grba
27.07.04, 09:54
Wczoraj w antykwariacie kupiłem kilka książek, m.in.. Adama
Czerniakowa „Dzienniki...”, Emanuela Ringelbluma „Kronikę...” i
Franza Blättlera „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji
lekarskiej”.
Fragment tej ostatniej:
Zaczynam rozróżniać leżący przede mną w szarym świcie obraz ulicy. Przed
dworcem stoi ogromne drewniane „V”, pod nim widnieje napis „Deutschland siegt
an allen Fronten”. Wielki napis jest jednak ledwie czytelny, gdyż ktoś
zamazał go smołą. Płaszczyzny drewnianego „V” pokryte są niezliczonymi
kotwicami. „Może mi pan powiedzieć, co te kotwice oznaczają? – pytam jako
nowicjusz wartownika. Sennie spogląda w tamtą stronę: „Polski ruch oporu. Te
świnie jeszcze nie zrozumiały. Ale my ich nauczymy rozumu, za każdą
wyrysowaną kotwicę posyłamy ich na tamten świat – wyjaśnia mi. Będą się teraz
musiał przyzwyczaić do narodowososjalistycznej terminologii; gdy mówi się tu
o świniach, to ma się prawdopodobnie na myśli Polaków. Później często jeszcze
widywałem ten znak, ale także ofiary które pochłaniał.
Upiornie pozdrawiają mnie zdruzgotane frontony domów. Gdzie nie spojrzę,
wypalone mury, tylko parter i niekiedy jeszcze niższe piętra zdają się nie
uszkodzone. Nie, tam po drugiej stronie znajduje się dobrze zachowany
budynek. „Reichshof” – mogę odczytać duży napis. Sądząc po standardzie
stojących przed nim aut, musi to być hotel dla oficerów i wyższych
funkcjonariuszy partii. Budynek obok jest pewnie nocnym lokalem. Gdy
dokładniej tam spoglądam, mogę rozpoznać na wystawie zdjęcia gołych kobiet.
Całkiem osobliwy jest ten kontrast: obdarci ludzie, wychudzone twarze,
zdjęcia roznegliżowanych dam i jako tło – fasady strzaskanych i wypalonych
domów.