygodni. Jest i "witam" i "pozdrawiam", tylko zdejmowania bamboszy w przedpokoju brakuje. Z pewnością dziewczynka uczy się na same piątki. Znam ten typ dość dobrze- koleżanki z liceum dostały się na modne studia, skończyły je z piątkami i są teraz nauczycielkami albo urzędniczkami. Najczęściej jednak są bezrobotne i narzekają że wszyscy mają znajomości. Dziewczyny z trójami zakładają własne firmy, chłopaki mają nie obronione magisterki, ale pracują w IT jako genialne samouki..
    • erich1 Genetyczny spadek poziomu umysłowego 10.12.12, 18:41
      Od dobrych kilku lat borykam się z coraz "mądrzejszymi inaczej " kandydatami na pracownika. Koreluje to z wprowadzeniem masowych studiów , a przez to z brakiem selekcji jakości mózgów - a to ( moim zdaniem ) jest najważniejsza czynność szkolnictwa, a nie uczenie ( bo mądrego pracownika to ja nauczę , chcę tylko dostać wyselekcjonowany , plastyczny materiał ) ... Od dwóch - trzech lat gwałtownie rośnie ilość zdemolowanych przez "marychę" czy " amfę " młodych mózgów, gdzie taki nie czuje oporów , jest bezczelny ( pardon - asertywny ) , oczywiście pierwszy by z hukiem wyleciał, ale jeżeli 100 % jest takich bezmózgów ( ze zdemolowanym układem nagrody- kary) żądających , nic nie dających , to co mam zrobić ?. Niestety , te zaburzenia czynności mózgu dotyczą dorosłych , od wielu lat pracujących pracowników , którzy od jakiegoś czasu jadą na " maryśce ". Również stają się bezczelni - asertywni, nie widza swoich błędów, więc próba przedyskutowania problemu nic nie daje. Ale ostatnio jedna z wieloletnim stażem pracownic rzekła " seks po marihuanie jest niesamowity". Dlatego co ja tu rzucam się o młodzież , jeżeli stare konie ( znaczy klacze ) wcinają kanabinole, chemicznie poprawiają swój komfort życia, a ja mam coraz większy problem z prowadzeniem wydziału. Oczywiście, jeżeli bym zwolnił, to będzie zaraz sąd pracy , poza tym , jak wyjaśnić , że ktoś gada od rzeczy . Dlatego jestem za kontrolnym państwowym egzaminem dla pracownika - co kilka lat - z wiedzy na poziomie maturalnym ( polski i matematyka , bez innych udziwnień, typu matura z WF ). Może sobie przynieść np. 5 kg podręczników . Jest oczywistością zakaz urządzeń elektronicznych, egzamin jest nagrywany (film "Szpiedzy tacy jak my " się kłania ). A wynik końcowy powinien być ogólnie dostępny ( w procentach wyniku względem innych zdających w danym roku ) - np. po numerze PESEL.
      • professional_scoffer Re: Genetyczny spadek poziomu umysłowego 10.12.12, 20:44
        A jakbyś Ty takiego testu nie zdał to powinni Ciebie zdegradować do roli palacza kotłowego?
    • Gość: aga Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.dynamic.chello.pl 10.12.12, 18:55
      skoro wykładowcy pozwalają na takie podejście do studiów, to studenci to wykorzystują i idą po najmniejszej linii oporu. Gdyby mieli swiadomość że jeśli czegoś porządnie nie zrobią czy porządnie nie przeczytają, to wylecą z uczelni albo będą musieli powtarzać przedmiot, to inaczej by śpiewali. A tak- poziom jest coraz bardziej marny.
    • Gość: vk Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.limes.com.pl 10.12.12, 19:13
      Ja osobiście nie lubie sformułowania "ja osobiście". Jest redundantne. Wystarczy samo "ja uważam" albo "osobiście uważam", bo raczej nie zdarzają się przypadki, że ktoś coś uważa "nie-osobiście". Trąci to jakąś nowomową, jak najwięcej słów, które niosą jak najmniej treści, ale za to sugerują, że ich autor cechuje się jakąś wyższą kulturą wypowiedzi. Błe.
    • Gość: wesoły Studenci? A co to i kto to? IP: *.compower.pl 10.12.12, 19:23
      Napływowa małomiasteczkowa hołota i bydło. Chlanie, ćpanie i d. za pieniądze:-) Naiwni pracodawcy dalej wierzą w "rangę mgr." :-) czyli k***y po kulturoznawstwie :-) Ale to nie ważne....dyplom jest! :-)
    • Gość: lith Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.dynamic.chello.pl 10.12.12, 19:35
      A ja nie rozumiem co złego jest w udostępnianiu prezentacji z wykładów. Jeżeli wykład jest rzeczywiście tylko odczytaniem prezentacji to szkoda na niego czasu i lepiej przejrzeć go sobie w domu. Jeżeli wykład coś wnosi i jest ciekawy to ludzie i tak przyjdą, czy slajdy będą udostępnione, czy nie. Do tego jak wykład jest udostępniony to można się skupić na zrozumieniu tego co jest tam tłumaczone, a nie na przepisywaniu na czas. Jakoś poważne katedry bez problemu udostępniają materiały. Problemy robią głównie jakieś podrzędne przedmioty, próbujące tupać nóżką i nieudolnie usiłujące zdobyć respekt studentów.
      • flamengista coś by się znalazło 10.12.12, 22:46
        1. udostępnienie materiałów będących własnym dziełem autorskim w formie elektronicznej może się skończyć tym, że ktoś je skopiuje. I nie chodzi tu o studenta - a o wykładowców innych uczelni. Niestety, to się dość często zdarza.
        2. kłopotliwa jest kwestia obrazków i filmików wykorzystanych w prezentacji. Nie zawsze ma się 100% pewność, że można ich użyć. W przypadku samego wykładu - ok, ale co innego udostępnienie ich w wersji elektronicznej (rodzaj de facto publikacji).
        3. nigdy nie jest tak, że wykład sprowadza się do samych slajdów. Slajdy to tylko pewien punkt odniesienia. Student może odnieść mylne wrażenie, że wystarczy przeglądnąć slajdy by się nauczyć.
        • professional_scoffer Re: coś by się znalazło 10.12.12, 23:34
          ad.1.

