aborys
07.11.02, 13:58
Celem dokonania ostatecznej zagłady polskiego przemysłu chemicznego rezygnuję
ostatnio z kupowania wędlin. Wędliny, szprycowane glutaminianami,
fosforanami, siarczanami i substancjami tak skomplikowanymi, że na etykiecie
nie mieści się ich nazwa - odpadają powoli. Niedługo, poza świętami, z wędlin
kupował będę tylko wędzony boczek do fasolówki.
Dwukrotnie większy niż zwykle kawał wołowiny pieczeniowej (polska wołowina
jest beznadziejna, ale przy odpowiednio długim przetwarzaniu da się zjeść)
walę tłuczkiem, smaruję oliwą, przyprawiam pieprzem, imbirem, solą, bazylią,
sokiem z cytryny, tymiankiem i odstawiam na 2 godziny. Nagrzewam piekarnik na
maxa (250 C) i w rondlu wstawiam na 15-20 min. Nie spali się, nie dolewam
wody ani nie dodaję tłuszczu!
Po 20 min. dodaję ziele angielskie i liścia bobkowego, podlewam 1/2 szklanki
wody. Mały płomień w piekarniku (120 C), 2 godziny. Sprawdzać i ew. dolewać
wody, po łyżce, gdyby wody odeszły.
Połowę zjadamy na obiad, druga połowa zapewnia kanapkom odpowiedną porcję
białka. Wędlina pozostaje w sklepie, w tym czasie padają z hukiem Zakłady
Chemiczne Blachownia. I technicy po szkole przy Czereśniowej zostają bez
pracy.
Na kanapki pasuje każde pieczone mięso, a po Świętach, do połowy stycznia,
kanapki będą tylko z indykiem.