Moja historia...
___
Długo mogłabym pisać, co przeżyłam w szpitalu na Solcu podczas porodu swojego
skarbeczka, a w zasadzie po porodzie - jak się tam opiekują kobietami, jak
mnie na tamten świat prawie wysłali, jak maluszki traktują, i jak... nie
można się ze szpitala wypisać
Decydując się na ten szpital zebrałam wszystkie informacje i opinie o nim -
jedyny negatyw był taki, że dawniej, przed remontem, warunki sanitarne nie
były ok. No ale ja rodziłam już po remoncie.
Na poród nie mogę specjalnie narzekać - ale to moja zasługa, a w zasadzie
mojego organizmu. No bo jak się nic złego nie dzieje to i na co narzekać? 5
godzin i po bólu, tak można byłoby powiedzieć. No ale nie w moim konkretnym
przypadku. Właśnie - ból był i to potworny. Zaraz po urodzeniu Jureczka
(poród drogami natury - to tak dla wyjasnienia) potwornie bolał mnie brzuch -
przez 2 godziny, kiedy kobieta jeszcze na sali porodowej zostaje dosłownie
WYŁAM! Przepraszałam męża, że nie mogę się cieszyć z narodzin synka, bo
rzeczywiście nie mogłam o nim trzeźwo myśleć. Jedynie potworny ból, i ból.
Pomimo naszych wielokrotnych próśb nikt przez te 2 godziny nie przyszedł mnie
obejrzeć z lekarzy - przychodziły co jakiś czas położne, alarmowane przez
męża, ale żadna mnie nie obejrzała, tylko mówiły, że boleć musi bo macica się
obkurcza. I to było wszystko z opieki zaraz po porodzie.
Po ok 3 godzinach starano się przewieźć mnie na salę poporodową, ale ani na
wózku, ani o własnych siłach nie byłam się w stanie tam przemieścić. Na wózku
nie mogłam siedzieć, więc przy pomocy położnej wspierałam się na oparciach
wózka i tak jakoś mnie przetransportowano.
Na sali poporodowej ból cały czas się nasilał. Kobiety, które leżały tam ze
swoimi maluchami patrzyły na mnie jak na wariatkę, a ja znów wyłam, i to
coraz bardziej. Nie mogłam jeżeć na żadnym boku, ani na plecach, ani na
brzuchu. Po prostu czułam że całe ciało mnie potwornie boli.
I znów przez ponad godzinę, pomimo naszych próśb nie przyszła do nas ani
położna, ani lekarz aby mnie obejrzeć, zbadać, zobaczyć co się dzieje. W
końcu kiedy dostałam drgawek (to do tego dojść musiało!!!) po 15 (!!!)
minutach mąż ściągnął lekarza, no ale to już późno było, bo nim mnie zdążyli
zaprowadzić do gabinetu to już na rękach im zemdlałam. Tylko słyszałam, jak
drwili, że coś ta pacjentka na ból nie jest odporna. Ocknęłam się dopiero,
kiedy proszono mnie o podpisanie zgody na operację. Ale czy podpisałam to już
też nie pamiętam bo znów zemdlałam.
Obudziłam się dopiero po kilkunastu godzinach...
W między czasie, oprócz tego co przy porodzie, straciłam 2,5 l krwi.
Okazało się, że o ile lekarze prawdę mówili (a nie mam całkowitej pewności,
bo wiele rzeczy próbowali ukryć) miałam krwiaka w pochwie - nie wiem, czy na
skutek złego nacięcia krocza przy porodziem, złego zszycia czy zaniedbania
mnie po porodzie. Nie wnikam już w to a cieszę się, że żyję, bo mam dla kogo!
Jak się okazało później, to już jedną nogą byłam na tamtym świecie, bo trochę
za późno mnie operowano i byłam w stanie krytycznym. I tak się dziś pytam -
czy do tego naprawdę dojść musiało? Czy tak dużo kosztowałoby zajrzenie do
pacjentki?
Znów mogłabym pisać długie godziny jak nie chciano mną się zająć gdy trafiłam
na salę poporodową, jak traktowano dzieciaczki, jak nikt nie chciał pokazać
jak się je do piersi przystawia itd.
No i na deser - nie omieszkam tego wspomnieć - kiedy poproszono mnie o
opuszczenie szpitala "bo potrzebne są łóżka dla innych pacjentek" okazało
się, że nie mam wypisu, mimo że o wypisie rozmawiałam z lekarzem kilka godzin
wcześnej. Nie mam recepty na antybiotyk, który miałam brać przez następne
dni, nie ma zwolnienia dla mojego męża na opiekę nademną w domu (szpital,
pomimo tak skomplikowanej operacji, opóściłam już w 3 dobie!), jedyne co było
ty wypis dla dziecka. Czekaliśmy na lekarza, abym dostała moje dokumenty, ale
pokój lekarski był zamknięty, lekarzy nigdzie nie było. Szukały ich i
położne, i pacjenci. I nic. Zapadli sie pod ziemię. Czekaliśmy od 18.00 do
21.00 i nic - nikt nie przyszedł. W między czasie dziecko ubieraliśmy i
rozbieraliśmy, przewijaliśmy (mimo że torby już spakowane), trzeba było też
malucha nakarmić. I gdyby nie to, że pomimo 25'C na dworze w szpitalu grzały
kaloryfery na full (!) to bym została jeszcze przez noc, aż ktoś przyjdzie i
da mi wypis. Ale w końcu zabraliśmy się i poszliśmy z maluszkiem, aby nie
patrzeć już na ten obraz, który doprowadzał mnie do mdłości. Poszliśmy bez
recept, bez wypisu (mąż po wypis pojechał za kilka dni), bez zwolnienia dla
męża. Zostawiliśmy to za sobą z nadzieją, że nigdy tam wrócić nie będziemy
musieli.
Rodzina chciała podać szpital do sądu za brak fachowej opieki i takie
traktowanie ale w końcu daliśmy spokój - nie chciałam, aby stres związany ze
wspomnieniami wpływał negatywnie na mojego synka, a wiadomo, że każda taka
rzecz z mlekiem matki przekazywana jest i dziecku.
Cóż, nie mówię że każdego spotka to samo (NIKOMU tego nie życzę), ale
chciałabym wszystkich ostrzec i uprzedzić - a może warto wybrać inny szpital,
gdzie możemy mieć pewność, że zadbają o nas odpowiednio.
I jeszcze jedno - łzy mi do oczu napływają gdy teraz patrzę na swojego prawie
półrocznego synka jaki jest przy mnie szczęśliwy i wiem, że mało brakowało a
nigdy by swojej mamy nie zobaczył.
A gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować to proszę na maila gazetowego.
Ania