          Dokumenty elektroniczne można zabezpieczyć przed skopiowaniem np. hasłem dostępnym tylko dla studentów czy tworzyć dokumenty wyłącznie do odczytu. Na pewno są już skuteczniejsze formy zabezpieczania o czym wykładowcy jako światli ludzi powinni wiedzieć. A dlaczego nie ma obaw przed skopiowaniem w przypadku książek czy publikacji w journalach?

          Slajdów nie ma dostępnych, bo ich po prostu nie ma - wykładowca idzie zwyczajnie na łatwiznę.
          • Gość: ef Re: coś by się znalazło IP: 78.10.82.* 11.12.12, 21:04
            Przez kilka lat dawałam studentom slajdy z wykładów do momentu, gdy podczas zajęć z pokrewnego przedmiotu studenci, którzy mieli za zadanie opracować i przedstawić temat zaprezentowali... mój własny wykład! Nawet tła nie zmienili! Na dodatek nie chciało im się nawet przeczytać tego wcześniej, więc dukali tekst! Szlag mnie trafił i od tej pory mądrzejsza jestem. Jeżeli daję materiały, to są to slajdy z "dziurami", które podczas wykładu studenci mają okazję uzupełnić. Oczywiście wycinam to co najważniejsze.
            • Gość: kominiarz. Re: coś by się znalazło IP: 159.253.7.* 11.12.12, 21:26
              Dziury należałoby im zrobić w łapskach by nie mogli kopiować.

              Już uwierzyły, małe komuszki, że nie istnieje coś takiego jak prawo własności.

              Niedługo będą się do cudzych domów wprowadzać, jako "potrzebujący".

              Szybko jednak zauważyli, że IM by coś ubyło, gdyby przygotowali materiał samodzielnie.
              Bystrzaki.

              Znieść bezpłatne studia.
              Kto chce płacić za studia i na tych studiach niczego się nie nauczyć - wolna droga.
        • Gość: gość portalu Re: coś by się znalazło IP: *.dynamic.chello.pl 11.12.12, 00:35
          > 1. udostępnienie materiałów będących własnym dziełem autorskim w formie elektro
          > nicznej może się skończyć tym, że ktoś je skopiuje. I nie chodzi tu o studenta
          > - a o wykładowców innych uczelni. Niestety, to się dość często zdarza.

          Bywa i gorzej - materiały na zajęcia (ale studentom w całości nie udostępniane) ze służbowego komputera inny adiunkt sobie bezczelnie skopiował i umieścił jako swoje na stronie innej uczelni, w której też pracował i wykładał akurat to samo. Znam taki przypadek.
          • professional_scoffer Re: coś by się znalazło 11.12.12, 00:46
            I rozumiem, że z powodu incydentalnych plagiatów ze strony wykładowców (sic!) całe tłumy studentów mają się męczyć? To zwyczajnie nieuczciwe.
    • Gość: gosc Niemozliwe IP: 146.90.124.* 10.12.12, 19:48
      Niemozliwe, to juz nawet studenci masowo narzekaja na arogancje wykladowcow/naukowcow w Polsce? Do tej pory to naukowcy ktorzy poznali jak sie uprawia nauke i uczy na zachodzie krytykowali polski beton, ktory bronil sie zaciekle przed "ta zawistna krytyka", a tu tymczasem studenci wzieli sie za moralizowanie kadry.

      Teraz czekam na masowa krytyke ze strony rodzicow (ktorzy nota bene finansuja uczelnie w formie podatkow, i poki co siedza cicho nie dbajac jak te pieniadze sa wydawane) i politykow. A potem jakas rzeczywista reforme, najlepiej zrobiona przez akademikow ktorzy na zachodzie zarzadzali czolowymi uniwersytetami i jednostkami badawczymi, wsparta odpowiednim przesunieciu funduszy w budzecie.
    • von.g A propos kultury. 10.12.12, 20:07
      Już któryś artykuł przewija się to witam i pozdrawiam. I może jestem wieśniakiem bez ogłady , ale szczerze nie widzę w tym problemu. To czy ktoś skończył maila zwykłym "pozdrawiam" zamiast "z poważaniem" to zwykła syntaktyka. Tak samo jak kuriozalne zwracanie się do nauczycieli w liceum per "pan/pani profesor" .Większym problemem jest nieumiejętność zachowania się na wykładzie przez wykładowców i studentów. Ale to już nasza taka polska słabość. Każdy to PAN , PANI , tytuły naukowe prężą się przy nazwiskach niczym pierś orderami. Pytanie do osób mieszkających za granicą. Widział ktoś by ludzie na drzwiach przed nazwiskiem stawiali stopnie naukowe?
      • professional_scoffer Re: A propos kultury. 10.12.12, 21:09
        To wynik tego, że polskie społeczeństwo ma wciąż chłopsko-feudalną mentalność; ludzie zakompleksieni nie dowartościowani mają dużą potrzebę odróżniania się od innych i eksponowania tej różnicy.

        Stąd właśnie to oburzenie za "Pozdrawiam", bo jaśnie poczuł się urażony.
      • Gość: gość portalu Re: A propos kultury. IP: *.dynamic.chello.pl 11.12.12, 00:40
        > Widział ktoś by ludzie na drzwiach przed nazwiskiem sta
        > wiali stopnie naukowe?
        Owszem, są kraje, gdzie ludzi bez doktoratu tytułuje się - także na wizytówkach - "dottore", są też takie (choć może nie pisze się tego na drzwiach mieszkań), całkiem liczne, gdzie nawet magister pracujący na uczelni, a doktor to już obowiązkowo, jest tytułowany profesorem.
        • Gość: czarna_łowca Re: A propos kultury. IP: 159.253.7.* 11.12.12, 21:20
          > Owszem, są kraje, gdzie ludzi bez doktoratu tytułuje się - także na wizytówkach
          > - "dottore"

          Wypowiadając się warto wiedzieć o czym się mówi.

