dragon99
04.10.07, 09:46
Na początek proponuję taki:
Do księdza zgłosiła się kobieta, która chciała wyjść za mąż, ale
miała już trzech mężów...
- No cóż, proszę pani, w tej sytuacji, w świetle prawa kanonicznego,
sama pani rozumie, nie mogę udzielić pani ślubu...
- Ależ, proszę księdza - kobieta na to - mimo to cały czas jestem...
hm...
niewinna.
- Jak to?
- To długa historia. Opowiem księdzu. Mój pierwszy mąż... No cóż,
wyszłam za niego na prośbę mego ojca. Antoni był uroczym
człowiekiem, bardzo dobrym i poczciwym. Tylko, cóż, miał już 82
lata, już nie był w stanie uszczęśliwić mnie inaczej jak tylko swą
dobrocią. Dałam biedakowi tylko pięć miesięcy szczęścia...
- Hm, tak, rozumiem. Niezbadane są wyroki Boskie...
- Drugi mąż z kolei byl młodym, zabójczo przystojnym oficerem
policji.
Wykształcony, wysportowany, znał języki, świetnie sie zapowiadał,
awans miał w kieszeni. Ale miał pecha. Jako prezent ślubny dostał od
kolegów motor.
Chciał sie przejechać. Mokre liście na drodze, drzewo, złamana
podstawa czaszki, rozległe obrażenia wewnętrzne. Mój kochany Artur,
przynajmniej nie cierpiał.
- Tak, rozumiem. Serdecznie pani współczuję. A trzeci mąż? Jak długo
trwało pożycie?
- Och, dziesięć lat.
- Dziesięć lat?! I mówi pani, że przez cały ten czas...?
- Ani razu. Wie ksiądz, on był z PIS. Co wtorek wieczorem
przychodził do mego łózka, siadał na brzegu i przez długie godziny
opowiadał, jak będzie fantastycznie, kiedy się weźmie do rzeczy...