bart.q
21.08.02, 23:16
Przeczytałem ciekawy komentarz do artykułu nt nowego wymogu wobec uczelni,
które mogłyby otwierać zamiejscowe oddziały (wydział otwierający swój
zamiejscowy oddział musi mieć prawo nadawania stopnia doktora co de facto
dyskwalifikuje prawie wszystkie uczelnie prywatne; artykuł:
www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,982776.html ).
Komentarz brzmi:
"Tworzenie wydziałów zamiejscowych jest bez sensu nie tylko z powodu niższego
poziomu, ale przede wszystkim dlatego, że w ten sposób zatrzymuje się w tych
małych miejscowościach z dużym bezrobociem ludzi, którzy powinni stamtąd jak
najszybciej wyjechać. Po co dawać im złudne poczucie przydatności po
ukończeniu
tego zamiejscowego wydziału? Czy w danym regionie potrzeba kilkudziesięciu
(niech będzie - kilkunastu) absolwentów tej samej (lub pokrewnych)
specjalności? Jeśli ci ludzie nie byli w stanie (z powodów finansowych lub
innych) wyjechać na studia do miejscowości odległej maks. o 200 km, to czy w
przyszłości ruszą za pracą w Polskę i w świat?"
Trudno nie przyznać racji.
Czy to może także dotyczyć Gorzowa? Znaczy, czy nie powinniśmy skupić się
tylko na kilku dziedzinach edukacji, które mają faktyczne znaczenie i dają
szansę na pracę absolwentom, a podarować sobie mrzonki o tworzeniu wielkiej
uczelni, która przecież tak naprawdę jest dla wszystkich profesorów tutaj
wykładających jednym wielkim oddziałem zamiejscowym? (Bo wiadomym jest
przecież, że w Gorzowie mieszka może paru samodzielnych pracowników
naukowych, przy czym jeden jest prorektorem IWF.)