          Czy te kraje, które nazywają, ludzi bez rzekomego doktoratu, "dottore" mają tytuł "magistra"?

          To jest tak samo jak z amerykańskim i polskim "bilionem".
          Słowo podobnie brzmiące i mające takie samo pochodzenie, nie musi oznaczać tego samego,
          w dwóch różnych językach.

          Nie powinniśmy Włochów uczyć znaczenia słowa "dottore" gdyż oni ze swoim użyciem byli pierwsi
          i z tego powodu oni są posiadaczami "patentu", a polska wersja to zwykła "podróbka".

          Z tego powodu, pouczanie ich czym jest "doktorat" to śmieszna uzurpacja.

          Wytłumacz najpierw Włochowi co to jest "doktorat".
          Uzurpacja jest tym śmieszniejsza, że słowa "doktor" i "dottore" w żaden sposób
          nie są identyczne, jedynie podobne.

          Idąc tropem takiego myślenia, niedługo zaczniemy się wykłócać z innymi narodowościami
          o"prawidłowe" znaczenie słów "casa", "Kaese", "cheese", "cash" i 'kasa"

          www.dizionario-italiano.it/definizione-lemma.php?definizione=dottore&lemma=D07E0400
      • Gość: olo Re: A propos kultury. IP: *.uwm.edu.pl 11.12.12, 11:22
        Oczywiście, że ludzie w innych krajach umieszczają swoje tytuły naukowe na wizytówkach, domofonach, szyldach firm. Np. w Niemczech to dość często spotykane. (Dlaczego firma nazywa się "dr Ottker", a "Opel" już bez tytułu? Bo Adam Opel nie miał tytułu naukowego).
        Tylko, że jak w takiej np. Nowej Zelandii zaledwie 4% ludzi ma wyższe wykształcenie to trudno takich ludzi spotkać w biednych dzielnicach.
        • Gość: kominiarz. Re: A propos kultury. IP: 159.253.7.* 11.12.12, 21:49
          > Tylko, że jak w takiej np. Nowej Zelandii zaledwie 4% ludzi ma wyższe wykształc
          > enie to trudno takich ludzi spotkać w biednych dzielnicach.

          Uhuh. A ci w "bogatych" dzielnicach to wieszają sobie na drzwiach tabliczki
          z napisem "John Blow M.S. E.E."

          Czy ty w ogóle możesz powiedzieć jak wygląda "biedna" dzielnica w Nowej Zelandii?

          W Nowej Zelandii 41% ludności ma ukończone studia, a nie 4%, durniu, nie umiejący czytać!

          Nowa Zelandia zajmuje pod tym względem 5. miejsce na świecie.

          finance.yahoo.com/news/the-most-educated-countries-in-the-world.html?page=all
          Czy wy, wszawe propagandziuchy komunistyczne, nigdy nie nauczycie się czytać ze zrozumieniem, nie przekręcać tego co czytacie i nie kłamać?

          Obyście wszyscy wymarli, co do jednego, na raka mózgu, razem z waszą wspaniałą "edukacją", tfu!
    • Gość: Pozdrowienny Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.dynamic.chello.pl 10.12.12, 22:05
      "Zaczynanie maili od słowa "witam""

      a jakaż to norma społeczna zabrania użycia tego wyrazu w liście do jaśniepana profesora? Znaczy to mniej więcej dzień dobry, tylko bardziej podniośle i oficjalnie (język ewoluuje). Wielu ludzi tylko powtarza niechęć do zwrotu...

      " czy słowo "pozdrawiam" na końcu owego maila to chyba codzienność. "

      czy to też jakieś straszne złamanie reguł moralnych? Pozdrawiam - mniej więcej "życzę zdrowia". To takie złe? "Czuwaj" lepsze?

      "Wiem, że niektórzy wykładowcy, pisząc do studentów, używają właśnie takich słów, ale jak to mawiali nasi dziadkowie: "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". To, że wykładowca zwraca się tak do studenta, nie jest równoznaczne z tym, że student może zwracać się tak do swojego profesora. "

      Nie no, święty książę pan profesor jest równym obywatelem, acz równiejszym od gó...arza jakiegoś, co śmie mieć swoje wymagania nawet - co za podłość ludzka - od profesora! Student minę powinien mieć przy profesorze tępą i uległą jak niewolnik, aby hardością swą nie peszyć świętego i nie narażać na szwank oczywistego autorytetu...

      Dawno już skończyłem studia. Miałem szczęście do szanujących studentów (ale nie pobłażających chamstwu) wykładowców i wykładowczyń. Wiem, że kolejne pokolenia są gorzej rozwinięte społecznie. Ale właśnie - między innymi - dlatego, że zbyt wielu profesorom/doktorom marzy się komuna i bycie autorytetem z racji samego papierka.

      Czuwaj!
      • Gość: kominiarz. Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: 159.253.7.* 11.12.12, 22:00
        > a jakaż to norma społeczna zabrania użycia tego wyrazu w liście do jaśniepana p
        > rofesora?

        Znajomość języka polskiego - bieeedaaakuu.
        Jeszcze trochę i będziecie zaczynać mejle od "Alleluja!" albo "Ave Maryja!"
    • Gość: gość Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.pptp.gigaspeedsurfer.de 11.12.12, 00:10
      To co najbardziej mnie przeraża po lekturze kilku listów opublikowanych na gazecie to fakt, że wszyscy studenci są obecnie strasznie sfrustrowani. Zero współpracy, wzajemnej pomocy tylko narzekania, że ktoś ściągną albo mu się poszczęściło. Jako studentka wychodzę z założenia, że albo uczę się dla siebie i nie obchodzi mnie jak radzą sobie inni, nie narzekam, ze ktoś naściągał na 5, albo robie to co wszyscy. Nic mnie tak nie wkurza jak ciągłe marudzenie, że inni mają lepiej. To bez znaczenia czy kończy się uczelnie z 3 czy z 5 ważne czego się człowiek nauczył - a z doświadczenia wiem, że wiedza na 5 to często ciekawostki opisywane drobnym drukiem w przypisach, które nie wydają mi się "życiowo" istotne.
      • professional_scoffer Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols 11.12.12, 00:44
        Nie może być przyzwolenia na plagiaty czy ściąganie! Tu nie ma o czym dyskutować; wszyscy mają mieć w miarę równe szanse. Osoby słabsze, które sobie nie radzą bez ściągania nie powinny otrzymywać dyplomu.

        Twoje podejście świadczy o totalnym braku zrozumienia skutków zjawiska. Jednym skutkiem jest później słaba jakość absolwentów, proszę pamiętać, że oceny decydują o przyznaniu stypendium, grantów, przyjęciu na studia, itd. Np. jeżeli na studia dokotoranckie zostaje przyjęta osoba ściągająca ale z piątkami, natomiast uczciwa 'czwórka' nie to jest to demoralizacja i taka sytuacja stawia pod znakiem zaptyania cały sensu systemu edukacji.
        • Gość: kominiarz. Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: 159.253.7.* 11.12.12, 22:05
          Np. jeżeli na s
          > tudia dokotoranckie zostaje przyjęta osoba ściągająca ale z piątkami, natomiast
          > uczciwa 'czwórka' nie to jest to demoralizacja i taka sytuacja stawia pod znak
          > iem zaptyania cały sensu systemu edukacji.

          Niekoniecznie. Są tacy, którzy umiejętność oszustwa mogą traktować jako niezbędną część
          ich edukacji "życiowej". W Polsce to bardzo popularne. Stąd totalne zamieszanie na tamtejszym
          rynku różnych stanowisk, które piastują ludzie nie wiadomo skąd i jakim sposobem wzięci.
        • Gość: gość Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: *.pptp.gigaspeedsurfer.de 11.12.12, 23:50
          z opisanym przez Ciebie problemem mozna się spotkać już poziom niżej przy przyjęciach na studia I stopnia - skoro o przyjęciu decyduje wynik z matury, która jest oględnie mówiąc nieobiektywna, bo stworzona pod klucz, a jedyne co sprawdza to umiejętność robienia testów. Wiele dobrych uczniów ma za słabe wyniki bo po prostu tego nie potrafi.
          Jeśli chodzi o granty i doktorat to uwierz mi, że ludzie którym nie chce się przeczytać 200 str. niekoniecznie planują dalszą kariere naukową. Chociaż może jestem w błędzie - w końcu mamy trochę afer plagiatowych w spr. habilitacji
    • Gość: Acroma Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: *.internetdsl.tpnet.pl 11.12.12, 01:08
      Jesteś na I roku?

      Czego szukałaś na studiach? Sprawiedliwości? Kultury? Wyższego szkolnictwa?

      Kobieto obudź się. Nie wiem kto Ci nawciskal takich bajek, albo skąd masz przekonanie że po studiach z dyplomem 5,0 wiedzą jak orzeł cokolwiek osiągniesz. Zobaczysz czy Ci ta wiedza potem coś da.
      Studia są takie jak rynek pracy. Na rynku nie ma znaczenia co wiesz tylko to co potrafisz. Stąd właśnie większość ma w d*pie to co się tam dzieje i chcą tylko zdobyć papier.

