aqua
22.10.04, 11:06
Był sobie pewien gość, pisarz o ustalonej renomie, a mieszkał sobie w Maine.
Przeżywał trudny okres w życiu, brak weny twórczej, żona odeszła, itd., a tu
jeszcze doszło rozdwojenie jaźni. To znaczy było ich dwóch, ten z Maine sobie
whisky popijał, na kompie coś stukał, a ten drugi to we flaneli paradował, w
kapeluszu z szerokim rondem, tak jak prawdziwy wieśniak, heh. Ten pierwszy
publikował, że ho ho, A ten drugi tylko do szuflady pisał i krów pilnował.
Przyjechał do niego z Kentucky, taki spryciarz, i ni stąd ni zowąd zarzucił
temu drugiemu plagiat. I ten z Maine przejął się bardzo, bo plagiatu nie
popełnił, a ten z Kentucky też był pewny swego, bo to ten sam gość w końcu.
(ja nie mogę:)) Ten z Kentucky był jakby nerwowy, temu z Maine kota na
wstępie ubił i chałupę drugą spalił. No to ten z Maine zawiadomił kolegę i
podał swój (uaaa) rysopis, policję też zawiadomił, ale rysopis podał fałszywy
i numery samochodu podał fałszywe, bo niby z Florydy przyjechał. Spryciarz,
nie!!! Wtedy ten z Kentucky się wnerwił i temu z Maine dwóch kolesi ubił,
żeby nie szkodzili. No to ten z Maine przestraszył się i jazda klucze chować,
haha, drzwi ryglować, hahahaha, okna uszczelniać, błahahaha, straże stawiać,
uuuuuuu, kosmiczne mówię wam!