Gość: grzesznik
IP: 62.233.201.*
17.02.05, 12:17
SZANOWNY PANIE PREZYDENCIE,
podaje link do artykułu o dramatycznej sytuacji Pani Anny
Walentynowicz.
Jest ciężko chora.Bez środków do życia.
Wiem,że Państwo jesteście pokłoceni.
Ale Pan-Mąz Stanu, katolik,Noblista,człowiek przebaczający po
chrześcijańsku i po męsku-wielkodusznie może warto jej po cichu
pomóc.Wykupic przez przyjaciół leki.Opłacić mieszkanie,pielęgniarke
jakąś rentę ufundować?Wstyd, że jak zwierzę kończy życie tak
zasłużona osoba.Samotnie.Bez nikogo bez SOLIDARNOŚCI.Pamiętam
Państwa z filmu Wajdy.Młoda,silna a teraz az smutno patrzeć.
Seredecznie pozdrawam i życze dużo zdrowia
Z poważaniem
Jan Skonieczny
"Walentynowicz opowiadała o szykanach, jakich doznawała od 1978 r. -
rewizjach i zatrzymaniach na 48 godzin, biciu.
- Nigdy nie dostałam dokumentu ani ustnej informacji, na jakiej
podstawie mnie zatrzymano. Nigdy nie okazano też nakazu rewizji -
podkreślała. Tajniacy przychodzili po nią po szóstej rano. Zawsze
coś z domu zabierali - jako dowód jej przestępstwa. Była
też "zgarniana siłą" z ulicy.
- Potem już nie liczyłam tych zatrzymań - mówiła przed sądem.
Zatrudniona w Stoczni Gdańskiej jako spawacz i operator urządzeń
dźwigowych była ciągle przenoszona na inne wydziały lub do
oddalonych o wiele kilometrów zakładów, aż wreszcie zwolniona z
pracy bez podania przyczyny - to właśnie w jej obronie w sierpniu
1980 r. rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej.
Anna Walentynowicz złożyła pozew do toruńskiego sądu w lipcu 2004
roku.
- Nie mam za co żyć, ciężko choruję i nie starcza mi nawet na
lekarstwa, a moi prześladowcy mają się bardzo dobrze -
argumentowała swoją decyzję w rozmowie z "Rz".
Grażyna Rakowicz, PAD
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050217/kraj/kraj_a_13.ht