      Osobiście studiuje już 8 lat, robię to bo lubię to! I musze się zgodzic, że kultura studentów jest fatalna, a podejście wykładowców(większości) poniżej krytyki.
    • Gość: filet Doświadczenia z edukacji wyższej za granicą IP: 128.42.219.* 11.12.12, 05:14
      Poruszony został bardzo istotny temat. Mówie to z perspektywy osoby, która relatywnie niedawno skończyła szkołę średnią. Dobrze pamiętam moje podejście do edukacji w tamtym okresie. W liceum przedmiotów było tak dużo, że rzadko kiedy udawało mi się skrupulatnie odrabiać zadania i przygotowywać do testów. Do większości przedmiotów przygotowywałem się tak, aby je zdać. Poza lekcjami uczestniczyłem w bardzo czasochłonnych zajęciach dodatkowych, które oczywiście nie dawały mi żadnych benefitów w szkole. Nadal jednak miałem kilka wybranych przedmiotów, które przedkładałem nad resztę i ostatecznie zdałem je bardzo dobrze na maturze. Jednakże uważam, że pisanie tego egzaminu przez wszystkich absolwentów szkół średnich nie ma większego sensu. Skoro rezultat z egzaminu maturalnego liczy się tylko podczas rekrutacji na studia, to w jakim celu uczniowie nieplanujący wyższej edukacji mają ją zdawać? Ponadto krok do wyższej edukacji stawiany jest automatycznie i bez głębszej refleksji. Studia są bezpłatne, więc młodzi ludzie chcą spróbować swoich sił, bo w końcu teraz wszyscy idą na studia. Nie ma absolutnie żadnej motywacji ani presji, żeby faktycznie studiować ("gruntownie poznawać" sjp.pwn.pl) jakąś dziedzinę naukową, bo nic nas to nie kosztuje. Nie chcę sie wypowiadać na temat wykładowców, bo nigdy w Polsce nie studiowałem. Uczę sie za to w Stanach Zjednoczonych i dostrzegłem kilka różnic pomiędzy polskimi i amerykańskimi/międzynarodowymi studentami, a także uczelniami. Przede wszystkim edukacja wyższa jest tutaj horrendalnie droga. Mimo to, mogą sobie na nią pozwolić nawet osoby z klasy średniej, które rozsądnie zarządzają swoim budżetem. Jest to jednak świadomy wybór. Uczniowie trafiający na moją uczelnię są niego wystarczająco świadomi - zdecydowali się podjąć kolejny krok na swojej ścieżce edukacyjnej. Nie liczy się dla nich wyłącznie, żeby zdać egzamin. Liczy się dla nich dobry wynik. Większość stara się o wysoką średnią, a także angażuje się w działalność klubów studenckich, organizacji wolontariackich oraz wszelkiego rodzaju praktyki, aby wzbogacić zarówno swoje doświadczenie, jak i resume. Na każdym stopniu zaawanasowania studenci mają regularnie do wykonania zadania domowe. Czasami są też krótkie testy, a 2 -3 razy w semestrze organizowane są egzaminy. Wszystko to składa się na ocenę końcową. Zaufanie i sprawiedliwość są znaczie większe. Profesorowie czasami dają dużą swobodę studentom zadając tzw. take-home exams, który należy wykonać przed określonym terminem w limitowanym czasie. Studenci doceniają możliwość jaka została im dana i biorą ograniczenia bardzo poważnie. Często izolują się w bilbiotece, aby się nie rozpraszać. Kontakt z profesorami jest niebywały. Podczas jednego z wykładów z analizy matematycznej zadałem pytanie dotyczące informatyki, ale nie znałem angielskiego odpowiednika, więc wymyśliłem tłumaczenie. Nauczyciel mnie nie zrozumiał i, co mnie zdziwiło, przeprosił mnie za to, a 2 godziny po wykładzie dostałem od niego maila z prośbą o ponowne wyjaśnienie mojego zapytania. Uczelnia także daje mi dużą swobodę w sprawie deklaracji kierunku. Mimo że zostałem przyjęty do School of Engineering, nie muszę wybierać ostatecznego kierunku studiów aż do drugiego semestru drugiego roku, dlatego w tym okresie mogę dodatkowo spróbować psychologii, socjologii, teatru, jogi, stosunków międzynarodowych, fotografii, antropologi, etc. Na koniec jeszcze dodam, że bardzo ceniona jest tu praca w grupach. Studenci lubią organizować study groups i pracować nad niektórymi problemami razem, oczywiście w sposób niepogwałcający honorowego kodu, który dotyczy zasad ściągania.
    • Gość: Michał Szkoda, że Pani studentka nie podała jaki... IP: 81.219.183.* 11.12.12, 07:30
      Szkoda, że Pani studentka nie podała jaki to "prestiżowy" kierunek studiuje. Niby prestiż, a wstydzi się? Co więcej jest w swoich słowach niekonsekwentna. Z jednej strony wytyka innym, że zaczynają od "witam", a kończą na "pozdrawiam", podczas gdy sama zapomniała zakończyć i się podpisać.
    • three-gun-max Studentka ma braki w myśleniu 11.12.12, 08:24
      Co do tej socjologii. Tępa strzało, nie każdy absolwent może być wybitny. "Przeciętny" nie znaczy kiepski. Znaczy właśnie przeciętny. Gdyby nie było przeciętnych, to nie miała byś jak poznać wybitnych.
    • Gość: boss Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.na5.pl 11.12.12, 08:34
      Klika luźnych uwag :)

      "Dobry student znajdzie sobie pracę w zawodzie, dzięki wiedzy, którą nabył na studiach. A student troszkę gorszy, dzięki znajomościom, też będzie pracował w zawodzie. Tylko czy ten sam dyplom będzie niósł za sobą taką samą wiedzę?"

      - Ostatecznie i tak nikogo nie będzie interesował dyplom. Szef zatrudnia człowieka po to, by wykonał zadanie i pomógł zarobić kasę dla firmy - za to też jest gotów zapłacić. Nikt i nigdy nie zapłaci za to, by pooglądać sobie dyplom. Póki obecni studenci nie zrozumieją tej prostej zasady - będziemy mieli rzeszy "młodych zdolnych bezrobotnych". Umiesz coś zrobić? Jesteś w tym dobry? Przychodź do mnie, pomóż mi zarobić - a zapłacę ci za to. Nic nie umiesz? To do widzenia :)

      "Często nawet proszą, aby zwracać się do nich po imieniu. Głównie wśród pierwszych roczników powoduje to nieopisaną radość. W liceum musieli się zwracać do nauczycieli, którzy mają tytuł magistra, "panie profesorze", a na studiach mogą do doktora mówić "Jurek" albo "Ela".

      - Nic tak nie zaburza relacji jak poczucie wyższości. Jeśli dziś wszelkie tytuły naukowe znikną z mowy, dokumentów i napisów na drzwiach - jutro będziemy mieć 50% bardziej skuteczne nauczanie. Osobowość człowieka tworzy szacunek do niego, nie tytuł. Nie przypadkowo amerykanie piszę imię, nazwisko - i tylko na końcu drobnym druczkiem Ph.D.

      "To, że studentom się nie chce notować, to też prawda. Cały czas mają nadzieję na to, że wykładowca będzie dyktował notatki zdanie po zdaniu, jak nie przymierzając w podstawówce. Albo jeszcze lepiej, że wykładowca wyświetli prezentację w PowerPoincie, a potem prześle staroście roku. Albo chociaż skrypcik wyśle."

      Jest rozwiązanie, które pozwala załatwić ten problem raz na zawsze. Kwintesencja wiedzy - hasłowo w postaci pdf wysłana do starosty, każdy ma wydrukować i mieć ze sobą. Tyle. Na wykładzie ludzie wówczas słuchają, przyswajają wiedzę, dyskutują, zapamiętują przykłady. Sucha wiedza jest już dostarczona. Póki ludzie będą marnować swój czas na notowanie i przychodzić na wykłady "by mieć notatki" - będzie problem.

      Jeśli chodzi o studentów, to na nich magicznie działa słowo "nieobowiązkowe". Skoro wykłady są nieobowiązkowe, to dla studenta ich po prostu nie ma. A jeżeli są jeszcze ćwiczenia z tego przedmiotu, to już w ogóle nie trzeba się na wykładach pojawiać. Najczęściej wiele osób dopiero na egzaminie po raz pierwszy widzi wykładowcę, dlatego też spora część wykładowców zaczyna egzamin od przedstawienia się.

      I bardzo dobrze. Dla chętnych powinno być wszystko - studia, wykłady, ćwiczenia, egzaminy. Nie chcesz - nie przychodzisz. Nie dostajesz wiedzy, nie dostajesz papierka. Po co zmuszać ludzi robić coś, co ich nie interesuje? Dlatego też pytanie jest inne - dlaczego osoba nie chodząca na wykłady, nie chodząca na ćwiczenia, jest z stanie zdać egzamin? Tutaj powinno się szukać problemu. I jeśli się go rozwiąże - po pierwszej sesji na studiach nie zostanie nikt, kto naprawdę nie jest tym zainteresowany.

      Zdecydowanie najlepsze są egzaminy ustne. Wyżej wymieniony przeze mnie doskonały profesor zrobił nam właśnie ustny egzamin - zobaczył każdego studenta i porozmawiał z nim. To właśnie była rzetelna ocena wystawiona na podstawie wiedzy studenta.

      Tutaj 100% racji. Przy uwzględnieniu poprzedniego punktu czasu będzie brakowało tylko na pierwszej sesji. Potem będzie już mało studentów.

      Podsumowując - szkolnictwo wyższe jest w Polsce, niestety, źle rozumiane. Jest rozumiane w dalszym ciągu jako coś, co powstrzymuje młodych na 5 lat przed wkroczeniem w dorosłość. Tymczasem powinno być tym, po co zostało wymyślone - miejscem, gdzie niewielka ilość pasjonatów zdobywa i poszerza wiedzę. Wiedzę, która w życiu da im sposób być jeszcze bardziej przydatnymi specjalistami w swoim zawodzie. Zmienić to można i zmiany takie nastąpią. Rynek sam zweryfikuje wszystko. Szkoda tylko tych młodych, którzy na swojej skórze przekonają się o tym, jak bezwzględny i niesprawiedliwy czasem jest rynek. Wolny rynek.
    • Gość: student PŁACI! Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.internetia.net.pl 11.12.12, 09:22
      BRAĆ ZA D.U.PY WSZYSTKICH PROFESORKÓW, DOKTORKÓW I TYM PODOBNYCH LEWUSÓW NA PAŃSTWOWYCH SYNEKURACH !
    • aleatoria Znowu zapominamy o jednym ważnym aspekcie. 11.12.12, 09:45
      Mianowicie, czy to studenci są leniwi, czy to od studentów za dużo się wymaga. Nie mam tu na myśli uczelni, o nie, to ważne, żeby wykładowcy utrzymywali jak najwyższy poziom. Tyle że ciężko chodzić na wszystkie wykłady i przygotowywać się dokładnie do każdych zajęć, jeśli w międzyczasie studiuje się drugi kierunek i pracuje na etat. A tego się od współczesnego studenta niestety wymaga. Trąbi się wszem i wobec, że papierek to tylko papierek, a liczy się doświadczenie, bo inaczej co biedny student ma wpisać do CV? Z rozmów z moimi rodzicami wnioskuję, że dla ich pokolenia studia polegały na nauce, chodzeniu na zajęcia i imprezowaniu. Dla mojego pokolenia studia to przede wszystkim praca, udzielanie się tu i tam, ostatnie w kolejności są zajęcia i egzaminy, które trzeba "jakoś" zdać. No to potem są rezultaty.
      • Gość: Kaskader Re: Znowu zapominamy o jednym ważnym aspekcie. IP: 31.187.26.* 11.12.12, 20:40
        Rozdawanie materiałów z wykładu oczywiście jest super rozwiązaniem dla studentów. Mogą przecież przyjść na wykład, słuchać o czym sie mówi, dyskutować na ten temat a nie marnować czasu na jakieś durne notatki (to był sarkazm)
        Ja nigdy nie daje wykładów w formie PDF. Nie dlatego, ze mam je od 20 lat. Zawsze mam wykład w ppt mam tam jedynie hasła o których mówię Plus zdjecia i schematy. Cała sztuka to właśnie notowanie tego co jest miedzy wierszami, ale tego już studenci nie potrafią stąd krzyki oburzenia na bezczelne "ukrywanie" wykładów.
        Po drugie, jak raz dałem materiały studentom, oni uważali, ze to jest wszystko co muszą umieć na wykład!!!!!!!!!!!!!!!!!! To jest studiowanie? Czy Wy w ogóle wiecie jak sie studiuje? Czy naprawdę ja muszę uczyć ludzi na czwartym roku jak sie robi notatki i jak sie uczyć?
        • Gość: PAWEŁ Re: Znowu zapominamy o jednym ważnym aspekcie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.12.12, 04:41
          Szanowny Kaskaderze!
          Do łez rozbawił mnie fragment "cała sztuka to właśnie notowanie tego co jest miedzy wierszami". To jest kwintesencja beznadziei polskich studiów. Wystarczy zresztą przejrzeć notatki co lepszych studentów - mnóstwo tam tego badziewia międzywierszowego w nadziei, że a nuż na egzaminie się przyda. Oczywiście często się przydają te bzdurki, ale wciąż owa pseudowiedza nie jest nijak istotna z punktu widzenia wiedzy uczonej na kursie jako takiej. I potem się studenci śmieją, że jedyne co pamiętają z wykładu to te zawoalowane, ukryte myśli objawione, a nie konkretną, przydatną w przyszłości (sic!) wiedzę.
          Co więcej nie chodzi tutaj o tzw. tacit knowledge, bo to w wypadku polskich uczelni śmiech na sali.

          Ów kult robienia notatek jest zresztą w moim odczuciu całkowicie nieuzasadniony w dzisiejszych czasach. Zawierająca dobre objaśnienie tematu, ułatwiająca zrozumienie podręcznika, obfitująca w przykłady (i odniesienia, też linki) prezentacja - dostępna do ściągnięcia - to jest sensowny sposób zdobywania wiedzy w XXI.
          Notatki to (moim zdaniem) relikt przeszłości z czasów kultu autorytetów profesorskich. Obecnie 2 kliknięcia i mogę zapoznać się z polemiką 10 innych megaautorytetów z całego świata, dlatego nie ma potrzeby spijać każdą sylabę (i wspominane pauzy pomiędzy) celem samooświecenia.

          Polecam zapoznanie się z najwyższym światowym poziomem na stronie coursera.org - kursy w wykonaniu wybitnych uczonych z najlepszych światowch uczelni za darmo.

          Pozdrawiam - mający mnóstwo problemów na prawie UWr student
          • spieprzajacy_dziad Re: Znowu zapominamy o jednym ważnym aspekcie. 12.12.12, 09:11
            Pawle,
            zaintresowała mnie Twoja odpowiedź. brzmi całkiem sensownie, mam tylko jedno pytanie - czy podawanie studentom na tacy wykładu np. w formie pdf nie skutkuje aby tym, że oni zupełnie wyłączają myślenie i wiedzą, że przecież mają to na papierze. w takim przypadku pojawia się pytanie, po co wogóle chodzic na wykłady? przecież to jest "relikt kultu autorytetów profesorskich" i wystrczy kliknąć kilka rzy i oto mamy cały materiał na tacy (znaczy na ekranie) i to jeszcze w jakim wykonaniu!
            tu pojawia sie proste pytanie, co ma byc robione na wykładach? miła pogadanka, bo do tego się sprowadza wykład, który jest przekazany na pdf, czy może coś więcej.

            i dlaczego te robienie notatek jest tak demonizowane? czy aby jest to relikt? a może po prostu próbujesz sobie wytłumaczyć brak umiejętności ich sporządzania?
            pozdr
            • professional_scoffer Re: Znowu zapominamy o jednym ważnym aspekcie. 12.12.12, 20:48
              Twoja teza opiera się na archaicznym już założeniu, że wszyscy uczą się w ten sam sposób i jak każe się studenteom siedzieć jeden przy drugim jak kury na grzędzie to będą więcej myśleć i więcej się nauczą. Falsch!

              Nie! Nie będą więcej myśleć z prostego względu, że będą zajęci notowaniem. Nie da się robić dwóch rzeczy na raz.

              Dlaczego polskie uczelnie (jedne z najsłabszych na swiecie biorąc pod uwagę wielkość populacji) chcą uczyć lepszych jak powinien wyglądać wykład? Na zachodnich uczelniach nikt nie wymaga robić opasłych notatek ręcznie (!), bo to bezsens przy dzisiejszej technologii. Każda dziedzina jest opisana po tysiąc razy i to rola wykładowcy, aby daną wiedzę przefiltrował, skondensował i w możlliwie najefektywniejszej formie przekazał, a nie utrudniał wymagając notowania wykładu.

              Wykład ma być punktem wyjścia do zglębiania wiedzy z książek, publikacji, itp., a nie sam w sobie podręcznikem podanym w formie ustnej.

              Tu chodzi o sens, a nie o brak umiejętności, wytłumacz w takim razie do czego ta umiejętność notowania ma tobie się przydać. W pracy maile i raporty będziesz pisał na papierze i wysyłał przez gońca?
    • Gość: ymiat Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.dynamic.chello.pl 11.12.12, 21:43
      Powtarzające się egzaminy to jest dopiero horror! Czasami mam wrażenie, że profesorowie albo są niespełna rozumu albo robią pewne rzeczy świadomie. Na przykład dają takie same co roku strasznie trudne egzaminy na których wszyscy ściągają. Natomiast jeżeli ktoś nie ściągnie i będzie próbował uczyć się samodzielnie i nie zaliczy to czeka go później rozmowa w cztery oczy gdzie profesorowie pokazują już swoją kreatywność i zamęczy cie tak bardzo dopóki wszystkiego mu nie powiesz.
      Mam wrażenie, że takie zachowanie wynika z tego, że komisje sprawdzające wiedzę na uczelni patrzą przede wszystkim na prace uczniów i poziom tych prac. Mam zamiar to gdzieś zgłosić wyżej bo po prostu czuję się czasami oszukiwany, zmuszany do popełniania przestępstwa. Nikomu nie zależy na prawdziwej wiedzy studenta, na jakiejkolwiek sprawiedliwości na studiach. I nie chodzi już o to, że ci co ściągają to później sobie nie poradzą w życiu tylko o to, że uczciwemu człowiekowi na polskiej uczelni rzuca się tysiące więcej kłód pod nogi a chyba powinno być na odwrót.
      • Gość: kominiarz Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: 159.253.7.* 11.12.12, 22:21
        > Powtarzające się egzaminy to jest dopiero horror! Czasami mam wrażenie, że prof
        > esorowie albo są niespełna rozumu albo robią pewne rzeczy świadomie. Na przykła
        > d dają takie same co roku strasznie trudne egzaminy na których wszyscy ściągają

        > Natomiast jeżeli ktoś nie ściągnie i będzie próbował uczyć się samodzielnie i
        > nie zaliczy to czeka go później rozmowa w cztery oczy gdzie profesorowie pokaz
        > ują już swoją kreatywność i zamęczy cie tak bardzo dopóki wszystkiego mu nie po
        > wiesz.

        Znałem takiego idiotę. Co prawda nie był aż profesorem, ale bardzo możliwe, że od tego czasu
        już zdążył nim zostać, gdyż ambitny był bardzo.

        Otóż ze ściągająych studentów wyrastają ściągający profesorowie.
        On należał do takich. Ten kołek, zerżnął coś z zagranicznych publikacji co nie do końca rozumiał.

        Zadawał studentom prace pod swoje własne, kretyńskie rozumienie tego co tam kiedyś zerżnął.
        Nie sposób mu było przedstawić wyniki oparte na nie dających się obalić wyliczeniach,
        gdyż były one niezgodne z jego oczekiwaniami. Słusznością wyliczeń w ogóle się nie zajmował.

        Wrzeszczał wtedy i tupał i wściekle bronił swojej urażonej godności.
        Podejrzewałem, że ów cwaniaczek poniewczasie zorientował się co do swoich blędów ale nie mógł
        się już z nich wycofać, w obawie o utratę "twarzy", która coraz bardziej stawała się podobna do dupy szarlatana.

        Najlepsze oceny dostawali u niego oczywiście różni oszuści, którzy przedstawiali "słuszne" wyniki,
        chociaz z dupy wzięte.

        Ciekaw jestem co tam za ustrojstwa w Polsce się teraz buduje w oparciu o nauki tego geniusza.

        A może został on już zasłużonym "ekspertem smoleńskim" i odkrywa trotyle, rezonanse magnetyczne, wiatry kosmiczne i promieniowanie wier-tła?
    • Gość: kokosza nel Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne polski... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.12.12, 01:40
      "Najgorsze jest to, że bez większego problemu da się przejść z roku na rok na samych trójach. Okazuje się, że student, który ma same 3.0 i student, który ma same 5.0 skończą uczelnię i otrzymają dyplomy. Dobry student znajdzie sobie pracę w zawodzie, dzięki wiedzy, którą nabył na studiach. A student troszkę gorszy, dzięki znajomościom, też będzie pracował w zawodzie. Tylko czy ten sam dyplom będzie niósł za sobą taką samą wiedzę?"

      Troszkę się tu z Autorką nie zgodzę. Choćby dlatego, że wielu studentów poza nauką haruje, żeby się utrzymać i ciężko w takim przypadku mieć same piątki i być zawsze perfekt przygotowanym. Ja np. studiowałam swego czasu na "prestiżowym" UW, w tzw. międzyczasie wyprowadziłam się od rodziców i musiałam pracować. I często było tak, że od 8 do 16 byłam na zajęciach, potem 17-24 w pracy, a następnego dnia znów ćwiczenia o 8. Wiele razy nie przygotowywałam się do zajęć i nie byłam "pilna", były też momenty, że prowadziłam bujne życie nocne, a moja frekwencja na niektórych zajęciach wynosiła 50%. Ostatecznie miałam średnią 4,07 i nie uważam, żeby mniej niż tym z 5,0 należał mi się dyplom. A dlaczego? Bo teraz mam pracę zdobytą bez znajomości, odpowiadającą zrobionej specjalności i zainteresowaniom. A Ci, którzy wszystko wkuwali i byli na każdym wykładzie, zostali tam na magisterce i dalej nie poszli nawet na staż. Więc owszem, ten sam dyplom nie niesie ze sobą takiej samej wiedzy.

      Inna sprawa, że UW leci na opinii. Ciężko było się dostać, ale cokolwiek potem umieć również. Co mi po tym dyplomie, skoro i tak wszystkiego (nawet teorii) od początku uczyłam się w pracy? Nie pamiętam zbyt wielu wykładowców z pasją, jednocześnie umiejących zmusić studentów do nauki. Teraz jestem na SWPS (ponoć prywatna uczelnia = fabryka magistrów...) i nie mam czegoś takiego jak "nieobowiązkowy wykład", przez semestr napisałam więcej prac i przeczytałam więcej literatury niż przez całe 3 lata na UW. Na wykładach słucham z zainteresowaniem, nawet gdy slajdy są potem w internecie. Cały mój rocznik tak robi. I nie dlatego, że płacimy - po prostu mamy odczucie, że po coś tam przychodzimy. Może jednak wykładowcy inaczej podchodzą do pracy, bo m.in. im właśnie płacimy.

      Co do reszty mogę się z Autorką zgodzić - choć akurat kultura też nie ma dużo wspólnego z oceną na dyplomie.
    • Gość: Gosc Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: *.dyn.iinet.net.au 12.12.12, 10:42
      Skonczylem studia w rodowym kraju mojego syna (pierwszy fakultet w latach 90 a drugi siedem lat temu) i drukowane notatki z prawie wszystkich wykladow i cwiczen mozna bylo oficjalnie kupic za grosze od uniwersytetu albo za darmo sciagnac electronicznie. Pytania egzaminacyjne z poprzednich lat byly takze oficjalnie dostepne ale bardzo zadko sie powtarzaly a zatem stanowily taka sama pomoc jak cwiczenia drukowane w podrecznikach etc. Natomiast o sciaganiu normalny czlowiek nawet nie myslal bo po pierwsze bylo to prawie nie mozliwe - rozstawione stoliki i surowy nadzor (Examination Supervisors, czyli Invigilators) a grozilo wylotem z uczelni a w najlepszym wypadku strata roku.
      A umiejetnosc szybkiego notowania to jest teraz tylko wazna dla stenografow w sadzie.
      Merry Christmas
    • Gość: proste zkuteczne Re: Studenci vs. wykładowcy. "Grzechy główne pols IP: *.limes.com.pl 12.12.12, 11:02

      Poziom szkolnictwa wtym kraju jest własnie taki jak inni opisali dlatego studia to obecnie fabryki bezrobotnych!!Wprowadzic jak najszybciej platne studia jak na całym zachodzie!!Stypendia tylko za wyniki w nauce!! Poziom drastycznie sie wtedy podwyższy a pieniadze z podatków beda przeznaczone na wyposażenie i zatrudnianie wykładowców z prawdziwego zdarzenia.Wystarczy brac przykłady sprawdzone z zachodu nietylko wtedj dziedzinie ale w kazdej .A poprawi sie bezpieczeństwo na drgach oraz poziom zycia wszystkich .Tylko ze Politycy zadnego ugrupowania sie przed tym bronia bo by sie okazało ze sa niepotrzebni .
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka