Hej dziewczyny!
Znalazłam kilka chwil i chciałabym podzielić się z wami wrażeniami z mojego
porodu ( a może wyciągniemy ten wątek do góry?).
A więc... po pierwszym , strasznym 22 godzinnym porodzie miałam wieeelkiego
stracha. Jak już dzieś wcześniej pisałam, 20.04 przed godz 22 zaczęło mnie
coś lekko pobolewać i zaczęłam lekko plamić. Objawy tak jak przed pierwszym
porodem, nawet o tej samej porze. Ale pomyślałam sobie, ze nie będę leciała
odrazu do szpitala - poczekam do rana. Bóle były bardzo lekkie, więc
pomyślałam, ze się jeszcze prześpię. Ale.... przed godz 24 poczułam coś
dziwnego i szybko wyskoczyłam z łózka. Wody mi odeszły - chlusnęło jak z
wiadra. No i trzeba było jechać do szpitala. Zabraliśmy torbę i do samochodu.
Całe szczęście że wzięłam ze sobą jakąś folię i ręcznik - w samochodzie znów
ze mnie chlusnęło wodami. Dojechaliśmy do szpitala, w którym chciałam rodzić
( na Starynkiewicza w Warszawie) a tam się okazuje, że nie mam miejsc.
Dzwonią na Czerniakowską - brak miejsc. Dzwonią na Madalińskiego - mam
przyjechać. Byłam załamana, bo w ogóle nie znałam tego szpitala. Na dodatek
byłam cała mokra

Do tego dochodził strach. Dojechaliśmy w końcu na tego
Madalińskiego. Wykupiliśmy salę do porodu rodzinnego ( 300 zł) i o godz 2
leżałam juz na łózku przypieta do KTG i od razu podano mi oxytocynę. Skrcze
zaczęły się nasilać. O godz 4 miałm 4 cm rozwarcia i bóle nie do wytrzymania.
Poprosiłam o zzo ( 700 zł). Miły pan anestezjolog wkłuł mi sie do kręgosłupa
o godz 5 , Znieczulenie pawie od razu zadziałało i o 5.25 Hania leżała już
na moim brzuchu.
Podsumowując był to poród jakiego w życiu bym się nie spodziewała. Trwał
bardzo krótko, cały personel był bardzo miły i co najważniejsze nie byłam
nacinana ( za pierwszym razem byłam i wiem "czym to się je"). Chwile z
dzidziusiem na brzuchu to najpiękniejsze chwile w moim życiu.
Po dwóch godzinach dostałyśmy się na oddział noworodkowy - tam dużo gorsze
warunki, pielegniarki z reguły fajne ( jedna mnie doprowadzała do szału). Ja
czułam się po porodzie rewelacyjnie - nic mnie nie bolało, mogłam od razu na
jakieś disco iść

Ale pech chciał, ze musiałyśmy tam zostać 8 dni ze wzgledu
na żółtaczkę którą Hania załapała w drugiej dobie. W normalnych warunkach
wyszłybyśmy po 2 dniach. Ale i tak dobrze na tym wyszłyśmy , bo ze względu na
konieczność naświetlania dostałyśmy salę dwuosobową, w której właściwie
byłyśmy same. Tym bardziej mnie to cieszyło, ze akurat zaczął sie nawał
porodów - na salach 4-osobowych było po 6-8 łóżek. Istny sajgon. W noc
poprzedzającą nasze wyjście ze szpitala było 30 porodów!
Teraz jesteśmy w domu. Hania jest bardzo grzecznym dzieckiem - właściwie cały
czas albo śpi, albo je. Mam tylko problem z moją starszą córeczką - jest do
bólu zazdrosna. Nie spodziewałam się że aż tak będzie to okazywała. Na każdym
kroku trzeba ją pilnować. Więcej z nią roboty niż z noworodkiem. Ciężko jej
cokolwiek wytłumaczyć. Ale jestem dobrej myśli i mam nadzieję, ze po kilku
dniach się przyzwyczai do nowej sytuacji.
No to by było na tyle. Piszcie jak tam u was przebiegły porody.
Pozdrawiam
ania