Dodaj do ulubionych

Globalny kalejdoskop

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.08.09, 14:47
Globalny kalejdos...Kop!


Stojąc na peronie dworca gdy słyszę informacje wydobywające się przez głośnik
o ruchu pociągów przyjmuję to jako fakt do którego chcąc nie chcąc muszę i mam
zaufanie. Przeglądając gazetę na tymże peronie - lokalne informacje jawią się
(skoro poszły do druku) jako sprawdzony w miarę pewnik. Chyba że...trafię w
niej na tekst Przemka Guldy sprzed paru dni umieszczony w Gazecie Wyborczej
będący recenzją Globaltiki pod znamiennym tytułem „Globalny kalejdoskop”...hm.
O jakiej globalizacji drogi redaktorze mi mówisz...Don’t Funk Me...te słowa
mógłby wypowiedzieć George Clinton na Globaltice ale nie powie ponieważ w
wyobraźni redaktora występuje jako brodaty stary dziad prosto z dżungli by nie
powiedzieć śmielej z drzewa...tak...tak. Przytaczam oryginalny tekst:
„...Organizatorzy zdecydowali się bowiem wyjść poza schemat imprezy, podczas
której prezentowali się stereotypowi wykonawcy muzyki world czy etno (a tacy
właśnie pojawiali się na poprzednich edycjach festiwalu): wyciągniętego gdzieś
ze środka dżungli czy obsypanej piaskiem jurty, brodatego muzyka z jak
najbardziej dziwacznym instrumentem w ręce.”...jeżeli taka informacja
pojawiłaby się przypuśćmy w takim Londynie albo Paryżu i nie neguję w tym
miejscu prawa do wypowiadania własnego zdania to niewątpliwie w tak pięknie
nazwanym „Globalnym Kalejdoskopie” niejednemu by żyłka na skroni pękła, gula
skoczyła a ulice spłynęły by krwią męczenników. Odbyłoby się to na peryferiach
miast gdzie została zepchnięta biedota z długimi siwymi brodami, których żadne
nożyczki nigdy nie dotknęły. A w tych jurtach gdzie piją sobie herbatkę (z
dodatkiem masła z mleka jaka) niejednemu by się przykro zrobiło, że jego
kultura co najwyżej jest akceptowana jako ludowe uzupełnienie Supremacji
kultury zachodniej z najważniejszym jej osiągnięciem indie rockiem. Te typy z
tymi dziwacznymi pogiętymi „instrumentami” w stylu „a kysz i skuś baba na
dziada” dla pana redaktora są bardzo męczący i jak pan w tekście zauważył
cytuję; „To prawda: piątkowy występ Afrykańczyków porwał publiczność do
niby-etnicznych tańców na trawie pod sceną, ale - całe szczęście - był jedynym
koncertem tego typu podczas festiwalu. Impreza nie miała szans zamienić się w
przegląd muzyki egzotycznej...”. Nie wiem dlaczego te tańce mają być
niby-etniczne i na trawie. Czy chodzi tu redaktorowi o coś zielonego co się
depcze czy też może pali. Ja generalnie nie mam nic do tańców na trawie w
miłym towarzystwie i sądzę, że znalazłoby się trochę więcej amatorów takiego
tańca w Polsce i należy dać im szansę. A może pobudować jakieś zamknięte
etno-kluby, z których na zewnątrz po przymusowym wygłuszeniu nie dobiegałby
żaden niby-etniczny dźwięk. Jak Morloki i Eloje u Welles’a. Morloki zarośnięte
w swoich wilgotnych etno-jaskiniach brzdąkający na dziwacznych instrumentach i
Eloje na górze gdzie jest słońce, miło i sympatycznie. Wszyscy blondyni i do
tego delikatnie w tle sączące się jakieś electro z delikatną nutą britpop.
Taka niezakłócona etno-sielanka...a w tle olbrzymi napis „To Jest Rasizm
Intelektualny” powieszony przez Morloków pod osłoną nocy. Eloje jeszcze tego
nie widziały, śpią smacznie po swojej
techno-indie-mmm imprezie. Ale kiedy się zbudzą i go odkryją zapewnią:
„...Jeśli w przyszłym roku organizatorzy zrobią kolejne, równie odważne, kroki
w tą samą stronę, jeśli chodzi o programowy aspekt imprezy, Globaltica powinna
stać się jednym z najciekawszych w Polsce, a może i w Europie, kameralnych
festiwali muzyki o etnicznych korzeniach. Hurrrra. Sukces...ale drogi
redaktorze piwo bezalkoholowe już jest!!! Etno bez etno to jak popularne
napoje chłodzące w formule „ligt”, jak papierosy hiper light. Po co oszukiwać
ludzi. Powiedzmy otwarcie. Jeśli czytam: „...Jedyny wykonawca w tegorocznym
programie, który był blisko kliszy dotyczącej world music, to Bassekou Kouyate
i jego kilkuosobowa grupa malijskich ngonistów (ngoni to afrykański
odpowiednik liry)” to w przyszłym roku można się spodziewać „bardzo
kameralnych” korzeni etnicznych...wow. Panie Przemku....jeździ Pan dużo po
świecie. Będąc doktorantem i historykiem posiada Pan wiedzę, że w sztuce i w
życiu wszystko jest wymieszane jak sól i pieprz, ból i radość. I nawet
jakbyśmy się skichali stawiając na radość to ból nas prędzej czy później
dopadnie. Od dawna Pan deklaruje niechęć do wszelkich objawów muzyki
etnicznej- zacytuje tu pana słynne sformułowanie „...po co sprowadzać
kolejnych podstarzałych etnobębniarzy”...a mowa była o Burning Spearze
(niekwestionowanym na całym świecie autorytecie muzyki reggae) i z tego roku:
„...bo w zasadzie cała reszta wykonawców do tego rodzaju tradycji podchodziła
w zupełnie inny sposób niż artyści z Mali.”...czyli lepiej. Jeżeli wirtuoz
liry afrykańskiej wydaje się panu niegodny występów na Globaltice to ja radzę
udać się na pielgrzymkę do Addis Abeby albo w ramach resocjalizacji zamieszkać
na rok w jurcie (nie mylić z Juratą). Zaręczam, że być może „syndrom
sztokholmski” albo prostota pejzażu w owej jurcie niewątpliwie odmienią
oblicze pana wizji świata i indie-rock stanie się tylko skromną cząstką
bogatej złożoności globalnej kultury. Czego życzę panu z całego mojego
etno-niby-serca.
W zasadzie dziwię się bo tak łatwo Pan się podłożył. Widocznie te wszech
galaktyczne openery osłabiły Pana czujność. Użyłem słowa „rasizm
intelektualny” i nie bez przyczyny.
Pracuje pan w Gazecie, która upraszczając jest jedną z tych bardziej
poczytnych w trójmieście. Ma Pan swoje zdanie...ok...ale pragnę zauważyć, że
dla większości czytelników i tych lokalnych i tych przyjezdnych informacja o
kulturze podana przez gazetę, w której pan pisze jest jak ten głośnik na
peronie....lud to kupuje jak info o pogodzie i zmianach cen walut. Tak więc
kwestia po co nam dziad brodaty z kijkiem...przyznajmy „trochę razi” prowadzi
do: „...od dziś panów niezapraszamy”. Amnesty International zachęcające do
udziału w swoich kampaniach na rzecz uwolnienia więźniów politycznych na
festiwalu Globaltica powinno się mocno zastanowić czy brać udział w imprezie
na którą nie będzie wykonawców z Afryki, Chin, Azji, Grenlandii...itd.
Oszukali ich biali. Współczuję redakcji, że doprawdy zmusza Pana Przemka do
pisania recenzji z festiwali o brrr etnicznych korzeniach. Taka męka musi być
jak palące słońce namibijskiej pustyni, jak wielotygodniowe ulewne deszcze
monsunowe. Po co wydawać redaktora Przemka na etno-tortury. Może niech pisze o
tym co lubi a inny ktoś może rzetelnie poda hipotetyczne etno-informacje. Tak
więc nie mówcie nam, że World Music bye bye i jest passe. Kolejne klony
festiwali z muzyką zachodnią nas wykończą i dostaniemy wtedy trzecią parę
tablic od brata Mojżesza. Potop nam nie zagrozi bo od ostatniego razu
poprawiliśmy metody utrzymywania się na powierzchni....ale może tak ponowna
plaga żab albo deszcz siarki na plenerowym festiwalu z dużym marketingiem. To
byłby odjazd. Kończąc zachęcam redaktora Przemka do zorganizowania wspólnie
festiwalu z księdzem Rydzykiem gdzie żaden niedomyty muzyk nie będzie miał
wstępu na scenę, Nawoływanie podprogowe do segregacji powinno być prawem
zabronione i każda gazeta powinna wcześniej zastanowić się co drukuje.
Obserwuj wątek
    • Gość: jacek staniszewski Globalny kalejdoskop IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.08.09, 14:48
      Wyciągnięty

      Panie Przemku jeżeli nie dostrzega pan w swoim tekście ewidentnych
      „niezręczności” to idźmy dalej. Użyty przez pana zwrot „...wyciągniętego
      gdzieś ze środka dżungli” jest jak najbardziej rasistowski. Wyciągnięcie z
      dżungli kiedyś oznaczało porwanie. Masowo „wyciągano” z Afryki by później na
      porwanych zbudować systemy oparte na niewolnictwie i segregacji rasowej. Znamy
      to osobiście jako swego czasu „podludzie”. Pan posługuje się innym odcieniem
      tego słowa...wyciągnięty by mu zrobić „dobrze”...by pokazać jak można lepiej
      zorganizować na wyższym poziomie swoje życie. Dżungla to w świadomości masowej
      miejsce pobytu dzikich zwierząt ew. ludów bardzo pierwotnych gdzie brak prądu
      i ciepłej wody uniemożliwia golenie się...aż strach tam wchodzić. No więc z
      takiej to dżungli wyciągamy owego „artystę” brodacza z jakimś dziwnym
      instrumentem a potem narzekamy, że „...stereotypowi wykonawcy muzyki world
      czy etno”, „...był blisko kliszy dotyczącej world music” A jaki on ma być
      zapytuję się redaktora Guldę. Jeżeli jest...nie z własnego wyboru powiedzmy
      Aborygenem to niech mi redaktor powie jak ma wyglądać?. Czy to, że jego rysy
      są bardzo odmienne od naszych zachodnio-europejskich...czy to, że od dziecka
      obserwował jak jego rodzice starają się żyć w poszanowaniu i kultywowaniu
      własnej kultury przekazanej im przez poprzednie pokolenia by samemu później
      „obkleić się watą” i na wystruganej z drewna rurze grać dziwne gardłowe
      dźwięki...do tego nago. Czy taki występ powiela kliszę czy też nie?
      Czy brodacz powinien się zjawić w jakiejś markowej hip=hopowej bluzie z
      widocznym mimo zarostu wystylizowanym tatuażem na twarzy....czy też jednak
      wersja oryginalna nienaruszona żadnym postmodernizmem jest właściwa. Czy góral
      w swoim regionalnym stroju też jest nie do zaakceptowania bo zbyt
      „staroświecki” i niezbyt „trendy”. Proszę na chwilę zamknąć oczy i wyobrazić
      sobie zespół z Mali. Pewnego dnia dostają zaproszenie do kraju dość
      „egzotycznego” Polski. Będąc osobami bardzo grzecznymi przyjmują na siebie
      występ niczym misję przekazania poufnych informacji o swojej kulturze. Stają
      na scenie w Gdyni w swoich najpiękniejszych strojach....każdy z pięciu
      gitarzystów trzyma instrument ręcznej roboty w pełni zelektryfikowany.
      Perkusista gra na olbrzymiej ściętej tykwie, kolega jego od czasu do czasu
      daje porywające sola na talking drum. Pani o dumnym obliczu pięknym głosem
      śpiewa aż miło się robi. Cały zespół niczym dobry gospodarz zaprasza nas do
      siebie racząc tym co ma najlepsze. Ale wszystko co dobre jak sen złoty musi
      minąć bo oto dowiadujemy się. że to nie o to chodzi!
      Panowie tak się teraz nie gra. Musicie nabrać dystansu trochę do siebie. Na
      początek zmienić ciuchy na mniej rzucające się w oczy. Ja wiem, że wbrew sobie
      ale szczypta gniewu też w waszym show mogłaby się przydać. A co do muzyki to
      za długie to i zbyt dosłowne i te wiejskie ludowe cytaty...więcej progresji
      albo bóg wie czego. Byle inaczej. „...bo w zasadzie cała reszta wykonawców do
      tego rodzaju tradycji podchodziła w zupełnie inny sposób niż artyści z
      Mali.”...No i co teraz taki „wyciągnięty z dżungli” ma zrobić? My go
      wyciągamy z tego dzikiego odludzia a on bezczelny jest „blisko kliszy
      dotyczącej world music”. A sio. Nie będzie tu żadnych kliszy. My chcemy mieć
      brodacza rozumiejącego nowocześniej etno, który bardziej „subtelnie” będzie
      korzystał ze swoich korzeni. Konkluzja nasuwa się sama: „Po co wyciągać
      kolejnego brodacza z dżungli, kiedy i tak nam się nie spodoba.”
      • Gość: decasia Pan Gulda IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.08.09, 22:49
        Panie Recenzencie może nie powinien Pan bywać w miejscach gdzie Pana
        przestrzeń mierzwi ani pisać o muzyce której Pan niedocenia ?
        Samym indie-electro- post-punkiem człowiek nie żyje. A kto upala się
        tym to może powinien zamknąć się w swoim czterech ścianach ?


    • Gość: dr.jahkill wyciągnięty IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.08.09, 14:49
      Wyciągnięty

      Panie Przemku jeżeli nie dostrzega pan w swoim tekście ewidentnych
      „niezręczności” to idźmy dalej. Użyty przez pana zwrot „...wyciągniętego
      gdzieś ze środka dżungli” jest jak najbardziej rasistowski. Wyciągnięcie z
      dżungli kiedyś oznaczało porwanie. Masowo „wyciągano” z Afryki by później na
      porwanych zbudować systemy oparte na niewolnictwie i segregacji rasowej. Znamy
      to osobiście jako swego czasu „podludzie”. Pan posługuje się innym odcieniem
      tego słowa...wyciągnięty by mu zrobić „dobrze”...by pokazać jak można lepiej
      zorganizować na wyższym poziomie swoje życie. Dżungla to w świadomości masowej
      miejsce pobytu dzikich zwierząt ew. ludów bardzo pierwotnych gdzie brak prądu
      i ciepłej wody uniemożliwia golenie się...aż strach tam wchodzić. No więc z
      takiej to dżungli wyciągamy owego „artystę” brodacza z jakimś dziwnym
      instrumentem a potem narzekamy, że „...stereotypowi wykonawcy muzyki world
      czy etno”, „...był blisko kliszy dotyczącej world music” A jaki on ma być
      zapytuję się redaktora Guldę. Jeżeli jest...nie z własnego wyboru powiedzmy
      Aborygenem to niech mi redaktor powie jak ma wyglądać?. Czy to, że jego rysy
      są bardzo odmienne od naszych zachodnio-europejskich...czy to, że od dziecka
      obserwował jak jego rodzice starają się żyć w poszanowaniu i kultywowaniu
      własnej kultury przekazanej im przez poprzednie pokolenia by samemu później
      „obkleić się watą” i na wystruganej z drewna rurze grać dziwne gardłowe
      dźwięki...do tego nago. Czy taki występ powiela kliszę czy też nie?
      Czy brodacz powinien się zjawić w jakiejś markowej hip=hopowej bluzie z
      widocznym mimo zarostu wystylizowanym tatuażem na twarzy....czy też jednak
      wersja oryginalna nienaruszona żadnym postmodernizmem jest właściwa. Czy góral
      w swoim regionalnym stroju też jest nie do zaakceptowania bo zbyt
      „staroświecki” i niezbyt „trendy”. Proszę na chwilę zamknąć oczy i wyobrazić
      sobie zespół z Mali. Pewnego dnia dostają zaproszenie do kraju dość
      „egzotycznego” Polski. Będąc osobami bardzo grzecznymi przyjmują na siebie
      występ niczym misję przekazania poufnych informacji o swojej kulturze. Stają
      na scenie w Gdyni w swoich najpiękniejszych strojach....każdy z pięciu
      gitarzystów trzyma instrument ręcznej roboty w pełni zelektryfikowany.
      Perkusista gra na olbrzymiej ściętej tykwie, kolega jego od czasu do czasu
      daje porywające sola na talking drum. Pani o dumnym obliczu pięknym głosem
      śpiewa aż miło się robi. Cały zespół niczym dobry gospodarz zaprasza nas do
      siebie racząc tym co ma najlepsze. Ale wszystko co dobre jak sen złoty musi
      minąć bo oto dowiadujemy się. że to nie o to chodzi!
      Panowie tak się teraz nie gra. Musicie nabrać dystansu trochę do siebie. Na
      początek zmienić ciuchy na mniej rzucające się w oczy. Ja wiem, że wbrew sobie
      ale szczypta gniewu też w waszym show mogłaby się przydać. A co do muzyki to
      za długie to i zbyt dosłowne i te wiejskie ludowe cytaty...więcej progresji
      albo bóg wie czego. Byle inaczej. „...bo w zasadzie cała reszta wykonawców do
      tego rodzaju tradycji podchodziła w zupełnie inny sposób niż artyści z
      Mali.”...No i co teraz taki „wyciągnięty z dżungli” ma zrobić? My go
      wyciągamy z tego dzikiego odludzia a on bezczelny jest „blisko kliszy
      dotyczącej world music”. A sio. Nie będzie tu żadnych kliszy. My chcemy mieć
      brodacza rozumiejącego nowocześniej etno, który bardziej „subtelnie” będzie
      korzystał ze swoich korzeni. Konkluzja nasuwa się sama: „Po co wyciągać
      kolejnego brodacza z dżungli, kiedy i tak nam się nie spodoba.”
    • Gość: JAH GLORY Globalny kalejdoskop IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.08.09, 20:22
      Szanowna Redakcjo,

      Praganę wyrazić protest wobec postawy prezentowanej przez redaktora GW
      Trójmiasto Przemysława Guldę w tekście dotyczącym festiwalu Globaltica
      (27.07.2009) i w późniejszej polemice (06.08.2009). Chodzi o, podsycające
      nastroje rasistowskie, sformułowania, których uparcie, bez cienia zażenowania
      używa autor. Na przykład: „ ... stereotypowi wykonawcy muzyki world czy etno
      (a tacy właśnie pojawiali się na poprzednich edycjach festiwalu):
      wyciągniętego gdzieś ze środka dżungli czy obsypanej piaskiem jurty, brodatego
      muzyka z jak najbardziej dziwacznym instrumentem w ręce”. Chodzi także o
      wydźwięk publikacji Guldy, które w dwuznacznym świetle stawiają postawę Gazety
      Wyborczej wobec przejawów rasizmu w Polsce. Pozwalając na publikacje
      redaktorzy prowadzący Gazety zaprzeczyli np.: „flagowym” antyrasistowskim
      tekstom Pawła Smoleńskiego.
      Na pozór wydaje się, że GW namawia do większej świadomości dotyczącej np.:
      historii rasizmu, Ryszard Kapuściński ma główne miejsce w panteonie Waszych
      świętych, nie tak dawno czytałem ciekawy artykuł o słowie „murzyn”. Brawo!
      Tymczasem, tekst Guldy w swej retoryce i przesłaniu podtrzymuje hierarchiczną
      wizję świata gdzie biała kultura jest uzasadnienie dominującą a wszystko co
      inne jest „egzotycznym” lub „tropikalnym pierdnięciem” (by użyć cytatu z
      Richarda Montoy'i, kalifornijskiego dramaturga Chicano). Gulda pod formą
      recenzji przemyca zawoalowane treści rasistowskie, odnawia wiarę w prawdziwość
      zdyskredytowanych sterotypów opisujących odmienne niż biała kultury i
      pielęgnuje nasze eurocentryczne, dobre samopoczucie legitymizujące
      neokolonialny porządek.
      Uważam za konieczne wyjaśnić najistotniejsze zarzuty wobec tekstów redaktora GW.

      Wolność słowa a odpowiedzialność
      W filmowym eseju „Rebirth of a Nation” Paul D. Miller (lepiej znany jako DJ
      Spooky That Subliminal Kid) dogłębnie analizuje znaki i „politykę montażu” w
      klasycznym filmie „Birth of a Nation” (1915) D.W. Griffitha, reżysera zwanego
      „człowiekiem, który wymyślił Hollywood”. Miller wskazuje momenty manipulacji
      ideologicznej ukryte w formie wielowątkowej filmowej narracji historycznej.
      Griffith, pod osłoną sztuki i renomy arcydzieła, przemycał treści rasistowskie
      by usprawiedliwić dyskryminację i moralnie usankcjonować rolę przewodnią
      białych na Południu USA. Pod pozorami obiektywnej i sprawiedliwej opowieści
      fałszował historię i deprecjonował ciało, moralność, seksualność i kulturę
      czarnych stosując min.: środki zaczerpnięte z minstrel show. Portretował
      czarnych jako leniwych, przewrotnych, nie zdolnych do solidarności,
      nieokrzesanych, lubieżnych, itd.
      Miller, DJ-filmowiec, manipulując optyką oryginału unaocznia nam rasistowski
      język Griffitha i stawia trudne pytanie o granice wolności słowa: czy
      traktujemy je zbyt poważnie czy może niewystarczająco poważnie? Demaskując
      rolę mediów i środków kompozycyjnych wypowiedzi (np.: doboru źródeł i
      obrazowania, sposobu montażu) w kształtowaniu i odnawianiu stereotypów
      rasowych pyta nas jak wiele zmieniło się przez ostatnie 100 lat? Prowokuje
      pytanie: czy i jak rekonstytuowane są obrazy i pojęcia dotyczące różnic
      rasowych we współczesnym świecie?
      Miller umieszcza film Griffitha w, zainicjowanym „odkryciem” Ameryk i
      ekspansją terytorialną i ekonomiczną Europy i Ameryki, kontinuum
      reprezentowania (opisywania, portretowania, interpretowania) kolorowego ciała
      ludzkiego. Popularne, zachodnio-europejskie poglądy na temat odmienności brały
      się zawsze z opisów i obrazów a nie z relacji bezpośrenich. Kolumb zainicjował
      nieprzychylne portretowanie odmienności by nie poddawać w wątpliwość
      zasadności kolonizacji. Kant, Wolter, Lock i inni przenieśli te poglądy na
      grunt filozofii. Thomas Jefferson rozprawiał o różnicach rasowych (choć, jak
      wykazały testy DNA, miał dziecko z niewolnicą). Niezbywalną podrzędnośc
      gatunkową czarnych, azjatów, żydów sankcjonowały w różnych okresach religia i
      prawodawstwo. Nauki ścisłe dowodziły różnic biologicznych między rasami
      (Lineaus, Gobineau) i znalazły swój tragiczny finał w eugenice i nazistowskich
      eksperymentach „medycznych”. Cornel West przypomina, że kolonizacja zbiegła
      się z renesansem antycznych kanonów piękna, co wpłyneło bezpośrednio na sposób
      postrzegania, portretowania i klasyfikowania odmienności. Te i inne elementy
      sprzęgnięte ze sobą w projekcie ekspansji zachodniej gospodarki wolnorynkowej
      zaowocowały na przestrzeni ostatnich 500 lat szeregiem stereotypów, klisz
      które przez język i obrazowanie łatwo tłumaczą nam odmienność, prowadzą do
      uproszczonych, najczęściej eurocentrycznych konluzji. W rzeczywistości,
      stereotypy te historycznie służyły legitymizacji porządku normatywnego oraz
      powierzchownemu niwelowaniu napięć wywoływanych rozdźwiękiem pomiędzy ideałami
      równości a niesprawiedliwością.
      Wskazując formę filmu z 1915 roku jako nośnik ukytych treści rasistowskich
      Miller namawia nas do wnikliwej analizy otaczających nas tekstów, obrazów by
      sprowokować debatę o granicach wolności słowa. Podobne postulaty znajdziemy w
      opublikowanym w październiku 2008 roku numerze 123 wpływowego amerykańskiego
      pisma PMLA w całości poświęconego rasowości porównawczej. Wyrażając potrzebę
      języka, który pozwoliłby dalej rozmawiać o rasie i rasiźmie bez reifikowania
      tych pojęć (Arif Dirlik), krytycy argumentują min.: że rasa jest dynamiczną
      kategorią społeczną, a nie biologiczną, wyrażaną głównie w języku i
      obrazowaniu; że z okowów kategorii rasowych można się wydostać (np.: Żydzi i
      Włosi po II Wojnie Światowej) lub w nie wpaść (Arabowie, Hindusi po 11
      września 2001), że rasizm, ściśle powiązany z neoliberalizmem i globalizacją,
      został przyswojony przez populacje na całym świecie i że rasizm w USA i na
      świecie nie zginął wraz z odejściem od segregacji i równouprawnieniem gdyż jak
      dowodzi, Charles W. Mills (wychodzący od koncepcji „kontraktu społecznego”
      J.J.Rousseau) współczesny kapitalizm zasadza się na „kontrakcie rasowym”.
      Rasizm nie mógł więc zniknąć gdyż jest jednym z fundamentów neoliberalnej
      gospodarki dominującej na świecie. Ale musiał ulec przekształceniu. Zmienił
      obszar i sposób działania. Rozprzestrzenił się na wszystkie klasy społeczne
      jednocześnie stając się domeną jednostki i zniknął praktycznie z debaty
      publicznej. Historia i skutki rasowej eksploatacji są przemilczywane,
      minimalizowane, a społeczeństwo liberalne charakteryzuje „kultywowana amnezja”
      (Mills obecną erę color-blindness (daltonizmu) określa mianem „daltonizmu na
      historyczną ciągłość białego liberalizmu”). Rasizm stał się więc ukryty,
      przekazywany nie jawnie lecz podprogowo.
      Jak Miller, badacze wskazują na rolę języka, obrazowania, doboru źródeł i
      materiałów kompozycyjnych jako na niezwykle delikatny czynnik w procesach
      „urasowienia”. Zadaniem ludzi kultury (do których zaliczają się dziennikarze
      kulturalni) ma być krytyczna analiza wzajemnych relacji symboli, znaków i
      odniesień w otaczających nas tekstach w trosce o wykorzenianie szkodliwych
      esencjonalizmów. Ta postawa ma zaowocować sprawiedliwszym językiem i skłonić
      do włożenia wysiłku w odpowiedzialną retorykę. Recyklując zdyskredytowane
      terminy (o których poniżej) tekst Guldy „urasowił” recenzję i jej szeroki
      kontekst stając się przykładem współczesnego, zawoalowanego rasizmu.


      „muzyka world”
      „Nienawidzę world music”, tak właściwie mógłby zatytułować swój tekst Gulda.
      Bezkrytycznie posługując się uproszczonym rozumieniem kategorii world music
      interpetuje ją w sposób statyczny i eurocentryczny. Dla niego to bez różnicy
      czy muzycy są z „dżungli” czy z „jurty” gdyż artystów „world” definiuje
      odmienność („dziwaczna”) od naszej
    • Gość: JAH GLORY Globalny kalejdoskop IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.08.09, 20:25
      kultury. W oczach Guldy artyści world to jedna (zacofana) masa nie mająca
      szans zdefiniować się na własnych warunkach ale skazana na (białą? pop
      kulturową? indie?) normatywność.
      David Byrne swój, opublikowany w 1999 roku New York Timesie, artykuł zaczyna
      właśnie od słów „Nienawidzę world music” ale jego ujęcie prowokuje do
      refleksji: „Termin jest wytrychem, który w powszechnej świadomości opisuje
      muzykę nie-zachodnią wszelkiego stylu i gatunku: popularną, tradycyjną a nawet
      klasyczną. To termin marketingowy jak i pseudomuzyczny – a także napis na
      koszu z płytami wskazujący na muzykę nie pasującą do żadnej innej sekcji w
      sklepie. ... muzyczna utopia”. To termin narzucający perspektywę centrum
      dominującego nad resztą świata. Z tym, że ta reszta świata, określana terminem
      world, produkuje wielokrotnie więcej muzyki niż świat zachodni. Jak pisze
      Byrne: „gdy używamy terminu world music mówimy o 99% muzyki na świecie”! W
      rzeczywistości kategoria world music ma się nijak do różnic gatunkowych i
      kulturowych ale pozwala Guldzie, gdy pisze o „stereotypowych wykonawcach
      muzyki world czy etno (a tacy właśnie pojawiali się na poprzednich edycjach
      festiwalu)” na deprecjonowanie i spłycanie dorobku wybitnych
      (rewolucjonizujących muzykę świata) i całkowicie odmiennych (uprawiających
      własną, unikalną formułę muzyczną), twórców takich jak: Burning Spear, Seun
      Kuti, Cesaria Evora i inni. Rzecz intrygująca: jedyną wspólną cechą tych
      artystów jest ich kolor skóry.
      World music to termin wykluczający gdyż sprawia, jak pisze Byrne, że „'oni'
      to wszystko i wszyscy, którzy nie są tacy jak 'my.' Takie wrzucanie do jednego
      wora jest wygodnym sposobem na odmówienie zespołowi czy artyście twórczej
      indywidualności. ... To termin określający wszystko co nie jest zaśpiewane po
      angielsku albo to co nie pasuje do anglo-zachodniego uniwersum w tym roku.”
      Muzyk podsumowuje: „Spychanie do getta większości współczesnej muzyki to
      niezbyt delikatny sposób na potwierdzenie hegemonii zachodniej pop kultury.
      Śmiały i odważny ruch, Biały Człowieku!”
      Gulda pisze: „Jedyny wykonawca w tegorocznym programie, który był blisko
      kliszy dotyczącej world music, to Bassekou Kouyate i jego kilkuosobowa grupa
      malijskich ngonistów (ngoni to afrykański odpowiednik liry). To prawda:
      piątkowy występ Afrykańczyków porwał publiczność do niby-etnicznych tańców na
      trawie pod sceną, ale - całe szczęście - był jedynym koncertem tego typu
      podczas festiwalu.”
      Autor zdaje się oskarżać artystów afrykańskich o archaiczność bliską
      stereotypowi ale, nakładając „kliszę” na swoje okulary krytyczne, pomija
      istotne elementy w występie Kouyate, które ten powierzchowny stereotyp
      rozsadzały od środka. Ani słowa o muzyce. Ani słowa o strojach (ze
      zrozumieniem kanonów afrykańskiej elegancji). Ani słowa o jakości tego
      wybitnego występu, o wirtuozerskich umiejętnościach instrumentalistów, o
      magicznym głosie wokalistki, o niezwykłym instrumentarium i brzmieniu. Ja sam
      rozpłakałem się przeszyty pięknem głosu Ami Sacko. Widziałem muzyków z
      wychwalanego przez Guldę zespołu Howlin'Rain, którzy w zachwyceniu robili
      zdjęcia pod sceną.
      Ngoni to jeden z najstarszych instrumentów świata, który przewieziony przez
      Atlantyk dał początek banjo. Nie ma nic wspólnego z lirą a jego cechą
      charakterstyczną jest skóra naciągnieta na pudło rezonansowe (tak jak w
      banjo). Na jakiej podstawie autor sugeruje, że ngoni jest „dziwacznym
      instrumentem”? Wystarczy sięgnąć do Rough Guide to World Music by uświadomoć
      sobie znaczenie tego i podobnych instrumentów w historii muzyki światowej (od
      pieśni afrykańskich griotów, poprzez bluesa, do rapu NYC i LA). Na koncercie
      Kouyate instrumenty te, w różnych rozmiarach (od basowego do sopranowego),
      były zelektryfikowane i nagłośnione co dało dobrze odczuć złożoną strukturę
      tej muzyki. Jak Ba Cissoko (grający na elektrycznych korach) czy Konono No.1
      (elektryczne mbiry) Bassekou Kouyate & Ngoni Ba tworzą elektryzującą, nową
      muzykę afrykańską na przecieńciu współczesności i tradycji (na przykład, linie
      basowe w Ngoni Ba są dużo gęstsze niż te stosowane we wcześniejszych
      nagraniach innych składów malijskich co może świadczyć o twórczym adaptowaniu
      współczesnej, tanecznej muzyki zachodniej). Bassekou Kouyate współpracował z
      np.: U2, Taj Mahalem, Carlosem Santaną czy Ali Farka Toure'm. To artysta stale
      występujący, doskonale świadomy tego co dzieje się w świecie, szeroko uznany
      (nominacja do nagród BBC w 2008 roku), zaznajomiony z nowinkami technicznymi i
      trendami w sztuce. Pozostając sobą Kouyate i jego orkiestra, by użyć znowu
      słów Byrne'a: „rozłożyli na części i zanalizowali elementy globalnej
      (zachodniej?) muzyki aby zobaczyć co może im się przydać a potem na nowo je
      poskładali na własny użytek.” Wystarczyło otworzyć uszy i oczy aby docenić
      wartość i cieszyć się rzadką okazją zetknięcia się z muzyczną instytucją
      światowego formatu. Ta ciekawa postać została jednak całkowicie zlekceważona
      na co pozwolił Guldzie archaiczny schemat world music.
      Na marginesie jeszcze jedna uwaga. Legendarny holenderski zespół
      avant-punkowy The Ex od kilku lat współpracuje z wybitnym saksofonistą
      etiopskim Getatchevem Merkurią. Jimi Tenor nagrywa z muzykami z Nigerii.
      Wizyty artystów tzw.: „world” przynoszą korzyści obu stronom, owocują nową,
      odkrywczą muzyką. Każda wizyta takich artystów ubogaca nas jako ludzi i
      twórców i może przynieść rzeczy świerze i wyjątkowe. Perspektywa lekceważąca
      („na szczęście!”) nie przysługuje się tej idei. Cieszyć się z tego, że występ
      Kouyate był „jedynym tego typu” może tylko „turysta kulturowy” (Byrne), dla
      którego sztuką jest to co modne w danym sezonie.


      „egzotyczny”
      Gulda konferansjer, zapowiadając Bassekou Kouyate na Globaltice:
      „najbardziej egzotyczna grupa tego festiwalu”. Gulda recenzent: „Impreza nie
      miała szans zamienić się w przegląd muzyki egzotycznej.” Dwa razy to samo
      słowo. Nieprzypadkowo? Czy autor na prawdę nie ma swiadomości co kryje się za
      terminem „egzotyczny”? Odsyłam do np.: „Orientalizmu” Saida.
      W świecie termin ten jest zdyskredytowany ponieważ ustanawia hierarchię na
      centrum i peryferie, uprzedmiatawia, odgórnie definuje, pozbawia imienia,
      głosu i własnej tożsamości narzucając ludziom i kulturom tak określanym serię
      przypisanych znaczeń. Jakich? Słowo to niesie ładunek groteskowy, erotyczny,
      tajemniczy, uwodzicielski, podniecający, itd. Egzotyczne piękno jest
      zaprzeczeniem klasycznych ideałów piękna. (zob. np.: internetową Encyklopedia
      of Race and Ethnic Studies). Zarazem pociągający i obcy „egzotyczny” kojarzy
      się z ciemnym kolorem skóry, obfitymi kształtami, lenistwem, upałami i
      nieskrępowaną seksualnością. Termin „egzotyczny” tworzy iluzję niosącą
      obietnicę gorącej namietności a wiemy, że iluzja ta historycznie
      usprawiedliwiała gwałty na czarnych niewolnicach. Wszak to nie pan gwałcił ale
      był uwiedziony. W tym samym ujęciu, „egzotyczny mężczyzna” to seksualne dzikie
      zwierzę zagrażające czci białej kobiety. Byrne pisze: „Postrzeganie ludzi i
      kultur jako egzotycznych jest mechanizmem dystansującym, który zbyt często
      staje sie przyzwoleniem na rasizm i wykorzystywanie”.
      Jeśli czemuś służyć mają festiwale takie jak Globaltica to chyba właśnie temu
      aby pozbawiać nas hermetycznych okularów normatywnych. Sprawić abyśmy na
      chwilę stracili grunt pod nogami, znaleźli się w świecie definiowanym przez
      pluralizm, otwartość, wiarę w człowieczeństwo, które jest wspólne dla
      wszystkich niezależnie od koloru skóry, pochodzenia, czy łatki recenzenta. Ten
      cel nie do końca się Globaltice udał bo Gulda, konferansjer/recenzent,
      zasugerował odiorcom/czytelnikom optykę egzotyzującą. Zapowiadając
    • Gość: JAH GLORY Globalny kalejdoskop IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.08.09, 20:27
      koncert jako „egzotyczny” konferansjer podsunął publiczności pewien sposób
      odbioru. Od tej chwili wszyscy uczestnicy imprezy mieli sprecyzowaną
      przynajmniej jedną ścieżkę interpretacji tego co działo się na scenie. Stali
      się częścią konceptualnej gry rasowej. Ilu pozwoliło sobie na „egzotyzację”?
      Ilu stoczyło walkę z pokusą „egzotyzacji”? Jak uprzemiotowiło to występ
      orkiestry i skomplikowało jego interpretację? W jakim stopniu, zatem, występ
      Kouyate był przykładem „publicznego urasowienia”? Podobne pytanie należy
      sformułować wobec artykułu i polemiki Guldy. Jak użyte przez autora
      sformułowania narzuciły lub podsunęły łatwe, skrótowe konkluzje oparte o
      utarte stereotypy? Jak gra tych stereotypów sytuuje tekst w kontekście
      współczesnego podprogowego rasizmu?
      Od tekstu Byrne'a minęło 10 lat, od Nobla dla Wole Soyinki 23 lata, od
      „Orientalizmu” Edwarda Saida 31 lat a Gulda, krytyk kulturalny, pozostaje
      obojętny na przemiany światowej humanistyki ostatnich 30-40 lat prezentując
      przestarzałe, esencjonalizujące poglądy. Na nic się zdały tomy studiów
      postkolonialnych (Henry Louis Gates, Stuart Hall, George Lipsitz, Cornel West
      i wielu innych), na nic krytyka rasowa (Derrick Bell, Richard Delgado, Michael
      Omi, Howard Winant i inni), na nic współczesna muzykologia (Alan Lomax, Paul
      Oliver, doskonały magazyn The Wire, David Toop, Josh Kun i inni), na nic
      działalność belgijskiej wytwórni Crammed Discs, i londyńskiego Sterns, na nic
      wieloletnia praca gdyńskiego sklepu Orange World zajmującego się muzyką z
      całego świata, na nic szyk paryskich sapeurs i „odwrotna antropologia”
      performera Chicano Giullermo Gomeza-Penii, na nic zaprzysierzenie,
      praktykującej empatię, Sonii Sotomayor w Sądzie Najwyższym USA, na nic nawet
      wyjazdy redaktora Guldy do Nowego Jorku (w którym mieszka Byrne i gra
      afrobeatowa Antibalas Orchestra) bo wiedza ta jest niewygodna, zmusza do
      ciągłego rewidowania własnego aparatu pojęć.


      „wyciągnięty z dżungli lub
      jurty”
      Artykuł ilustruje fotografia wokalistki Ami Sacko. Czarnoskóra kobieta,
      kształty okrągłe, żywe kolory, „egzotyczna uroda”, wizerunek przyciągający
      uwagę. Fotografia składa obietnicę zainteresowania ba, może nawet
      równouprawnienia, ale tekst tę obietnicę anuluje lekceważąc kulturę,
      odnowiając retorykę legitymizującą wykluczenie i podtrzymując hierarchiczną
      wizję porządku światowego. W podwójnym zatem ruchu dialog fotografii i tekstu
      odzwierciedla uprzedmiatawiającą ambiwalencję tekstu Guldy. Z jednej strony
      „egzotyzacja” w stylu Guldy tworzy pewnego rodzaju porządanie, fetyszyzuje
      kulturę i standardy urody. Z drugiej strony, recenzent pisząc, że artyści
      tworzący world music to: „wyciągnięci gdzieś ze środka dżungli czy obsypanej
      piaskiem jurty brodaci muzycy z jak najbardziej dziwacznym instrumentem w
      ręce” deprecjonuje tę kulturę i standardy piekna. Narzędziem pogardy jest tu z
      pozoru niewinne słowo „wyciągnięty”, które sugeruje, że działającym
      („wyciągającym z dżungli”) podmiotem jest/był europejski/zachodni dobroczyńca,
      który sprowadza dla rozrywki, ekscytującą, cyrkową atrakcję z Afryki lub Azji.
      Artyści „egzotyczni” i „wyciągnięci” są uprzedmiotowieni, to nie oni działali,
      podejmowali decyzje, kształtowali własny los. To ktoś z zewnątrz dał im głos.
      Stąd, już w polemice, zarzut ludyczności i pretensja, że prawdziwa, dobra
      sztuka dzieje się w europejskich lub amerykańskich metropoliach a nie w
      „chatach krytych liścmi z palmy”. Ten lekceważący ton jest jak echo dawnych
      interpretacji odmienności, które legitymizowały masowe transporty niewolników.
      Przypisując białym szlachetne intencje, usprawiedliwia kolonizację i jej
      spuściznę. Jedno słowo użyte w trafny sposób deprecjonuje człowieczeństwo
      odmiennych od nas ludzi, infatylizuje i sprowadza do pozycji nieświadomych i
      bezwolnych, upokarza. Wyraz „wyciągnięty” narzuca perspektywę legitymizującą
      nierówności rasowe: człowiek kolorowy potrzebuje pomocy, bo jest zacofany, bo
      cywilizacja Zachodu jest szczytowym punktem rozwoju ludzkości, bo Europa
      wyznacza wszelkie standardy. 100 lat temu W.E.B. DuBois a Franz Fanon nieco
      później pisali o konsekwencjach takiej postawy: zwolnieniu białych z wszelkiej
      odpowiedzialności, usprawiedliwionej segregacji, zinternalizowanej pogardzie
      dla kolorowego ciała.
      Gulda ożywia i gra na tych starych sentymentach. Gdyby ten dowcip był jeszcze
      na miejscu powiedziałbym, że jesteśmy „100 lat za murzynami”.

      Język i obraz kształtują świadomość
      Próbowałem tu dowieść, że użyte przez autora sformułowania „urasowiły”
      zwyczajną z pozoru recenzję. Słowa, wyrażenia, konteksty sugerowały
      interpretację rzeczywistości daleką od wizji post-rasowego, wolnego od
      esencjonalizmów społeczeństwa. W dzisiejszym świecie potrzeba kompetencji,
      odpowiedzialności i delikatności by formułować wypowiedzi na temat innych
      kultur. Nie mogą one podtrzymywać fałszywych iluzji i mitów ale służyć sprawie
      otwartego, czytaj sprawiedliwszego, świata.
      Uprzedzenia zakorzenione są w języku i obrazowaniu. Świadomie zmieniając nasz
      aparat pojęciowy jesteśmy w stanie wpływać na postrzeganie otaczającego nas
      świata. Walka z uprzedzeniami musi zacząć się więc od większej dbałości o
      dobór słów, metafor, skrótów myślowych. Dla przykładu, słowo „pedał” niesie
      konkretne, negatywne skojarzenia. Ostatnio, w precedensowym wyroku, słowo to
      zostało formalnie „zdelegalizowane”. Już jednak wcześniej „pedał” został
      wyeliminowany z przestrzeni publicznej i nie ukazuje się drukiem.
      Uwrażliwienie i zmiany w języku przyniosło ostatnie 10 lat bo, na przykład,
      jeszcze w 1998 roku w książce „Teoria literatury” Jonathana Cullera, termin
      queer theory tłumaczono jako „teoria pedalska”.
      W tym samym okresie słowo „murzyn” nie przeszło przewartościowania
      paradygmatu. Choć słowo niesie negatywne konotacje, o których niedawno pisała
      sama GW, wydaje się, że jesteśmy nieco bardziej skłonni wybaczać sobie jego
      użycie (na przykład w artykule „Prezydent Obama gasi wpadkę piwem” z GW z
      31.07.2009 słowo to pada dwukrotnie). Pomino licznych protestów osób
      kolorowych mieszkających w naszym kraju termin ten nadal jest w powszechnym
      użyciu a otaczające go stereotypy są w rozkwicie (świadczy o tym na przykład
      oddalenie przez prokuraturę pozwów wobec ojca Rydzyka i ministra Sikorskiego w
      sprawach o wypowiedzi rasistowskie). Dlaczego? Wydaje się, że dlatego iż nie
      odczuwamy ciężaru tego terminu będąc po wielokroć oddaleni od doświadczenia
      osoby kolorowej. Oddaleni znacznie bardziej niż od osoby homoseksualnej.
      Oddzieliły nas od „murzyna” narosłe w okół tego terminu znaczenia i obrazy,
      które asymilujemy od dziecka (zaczynając od „Murzynka Bambo” czy kreskówek
      „Tom i Jerry”, „Królik Bugs”) a które, wyobcowują nas od Innego, lub by użyć
      słów Byrne'a, są „mechanizmem dystansującym”.
      Stereotypy rasowe podtrzymują w nas wiarę iż biologia odpowiada za różnice
      kulturowe, seksualność, moralność, muzykalność, itp. Proponując perspektywę
      normatywną ignorują prawdę historyczną lub narzucają jej fałszywą
      interpretację. Co z tego, że jak twierdzi autor w polemice, „nigdy nie
      podnosił prawej ręki do góry”? W gruncie rzeczy rasizm w wydaniu Guldy nie
      różni się bardzo od werbalnej i fizycznej przemocy, którą codziennie
      napotykają mniejszości w naszym kraju. Jest tylko dużo bardziej niebezpieczny.
      Miast budować mosty zrozumienia utrwala szkodliwe stereotypy. Posługując się
      medium gazety o ideałach wolnościowych rekonstytuuje stare uprzedzenia,
      podsycając i racjonalizu
    • Gość: JAH GLORY Globalny kalejdoskop IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.08.09, 20:29
      jąc konflikty rasowe.
      Od dziennikarza zajmującego się kulturą oczekujemy kompetencji, znajomości
      wspóczesnych prądów myślowych, świadomości wagi używanych terminów. Artykułem
      oraz późniejszą odpowiedzią na polemikę ze strony dyrektora Nadbałtyckiego
      Centrum Kultury, pana Larrego Okey Ugwu, redaktor Gulda dowiódł, że o kulturze
      i byciu kulturalnym nie ma pojęcia. Odpowiedzialność spada jednak nie tylko na
      dziennikarza ale i na redaktorów prowadzących GW, którzy zdecydowali się
      przymknąć oko i dać tekst Guldy do druku. GW wysłała w ten sposób całkowicie
      sprzeczne sygnały: mieniąc się piewcami wolności i tolerancji w praktyce
      codziennego dziennikarstwa podsyciła nastroje rasistowskie, utrwalając
      schematy myślowe korzeniami siegające czasów kolonialnych. Ile w tym rozmysłu
      a ile ignorancji trudno powiedzieć. Casus artykułu Guldy pokazuje jednak jasno
      jak bardzo jesteśmy nieświadomi i skłonni do lekceważenia historii rasizmu,
      jak bardzo brakuje nam empatii, jak bardzo jesteśmy podatni na upraszczające
      rozwiązania. No bo przecież w zasadzie nic się nie stało. Ot kilka niewinnych
      zdań. Niewinnych jak „murzyn”. Ale czy na pewno? Mój list (i listy innych osób
      protestujących przeciw uproszczeniom Guldy) niech będzie pretekstem do
      dyskusji o granicach wolności słowa, pełzającym rasiźmie, polskim języku
      rasowym, itp.
      Rzecz ostatnia. Autor artykułu jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu
      Gdańskiego. Przesłanie artykułu Guldy godzi w dobre imię UG. Czy osoba tak
      stronnicza i niesprawiedliwa może reprezentować państwową uczelnię? Szczerze
      mówiąc działaniom Guldy powinna się przyjrzeć uczelniana komisja etyki.



      Z poważaniem,

      Grzegorz Welizarowicz
      Sopot, 12.08.2009















    • Gość: Lidka Makowska Globalny kalejdoskop IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.08.09, 10:41
      Wyrazy uznania dla Jacka i Grzegorza za stanowczy protest. Pełzający rasizm
      posługuje się tymi samymi mechanizmami co pełzająca cenzura wolności twórczej.
      Oba zjawiska należy piętnować.
      Grzegorz proponuje zwołanie komisji dyscyplinarnej UG. Karanie i ograniczanie
      nie przynosi efektów. Myślę, że o wiele skuteczniejszy byłby udział
      dziennikarek i dziennikarzy GW (i innych opiniotwórczych mediów) w
      Laboratorium Indeksu 73. Tam wzajemnie podzielimy się wiedzą, jak walczyć z
      wykluczeniem, nawet w zalążku.
    • Gość: Jah Glory Globalny kalejdoskop IP: *.limes.com.pl 15.08.09, 09:25
      Racja Lidka! To duzo lepsze rozwiazanie! Sorry za te komisje etyki ale sie
      wzburzylem. W liscie wyslanym do redakcji tego zdania nie ma.
      Pozdrawiam,
      G

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka