Dodaj do ulubionych

Zbyt dużo bardów na raz

IP: *.chello.pl 07.09.08, 20:33
CO ZA ZENUJĄCA RELACJA

Zestaw iście imponujący, czemu więc frekwencja była tak marna? Ławki
Opery Leśnej świeciły pustkami, a w czasie kolejnych występów trudno
było nie zauważyć rosnącej liczby widzów opuszczających swoje
miejsca.
ps a MOŻE LUDZIE NIE DOROŚLI DO TEGO TYU IMPREZ? A MOZE SA TO IMPRZY
DLA MILOSNIKOW TEGO TYPU MUZYKI. PO CO PANI CHODZI NA TEGO TYPU
IMPREZY SKORO TEGO PANI NIE LUBI. ZA KARE Z REDAKCJI WYSLALI?
Z pewnością winą za taki stan rzeczy obarczać można organizatorów,
którzy po prostu "przedobrzyli" z ilością

ps A CZY NIE ZASTANAWIAŁA SIĘ NAD TYM PANI, ŻE W TEGO TYPU PLENEROWE
IMPREZY WPISANA JEST ROTACJA PUBLICZNOŚCI.

inna sprawa, że repertuar zaproszonych wykonawców był nieco
monotonny. Ironiczne, błyskotliwe teksty komentujące otaczającą nas
rzeczywistość to za mało, by przyciągnąć i zainteresować publiczność
przez czas dłuższy niż kilka kwadransów. W jednostajnej oprawie
gitarowych dźwięków wspomaganych czasem folkowym brzmieniem
akordeonu czy skrzypiec, nawet najlepszy tekst traci swoją siłę
oddziaływania.
- JEST TO TYPOWY BARDOWSKI AKOMPANIAMENT, POWINNA PANI O TYM WIEZIEŃ
WYBIERAJĄC SIĘ NA KONCERT !!!!

Druga sprawa to kwestia konferansjerki. Organizatorzy powierzyli
prowadzenie koncertów Arturowi Andrusowi i Andrzejowi
Poniedzielskiemu. Obaj panowie, obdarzeni rozbrajającym poczuciem
humoru, starali się jak mogli wprawić sopocką publiczność w dobry
nastrój. Momentami jednak spotkanie bardów zamieniało się w
przydługi recital duetu Andrus & Poniedzielski. Trudno było oprzeć
się wrażeniu, że dużo większą frajdę sprawia im prezentowanie
własnej twórczości niż zapowiadanie kolejnych artystów.
CO ZA BANAŁY I PUSTE FRAZESY !!!!!

Ci jednak widzowie, których nie znużyły występy długowłosych
pieśniarzy ani męczące wystąpienia konferansjerów, około godziny 23
otrzymali niezwykły prezent. Na scenie pojawiła się bowiem Phoebe
Killdeer wraz z zespołem The Short Straws, która sprawiła, że Opera
Leśna niemal eksplodowała od siły energetycznych, wypełnionych
rockową drapieżnością dźwięków. Pochodząca z Francji wokalistka
udowodniła, że jej nowy projekt w niczym nie ustępuje wcześniejszym
dokonaniom z grupą Novuelle Vague. Obdarzona mocnym i zmysłowym
głosem, a także niespotykaną osobowością sceniczną Killdeer dała w
Sopocie prawdziwy rockowy show. Szkoda, że publiczność nie wykazała
większego zainteresowania występem charyzmatycznej Francuzki. Ale z
drugiej strony trudno się dziwić - brzdąkanie melancholijnych bardów
w ilości, jaką zaserwowali nam organizatorzy sopockiej imprezy,
miało moc większą niż niejeden środek usypiający.

NO PROSZE I NA KONIEC ,,INTELIGENTNY" ŻARCIK


Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto
Obserwuj wątek
    • Gość: rybak Zbyt dużo bardów na raz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 08.09.08, 16:19
      Koncert super, po prostu niekompetentny człowiek mediów na imprezie. Szkoda, że sugerując się takimi relacjami władze miast odmawiają pomocy przy organizacji podobnych imprez, bo przeczytał, że było nudno. Róbmy tylko Hit festiwal cały rok, będzie wypas, a bardów i miłośników takiej muzyki do muzeum (nie obrażając tej ostatniej instytucji).
    • Gość: Roman Zbyt dużo bardów na raz IP: *.91.174.89.cable.satra.pl 08.09.08, 22:04
      ???? Cudowny koncert. Wciąż go przeżywając, czekałem na relacje
      prasowe. To, co napisała Pani Lamek, jest żenujące. Czy
      redakcji "Wyborczej" nie stać już na to, by selekcjonować swoich
      pracowników? Relacja tego typu powinna byc napisana przez osobę
      obiektywną i co najważniejsze, orientującą się w temacie. Ktoś, kto
      z założenia nie lubi tego typu muzyki i wrzuca różnych wykonawców do
      jednego worka "nudny facet z brodą i gitarą", nie jest uprawniony do
      wydawania opinii na łamach poczytnej gazety.
      Że koncert za długi? Chwała za to organizatorom, że udało im się
      zaprosić tylu tuzów gatunku. Nie trzeba było słuchać wszystkich, np.
      ja, gdy nie miałem ochoty kogoś słuchać, po prostu szedłem sobie na
      piwo z przyjaciółmi - po to jest ten lokal na dole opery.
      Było pięknie, i takie opinie słyszałem od ludzi wracających późną
      nocą do domów.
    • Gość: Marek Gazeta wyborcza dryfuje w kierunku szmatławca IP: *.chello.pl 09.09.08, 00:12
      Jak można publikować takie banały?
      No chyba, że mówimy o Fakcie....

      • antykret_live Re: Gazeta wyborcza dryfuje 09.09.08, 14:36
        To są chyba FAKTY WYBIORCZE... ;-))
    • Gość: Tolerancja Zbyt dużo bardów na raz IP: *.gprs.plus.pl 09.09.08, 01:14
      Arogancja "dziennikarki" nie do pobicia, taka bełkotliwa retoryka.
      Jezeli zabrakło pełnej publiczności przy tak bogatym programie, to
      przyczyna być może leży w marketingu, na pewno nie w imponującym
      nadmiarze wykonawców. (Podpowiadam odpowiedź na Pani pytanie).
      Z moich obserwacji: większość słuchaczy doczekala występu Killdeer,
      po dwóch utworach zaczęli licznie opuszczać widownie ( prawie
      wszyscy w wieku emerytalnym) czym nie byłam zdziwiona, ponieważ jej
      muzyka naprawdę fascynująca, była dla tych słuchaczy zbyt "inna" i
      głośna. Zgadzam sie, że występ Killdeer był prawdziwym wydarzeniem,
      muzycznie i choreograficznie z najwyższej europejskiej półki!
      Faktem pozostaje jednak, że publiczność wytrwała dzielnie i
      dobrowolnie 4 godziny przy ( jak to pani pisze) usypiającej
      brzdąkaninie Bardów, a nie wykazała ( szkoda) większego
      zainteresowania Killdeer. To zarzut własciwie do kogo? do Bardów,
      że nie odpowiadają Pani muzycznym gustom, czy do "niewyrobionej"
      publiczności,która wychodząc z Killdeer, rozczarowała Panią?
      To był dobry koncert Bardów! Killdeer zasługuje na osobny wielki
      koncert w Trójmieście. Zapełni każdą salę. To jednak dalej nie
      uczyni jej miarą dla dokonań wszystkich innych artystów, dla których
      ewidentnie TA publiczność przyszła. Mentalnie przygotowana
      na "brzdąkanie melancholijnych Bardów", do których Pani ma
      prywatno - muzyczne uprzedzenie,o czym świadczy deprecjonujący dobór
      określeń(brzdąkanie)do wykonawców, którzy swój fach studiowali.

      Szkoda,że nie zauważyła pani, iż konferansjerzy nie mieli zbytniej
      frajdy z prezentowania własnej twórczości, a okazali prawdziwy
      profesjonalizm bawiąc publiczność w przerwach, które z technicznych
      powodów przedłużały się. Publiczność bawiła się świetnie.
      Nie wiem dlaczego odnoszę wrażenie,iż jest Pani nietolerancyjnie
      zgryźliwą istotką, zbyt szybko wydającą, pozbawione wdzięku
      prawdziwej recenzji - opinie. Wypisała Pani swoje prywatne
      rozczarowanie, nie akceptując faktu, iż większość zgromadzonej
      publiczności przyszła właśnie na "ironicznie błyskotliwe", oraz
      pełne zadumy i tęsknoty teksty wyrażające delikatność uczuć, tonów,
      wartość słowa bez wrzasku i nachalności. Nie miałabym Pani za złe
      jej prywatnych opinii ( szanuję je,są jakie są, w przypadku
      Killdeer podzielam ), gdyby ich Pani w apodyktyczny i niedelikatny
      sposób nie narzucała wszystkim czytelnikom, dyskredytując całą
      imprezę !!!
      Byłam na tym koncercie. Był maratonem - owszem, ale ze względu na
      jego różnorodność zostałam do końca i w niczym nie podzielam Pani
      nieprzemyślanych ( sfrustrowanych)poglądów, które z obiektywną
      obserwacją mają mało wspólnego.

      L.K



      • konst.ancja Re: Zbyt dużo banałów na raz 09.09.08, 11:31
        Spoko! Każda recenzja jest subiektywna, również widzów. Uważam, że
        po 6-ciu godzinach impreza się rozlazła. Ja wytrwałam do północy,
        czekając na Kleyffa i Możdżera. Ale się nie doczekałam, ogłuszona
        rockową grupą z Francji, która bardzo ciekawa, ale nie na ten
        festiwal i nie dla tej publiczności. Mnóstwo osób wyszło, bo nie
        tego przyszło tu posłuchac. Poza tym prawie każdy bard był
        zagłuszany przez swoja własną kapelę - czy akustyk BARTu jest
        głuchy?! Jak tak pójdzie dalej, to następny meeting może się nie
        odbyc, bo przyjdzie jeszcze mniej osób, i "nie bedzie się opłacało".
        A to wina organizacyjnych niedoróbek: za mało plakatów na mieście,
        za dużo hałasu zamist dobrych tekstów, zbyt wielu farbowanych
        bardów, dłużyzny i przestoje. To mozna było lepiej dopracowac, ale
        organizatorzy się chyba nie napracowali... Widmo PRLu wciąz krąży
        nad BARTem... ;-))
    • Gość: wiktor Zbyt dużo bardów na raz IP: *.chello.pl 09.09.08, 12:04
      Nie zgadzam się.
      Owszem recenzja może być subiektywna, ale podparta, rzetelną
      znajomością tematu i argumentami, a tej Pani tego najwyraźniej
      brakuje. Niestety nie mogłem być na koncercie, stąd czekałem na
      relacje... i się niestety doczekałem. Czytam m.in.
      było ,,pobrzdękiwanie'. Kojarzy sie raczej pejoratywnie, ale o co
      chodzi? fałszowali, grali nierowno?
      Na mój gust dziennikarka czując się zagubiona w temacie postanowiła
      się ,,dopiec organizatorom" (ale czy słusznie? przecież to była
      plenerowa impreza). Żal.
      • antykret_live Re: Zbyt dużo bardów na raz 09.09.08, 14:34
        A z czym sie nie zgadzasz? I a propos czego ten twoj post?
        Relacji jest mało, bo profesjonalisci musieliby napisac negatywnie o
        organizacyjnych niedoróbkach, których było duzo. Więc nie chcieli
        sie tego podjąć... A żaden zawodowiec nie będzie robił ludziom wody
        z mózgu.
    • Gość: zjadacz mrówek Zbyt dużo bardów na raz IP: *.witnet.pl 09.09.08, 21:42
      A ja nie wiem o co takie halo. Poszedłem ze względu na Na Zdrowie
      (uwielbiam to głaskanie dźwięków, stara miłość) i Możdżera (ciekawym
      był co też tam wymodził na taką okoliczność), ale też z ciekawości.
      Niestety jak dla mnie wyprawa okazała się poprostu męcząca. Pierwsze
      cztery występy przeżyłem w całkiem niezłej formie będąc, ale im
      dalej tym gorzej. Szybko ruszyłem na dół pod namioty z piffkiem aby
      się nieco odprężyć, rozmasować ścierpłe nogi i dać odpocząć pupie.
      Wracałem z naprawdę dobrymi chęciami, lecz pozytywne nastawienie
      szybko mi się rozwiało. Repertuar muzycznie łudząco podobny u
      wszystkich niemalże (wiem, wiem, kwestia osłuchania), wywołał u mnie
      tylko irytację, przez co nie mogłem się odpowiednio skupić na
      warstwie tekstowej, przez co poirytowałem się jeszcze bardziej.
      czekając na Na Zdrowie i Możdżera nie było ratunku tylko siedzieć,
      zalać się w trupa, lub pobawić się w obswrwacje i czekać na jakieś
      spektakularne wpadki (żeby było wesoło, a co). W tym miejscu warto
      odwołać się do relacji, bo z tego siedzenia zapamiętałem trochę
      rzeczy, otóż:
      monotonia? pisałem wyżej, zgadzam się w pełni.

      długość? krótko: m a r a t o n, może gdybym wcześniej znał
      program poszedłbym na póżniejszą godzinę, ale ciekaw byłem bardziej
      bardów naszych polskich, pięknych, uduchowionych (swoją drogą po
      wejściu nie było już ratunku, po wyjściu z imprezy nie można było
      wpaść znowu za 2-3 godzinki).

      organizacja? były jakieś powtarzające się problemy techniczne i
      przedłużające się przerwy, lecz myślę że jest to nie do uniknięcia
      przy takiej ilości artystów, dźwiękowiec też chyba nie przejął się
      zbytnio swoją pracą (ale ja się w sumie nie znam, więc czepiać się
      nie b ędę). Red. Lamek miała prawo to wytknąć, chociaż ja bym nie
      płakał z tego powodu łzami rzewnemi)

      Andrus i Poniedzielski? hehehehe, z początku ten pierwszy niezbyt
      przekonany się wydawał, drugi zaś powtarzał jakieś wiersze i gagi
      znane mi już z innych imprez (iven in televiżon), ale w miarę upływu
      czasu robiło się coraz lepiej, i lepiej i lepiej, aż w koncu
      obstawiałem w myślach czy Poniedzielski wywróci się na schodkach,
      czy nie. Mniej więcej w połowie maratonu bardów byli tacy jak lubię
      ich najbardziej, jeden pozornie spięty, lecz czujny, czekający tylko
      na moment aby dowcipnie coś skomentować, rzucić niespodziewane
      pytanie (Andrus - śpiewał też ładnie), drugi jak zwykle z tą
      swoją "leniwą" elokwencją, mistrz ciętej riposty i trafnych
      diagnoz:) heh, lubię ten duet, chociaż to perwersyjny mój z nimi
      związek.
      Ostatnia rzecz do skomentowania to cel jaki miał przyświecać
      organizacji tej imprezy. Przed "meetingiem" słyszałem, że
      organizatorzy za jeden ze swoich celów stawiają
      propagowanie "bardyzmu" w społeczeństwie naszym pięknym a zacnym.
      Nie sądzę aby to zostało osiągnięte, za długie, za monotonne (przez
      co nie dało się skupić na tekście) i jakieś takie bez rozgłosu.

      Short Straws? Tu się zgadzam z red. Lamek, że byli najmocniejszym
      punktem programu. Poszedłem na bardów, a za najlepsze i godne
      trzymania w pamięci to właśnie ten koncert uważam. Zespół nie był mi
      znany wcześniej i może dlatego że nie wiedziałem czego się
      spodziewać tak mnie zaskoczył. Bardzo silny głos damski w znakomitej
      oprawie muzycznej był tak niewiarygodnie nie na miejscu. Bardzo nie
      pasował do do całości repertuaru. Nie wiem czy był to zgrzyt
      zaplanowany, czy nie, ale wyszedł temu festiwalowi bardzo na
      zdrowie. Byli świetni. Może właśnie dlatego trochę za nerwowo
      zareagowałem na kolejnego instalującego się barda, poprostu
      poszedłem do domu.
      Na Zdrowie już nie miałem zdrowia czekać.

      Tegoroczne wydanie - bo mam jednak nadzieję na następne - było
      zdecydowanie dla fanów gatunku, nawet powyżej wspomniana grupa
      francuzów nie dała rady tego zmienić (też dlatego że niektórzy
      widzowie nie doczekali). Pani Lamek zdaje się tylko nie dostrzegać,
      że zdecydowana większość widzów wiedziała na co przychodzi i zapewne
      spodziewała się mniej więcej tego, co właśnie dostała. Mojej osobie
      jednak było za ciężko doczekać końcowych występów. spałem za to jak
      dziecko.

      • konst.ancja Re: Zbyt dużo bardów na raz 10.09.08, 13:56
        > Tegoroczne wydanie - bo mam jednak nadzieję na następne - było
        zdecydowanie dla fanów gatunku, nawet powyżej wspomniana grupa
        francuzów nie dała rady tego zmienić (też dlatego że niektórzy
        widzowie nie doczekali).
        No własnie, grupa francuska (wokalistka pochodzenia australijskiego)
        wypłoszyła tę część publiczności, która zdecydowanie chciała
        posłuchac bardów, a nie rocka (w dodatku ogłuszającego). Po jej
        wystepie zostało chyba tylko 300-400 osób dla nastepnych wykonawców,
        w tym Kleyffa i Możdzera. Mogli więc poczuc się "wykolegowani".

        > zdecydowana większość widzów wiedziała na co przychodzi i zapewne
        spodziewała się mniej więcej tego, co właśnie dostała.
        Mniej więcej tak, ale nie aż takiego maratonu, który wynikał w duzej
        mierze z błędów organizacyjnych.

        > Mojej osobie jednak było za ciężko doczekać końcowych występów.
        Podobnie jak i pozostałemu tysiącowi osób, które tam przyszły z
        nadzieją, że dotrwaja do końca.
    • Gość: bordo Zbyt dużo bardów na raz IP: *.chello.pl 13.09.08, 15:05
      Jeżeli ciężko Ci jest doczekać, to w czym problem?
      Chyba nietrudno jest zmyć się z opery leśnej.
      niektórym jednak chciało się doczekać bo wiedzą w czym rzecz i odpowiadają im te
      klimaty. Byłem na bardach pół godziny i był t przyjemnie spędzony czas.
      PS nie jestem w stanie doczekać również do końca koncertu np. ich trzech i dody,
      tak, jak i zazwyczaj dobrego koncertu jazzowego (bo jazz mi nie podchodzi). CO
      nie znaczy że trzeba jednych i drugich wrzucać do jednego wora.
      • Gość: witek kiedy znow koncerty bardowskie IP: *.chello.pl 25.09.08, 00:23
        kiedy znow będą koncerty bardowskie?
        • Gość: xyz Re: kiedy znow koncerty bardowskie IP: *.chello.pl 26.09.08, 05:06
          za rok głąbie
    • Gość: Jan Kondrak Zbyt dużo bardów na raz IP: *.chello.pl 26.09.08, 09:45
      Tekst Kwartalnika "Piosenka"

      Kultura narodowa, podobnie jak gospodarka, potrzebuje zrównoważonego rozwoju.
      Czyli wolności, wielonurtowości i różnorodności. Dominacja np. formuły
      ludycznej zgraża rozwojowi form wysokich, skierowanych do mniejszości, ale
      dających produkt w pełni artystyczny, którego immanentnym składnikiem jest
      oryginalność. Oryginalność skierowana nie tylko na emoje, lecz i na intelekt.
      Cokolwiek by mówić o twórcach, półwiecznego ledwie, ruchu bardowskiego w
      Polsce, to trzeba stwierdzić, że "niepodległość estetyczna" oferty jest tu
      niemal stuprocentowa. Brakuje jedynie odpowiedniej obecności zjawiska w
      mediach, a przecież w sąsiednich Czechach jest zupełnie inaczej.

      Takiego koncertu jak "Sopot Bards Meeting" jeszcze nie było. Owszem, były
      wydarzenia wielkie i legendarne jak Festiwal Piosenki Prawadziwej, ale tam
      wykonawcy byli wyłącznie krajowi. Są festiwale z bardzo liczną widownią: w
      Krakowie (Studencki Festiwal Piosenki) i we Wrocławiu (Przegląd Piosenki
      Aktorskiej), ale tam wystepują w bardowskim repertuarze znani aktorzy i
      estradowcy. Jest typowo bardowski festiwal Bieszczadzkie Anioły, który
      gromadzi od 8 do 14 tysięcy ludzi na widowni, ale warunki występowania i
      uczestnictwa są spartańskie. Słowem, to co się zdarzyło, mogło się stać tylko
      w Sopocie. Tu polskim bardom po raz pierwszy dano nobilitującą scenę Opery
      Leśnej, perfekcyjne nagłośnienie i organizację, wreszcie - odpowiednią oprawę
      scenograficzną i świetlną. Po raz pierwszy dano też kontekst zagraniczny. Na
      piętnastu wykonawców - czworo to obcokrajowcy. To ważne. Niezbędne dla rozwoju
      – konfrontacja i wymiana doświadczeń ludzi z odległych nieraz kontynentów
      (Phoebe Killdeer - Australia i Daniel Mostovoy – USA). Stąd też i angielska
      nazwa imprezy jest dobrze umotywowana, otwierająca wrota na świat.

      Wilele tygodni przed spotkaniem pojawiły się plakaty w różnych miastach.
      Począwszy od Cisnej. Centrum Warszawy było pełne Sopotu. W eterze co chwilę
      ktoś zapraszał na SBM. Najwiekszą aktywność przejawiały Trójka i I Program PR.
      Ośrodki regionalne powtarzały wieści. Gazety regionalne annonsowały wyjazd
      swoich reprezentantów. Wreszcie było jak powinno i tylko telewizji trochę
      zabrakło.
      Zaczęło się niemal punktualnie o 17.00. Ponad tysięczną widownię zaproszonych
      i "zabiletowanych" uczestników powitał znakomity duet konferansjerów: Artur
      Andrus i Andrzej Poniedzielski. Ich obecność do końca wywoływała salwy
      śmiechu. Dobra zabawa i błyskotliwa inteligencja prowadzących pozwalała
      instalować się kolejnym zespołom w sposób niezauważalny.
      Niektórych widzów, pamiętających początki bardowania w kraju, pewnie dziwiło
      nieco, że bard posługuje się wpółcześnie rozbudowanym instrumentarium. Było
      tak aż w czternastu przypadkach. Zespoły liczyły od trzech do sześciu muzyków.
      Najczęściej dobrych instrumentalistów o jazzowych korzeniach. Gitara klasyczna
      została całkowicie wyparta z użytku. Zastapiła ją gitara elektryczna i
      elektroakustyczna. Zauważalna jest silna ekspansja akordeonu i instrumentów
      klawiszowych. Prawie wszyscy używają basu i perkusji. Pojawiły się egzotyczne
      instrumenty (niezwykłe perkusyjne utensylia - Phoebe Killdeer, cymbały - Tomaš
      Kočko, mandolina elektryczna – Daniel Mostovoy).
      Tematyka tekstów bardowskich powinna programowo dotykać spraw politycznych i
      społecznych. Tu zauważamy pewnego rodzaju odejście od tradycji. Większość
      wykonawców nie uznała bieżącego czasu za wyzwanie i zwróciła się w stronę
      liryki osobistej. Nurt zaangażowania podtrzymali udatnie Grzegorz Bukała,
      Tomasz Olszewski, Antoni Muracki i Piotr Bakal. Poziom tekstów: od
      przyzwoitego na ogół, aż do wybitnego (Andrzej Garczarek).
      Inny znacznie niż przed laty jest image barda. Raczej stoi przed widownią, a
      nie siedzi. Chętniej nawiązuje kontakt słowny (Garczarek, Bukała, Muracki).
      Zapowiedzi ma przygotowane i dba o strój, przeważnie utrzymany w klasycznej
      elegancji. Pomimo iż kluczem do zaproszenia była metryka, lata debiutu
      czterdzieści i trzydzieści lat temu, najstarsze pokolenie bardów zadziwiało
      siłą głosów i sprawnością wokalną (Krzysztoń, Bukała, Gałązka, Kleyff).
      Wielką klasę pokazała gwiazda wieczoru, wspominana już Phoebe Killdeer. Obok
      niezwykłej urody skomplikowanych utworów, wokalnego mistrzostwa porównywalnego
      do klasy Bjork, pokazała teatralizację występu rodem z Toma Waitsa. To jakość
      u nas niespotykana, bo nieobecna w tradycji. Nowe pokolenie, to z bieżącego
      wieku, z pewnością nawiąże do tej stylistyki. Debiutująca w ubiegłym roku
      Gabriela Lencka, której występ w Sopocie jest zapowiedziany na pażdziernik,
      idzie dokładnie w tym kierunku.
      Cudownym ornamentem był występ Leszka Możdżera. Jego udział miał charakter
      podwójnie ważny. Symbolizował tradycyjne związki poezji i muzyki jazzowej i
      zapowiadał łączenia tych dwóch światów w przyszłości. To dobry i inspirujący
      związek. Możdżer zagrał temat jednego z hymnów bardowskich, czyli "Imagine"
      Johna Lennona. Wielce czarowna to była robota, a nawiązując do tytułu utworu –
      wyobrażam sobie bez trudu szybką progresję "Sopot Bards Meeting" do rangi
      pierwszorzędnego, europejskiego wydarzenia. W Sopocie może się to udać.
      Jako wykonawca, a przede wszystkim jako obserwator imprezy z ramienia redakcji
      pisma "Piosenka", mogę jedynie pogratulować władzom miasta imprezy,
      podziękować za wsparcie finansowe, patronom honorowym pokłonić się za wsparcie
      duchowe i pozazdrościć tym, którzy zagrają w latach następnych na tej
      wyjątkowej ze wszechmiar imprezie.

      Jan Kondrak
    • Gość: tymon Zbyt dużo bardów na raz IP: *.chello.pl 26.09.08, 12:59
      A to opinia Tymanskiego, równiez na łamach GWT, która potwierdza poziom imprezy.

      Sopot Bard Meeting
      Tymon Tymański
      2008-09-12, ostatnia aktualizacja 2008-09-12 12:14
      W zeszłą sobotę w sopockiej Operze Leśnej odbył się jednodniowy festiwal pt.
      "Sopot Bard Meeting".
      Zobacz powiekszenie
      fot. Rafal Malko / AG
      W zeszłą sobotę w sopockiej Operze Leśnej odbył się jednodniowy festiwal pt.
      "Sopot Bard Meeting", na którym nie zabrakło czołowych reprezentantów polskiej
      sceny piosenki autorskiej -Jacka Kleyffa, Andrzeja Garczarka, Marka Gałązki,
      Jerzego Stachury czy Tomka Olszewskiego. Na okrasę publiczność usłyszała
      krótki recital amerykańsko- rosyjskiego kompozytora i autora tekstów Daniela
      Mostovoya (Daniel urodził się w Moskwie, jednak większość życia spędził w
      Bostonie; jego muzyka łączy słowiańską wrażliwość z amerykańską tradycją
      folkową) oraz koncert australijskiej artystki Phoebe Killdeer. Występ Killdeer
      przyćmił pozostałe -Australijka dała znakomity rockowy show, wzbogacony
      elementami metafizycznej kameralistyki. Jej osobista interpretacja i frenetyzm
      sceniczny przywołały pamięć Janis Joplin, chociaż muzycznie bliżej jej do
      Nicka Cave'a z jego Bad Seeds. Publiczność, która niezbyt licznie zgromadziła
      się pod dachem Opery, miała okazję uczestniczyć w wieczorze pełnym
      różnorodności i muzycznej magii.

      Oglądając koncerty bardów, nie mogłem opędzić się od przeróżnych, gorzkich
      myśli. Opadają ręce, kiedy człowiek przeanalizuje, jaką promocję i frekwencję,
      miały trzy poprzednie, tegoroczne sopockie festiwale - imprezy Polsatu, TVN-u
      oraz TOPtrendy. Abstrahując od tego, że w większości propagowały szmirę,
      tandetę i kicz (nieodłączną dekorację sopockich imprez masowych), doczekały
      się eleganckiej, telewizyjnej oprawy i kubłów zimnej wody w radiu i prasie.
      Wydaje się, że taki stan rzeczy jest kontynuacją myśli poprzedniego systemu:
      "pokażmy ludziom najgorsze badziewie i przekonajmy ich, że oglądają światowy
      festiwal".

      Medialni bonzowie, mistrzowie manipulacyjnej maestrii, usiłują udowodnić, że
      kreują żenującej klasy widowiska na specjalne życzenie tępego tłumu, którego
      jedynym marzeniem jest zapaść się w fotel przed telewizorem, zapchać kałdun
      syntetyczną paszą i zapaść w kolorowy, bukoliczny sen Jest to o tyle nie fair,
      że serwując rozrywkowe pomyje (bo rozrywka potrafi być przecież znakomita:
      choćby koncerty Madonny czy Prince'a), nie daje się tym ludziom wyboru.
      Molestując ich mentalnie dziesiątkami gó...anych seriali, rewiowych programów
      i wątpliwej jakości muzycznych widowisk i bezpardonowo rywalizując o tzw.
      oglądalność, polskie telewizje - zamiast przyczynić się do edukacji i
      kulturalnej inspiracji - zakładają Polakom głęboko na oczy czapy ze starymi
      śledziami. Trudno się dziwić, że nikt tu się nie zna na muzyce, skoro zewsząd
      atakuje najgorszy chłam, który w krajach cywilizowanych nie dostałby po prostu
      atestu. Dużo się dziś mówi obudowie dróg, stadionów, hoteli i lotnisk - do
      przyszłego użytkowania dla seryjnie wyprodukowanych, muzycznych matołów.
      Powiem paskudną, obiegową rzecz: toż to za komuny było lepiej. Owszem,
      królowało badziewie, ale i Sztuka coś znaczyła: była potrzebna, istotna,
      eksponowana. Dzisiaj - jak w przypadku bardowskiego festiwalu - zamiata się ją
      pod dywan i tyle.

      Poleć znajomemu Wydrukuj Podyskutuj na forum
      Brak komentarzy
      Dodaj swój komentarz »
      miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35635,5688047,Sopot_Bard_Meeting.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka