Dodaj do ulubionych

Edmund Niziurski w Kielcach

IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.05.05, 23:50
Hm, naukowcy z AŚ mogą, to i ja sobie trochę poględzę...

AWANTURY Kosmiczne. Przeczytałem ją w kilka godzin. Zacząłem jeszcze w księgarni. Kolacji nie zjadłem. Nocy nie przespałem. Wcześniej o redaktorach gazetki szkolnej, gdzie Tomcio Okist był jeszcze Ciamciarą czytałem w "Sposobie na Alcybiadesa". Potem było "Adelo, zrozum mnie", "Naprzód Wspaniali".
Wszystkie książki Niziurskiego czytałem natychmiast, chichrając za szafą i 'wzbudzając niepokój pedagogiczny babki'.

AWANTURA w Niekłaju - "pszenica, pszczoła, kształt, Kszyk" - ...a co ja będę tłumaczył, fani wiedzą, o co chodzi.

PRZYGODY Marka Piegusa (pierwsza i druga część) - wyglądają na półce najładniej. Przeczytałem je może tylko ze czterdzieści razy. Również wczesne produkcyjniaki nie były za często w użyciu. Natomiast cała reszta to obraz nędzy i rozpaczy - wracam do nich zdecydowanie zbyt często, jak na możliwości papieru. Niektóre (Księga Urwisów) mam w kilku wydaniach, bo zaczęły się rozchodzić w rękach.

13 PRZYGÓD Wuja Dionizego ...chyba taki tytuł ma teraz najnowsze wydanie "Klubu Włóczykijów".

Osobliwe PRZYPADKI Cymeona Maksymalnego. Ech, klasyka, nie umiem nawet napisać dość dobrej recenzji.

Nawiasem mówiąc, wystawa powinna się nazywać "Eminencje i bałłabancje" bo tak się nazywa wystawa u Niziurskiego. Mam nadzieję, że organizatorzy umieszczą na niej zarówno "obłok", jak i "padół".
Przy okazji oswiadczam, że jestem trzeźwy i nie grypsuję.

Panie Niziurski, kupowałem pańskie książki, ale to mi się wydaje zdecydowanie za mało w porównaniu z tym, co pan mi tymi książkami dał. Dziękuję. Wypadałoby Kielczaninowi coś tam powiedzieć o Zeromskim, ale dla mnie to pan jest pisarzem numer jeden.
Obserwuj wątek
    • Gość: behemot dywersanci IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 19.05.05, 16:26
      No i był, przyjechał.
      Dla mnie postać absolutnie kultowa.

      Było zaskakujaco.
      Na sali szok - sam babiniec. Niziurski opisywał wyłącznie przygody chłopców. Oczywiście w tle gdzieś tam czasami pojawiają się dziewczynki ale zawsze, bez wyjatku, na pierwszym planie są chłopcy ...a tu, na sali, same dziewczyny. Hm.

      Prelegenci też mnie zaskoczyli. Pan profesor Nr 1 przypomniał dzieło pt. "Gorące Dni". Dzieło jest w Kielcach dostępne tylko w bibliotece pedagogicznej ...co, ze wzgledu na jego zawartość, odbywa się z pożytkiem dla czytelników. Spodziewałem się, że Autor podczas odczytu będzie się wiercił na krześle, obleje się rumieńcem, bądź przerwie zagadując prowadzącego ale nie, Autor był dzielny. Popijał tylko kawę.
      Drugie omawiane dzieło - Księga Urwisów - traktowało dokładnie o tym samym, co pierwsze, czyli o zakładaniu spółdzielni produkcyjnej na wsi. Agitacja, socrealizm, naród z partią, partia z narodem, sojusz robotniczo chłopski, dywersanci z zachodu. Wszystko jest ...może z wyjatkiem zrzucania stonki ale wysadzanie kopalni w powietrze - owszem. Nawiasem mówiąc, jest to jedna z moich ulubionych książek. Mimo to, panie prelegencie, mógł pan sobie odpuścić ten socrealizm. Młodzież była na sali!
      • Gość: zx Re: dywersanci IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.05.05, 21:09
        czytalismy takie same ksiazki... .

        Ale to bylo
        • Gość: behemot wielkim pisarzem jest IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 19.05.05, 23:05
          Gorace Dni oraz Księga Urwisów były o tym samym ale są napisane inaczej.
          "Księgę" czyta się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. To jedna z najlepszych, a kto wie, czy nie najlepsza książka Mistrza. Walka o spółdzielnię rozgrywa się w tle dzikich wybryków czwartoklasistów. Natomiast "Gorące dni" to wyjątkowy knot. Ledwo przebrnąłem.

          Zarówno "Księgę", jak i "Gorące Dni" uważam za niegroźne. Knota nie dało się czytać. Nikt go chyba nie kupił. Ciężko go nawet w bibliotekach znaleźć. A "Księga Urwisów" ...no cóż, nastolatek ani wtedy (lata 70), ani teraz, nie wie co to była i czym groziła spółdzielnia produkcyjna. Poza tym ja, będąc bąkiem, w ogóle nie zwróciłem uwagi na polityczną wymowę tej książki. Wartka akcja i atmosfera łobuzerstwa przykryły oraz zneutralizowały wątek agitatorski.
          Zresztą, już w latach 60 Mistrz w zasadzie mógł pisać co chciał ...i już o spółdzielniach nie wspominał.
          W "Eminencjach i Bałłabancjach" przemyca jeszcze watki wczesnogierkowskie "my, rówieśnicy Polski Ludowej" ale o agitacji nie ma już mowy.
    • Gość: behemot Edmund Niziurski w Kielcach IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 19.05.05, 23:11
      Gazeto, czy my mamy wśród Kielczan drugiego tak wybitnego współczesnego pisarza? Moim zdaniem należy się Mistrzowi jakaś feta - w ostateczności czołówka.

      Czy to nie jest jakieś pieprzone zdziczenie obyczajów, żeby pisać o porachunkach alfonsów, gdy w mieście jest sam EDMUND NIZIURSKI? Nie wstyd Wam czereśniaki? Gdzie wyście się chowali, zjadacze chleba?
      • Gość: behemot Niziurski w Kielcach, Gazeta o alfonsach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 10:29
        Czy kupił ktos dzisiaj papierową Wyborczą? Nie ma nic o Niziurskim?
        Czyżby Gazeta nie wysłała nikogo na spotkanie?
        Nikt nawet nie zrobił zdjęcia?
        Nie macie zamiaru fetować osiemdziesiątych urodzin MIstrza?
        Straszny wstyd - może napiszę donos do Michnika, że kielecki dodatek pisze o alfonsach i o wrzucaniu ryb do stawu, a o jednym z najbardziej poczytnych pisarzy, kielczaninie, autorze kilkudziesięciu świetnych książek nawet się nie zająknął.
        Niech naczelna popatrzy w oczy komuś z centrali i powie, że faktycznie nic o Nizurskim nie napisała. Niech coś z tym zrobią, bo wstyd na całą Polskę.
    • Gość: Mon Re: Edmund Niziurski w Kielcach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 23:55
      Taaaa... Niziurski. Jego książki były inne. Za same nazwiska typu Wieńczysław Nieszczególny powinien dostać Nobla :) Wszystko tam było: i prawdziwa męska przyjaźń (w wydaniu chłopięcym) i prawdziwa platoniczna miłość. Czytając książki Niziurskiego zawsze czułem jakiś taki nieokreślony niepokój, jakieś zagrożenie. Do tej pory nie wiem co to było. Może zagrożenie ze strony świata "dorosłych"?
      • Gość: kropa Re: Edmund Niziurski w Kielcach IP: 213.199.193.* 03.06.05, 00:05
        Trafnie to ująłeś. Chyba kwintesencją tego było zakończenie Cymeona
        Maksymalnego.
    • Gość: Piegus niesamowite przygody IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.05.05, 11:05
      Wybierałem się na to spotkanie od dwóch dni, planowałem, o co się spytam, przygotowałem książkę pod autograf i aparat do cyknięcia zdjęcia ...i nie udało mi się dotrzeć. Miałem przygody, jak Marek Piegus. Chyba swoją obecnością w Kielcach Niziurski zakrzywił mi czasoprzestrzeń. Nie mogłem pokonać paru kilometrów.
      Niespodziewanie czwartek okazał się najbardziej pracowitym dniem od wielu lat.
      Zawiozłem dziecko do przedszkola. Pojechałem do pracy. Z powrotem do domu, żonę zawieźć na jakieś szkolenie. Potem do mechanika. Za godzinę wyjeżdżało dziecko na zawody, a wcześniej musiałem dostarczyc silnik. Potem z powrotem do pracy. Usiadłem na chwilę (miałem 5 minut czasu) ...i zaczęło się. Odebrałem pocztę na serwerze (żeby było szybciej) i odruchowo go wyłączyłem (tak jak zwykle robię ze swoim komputerem). Postawienie serwera ...minimum 20 minut. Juz byłem spóźniony. Biegiem do samochodu. Po drodze błysnął fotoradar - cholera, jeżdżę tamtędy codziennie i odruchowo zwalniam - a teraz zapomniałem. Dojechałem do centrum. Nie ma gdzie zparkować. Wjechałem na trawnik, trudno. Wychodzę z samochodu i ...wdepnąłem ...i to dość solidnie wdepnąłem. Pobiegłem wycierac buty o trawę ale to beznadziejne. Kupiłem w kiosku rolkę papieru toaletowego. Niestety bliższe oględziny wykazały, że trzeba się przebrać.
      Cholera, gdybym złamał obojczyk albo ręke, to bym poszedł na to spotkanie ...ale tak, z tym wszystkim na butach ...no nie mogłem właśnie Niziurskiemu tego zrobić.
      Błyskawicznie rozważyłem scenariusz, że buty zostawię na zewnątrz i wejdę w skarpetkach ...ale prawa nogawka też nie była tak czysta, jak zwykle.
      Wróciłem do domu.
      Jedno mnie tylko pociesza. Lektura Marka Piegusa - mogło byc gorzej.
      • Gość: tofik Re: niesamowite przygody IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.05.05, 17:39
        :)))))))))))))). Ty jednak posiadasz najwieksza zalete, jaka mezczyzna moze
        posiadac:)))). Potrafisz kobiete rozsmieszyc:)))). Dlatego Cie lubie:))). Ale
        zdumialo mnie, ze wdepnales w g.... w centrum miasta. What a surprise!:))))I
        prawa nogawka Twoich spodni nie byla czysta:))). Mnie tez tylko jedno
        pociesza... pewnie moglo byc gorzej. I obydwie nogawki mogles sobie jednakowo
        uszargac:))). I fotoradar mogl Cie wtedy "ucapic":))). I na kogo moglabym wtedy
        glosowac?:))))))))))))))))))))
    • Gość: behemot strasznie śmieszne IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 21.05.05, 18:43
      Konferencja naukowa ...znaczy, odczytywano z kartki różne przemówienia.
      Jedno z nich dotyczyło aspektów ludycznych w powieściach Mistrza. Znaczy się, rozchodziło się o to, w których momentach można się śmiać. Padło jakieś dwadzieścia przykładów ...osiemnaście razy byłem zdumiony ...w tym dwa razy mocno.
      Moim zdaniem świadczy to jednak o wielkości Mistrza, autora, który posługuje się tak szerokim repertuarem dobrego humoru i pogody ducha, że trafia do wszystkich ...no, chyba, że ktoś jest dziennikarzem kieleckiego dodatku Gazety Wyborczej. Niestety, Mistrz nie popełnił książki kucharskiej ani komiksów, więc skąd panie dziennikarki i panowie dziennikarzowie mieli o nim słyszeć?
      Nie był też alfonsem, nie pokroił nikogo nożem i nie wpuszczał ryb do stawu - po prostu był bez szans na wzmiankę w piatkowym wydaniu.
      Nie poszedł też pewnie do redakcji, nie zadzwonił, nie wysłał gotowca - znaczy się - facet nie istnieje albowiem "Nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek Zdrój."
      • Gość: tofik Re: strasznie śmieszne IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.05.05, 19:46
        Wiedzialam, ze sie nie bedziesz mogl takiemu "misiu" nadziwic:))))).Bo misia
        tez przeciez nie ma;)))). A Ladek jest. Ale nie wiem, czy ma wlasciwosci
        zdrowotne:))).
    • Gość: behemot ...i też jest śmiesznie :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.05.05, 12:29
      Szkolenie wojskowe studentów to jest zawsze ciekawa rzecz. Na przykład jeden taki oficer, prowadząc wykład, powie:
      - Jak wiadomo, woda wrze w temperaturze 90 stopni.
      Większość studentów nie ma nic przeciwko temu, w zasadzie ...bo co to kogo obchodzi? Zawsze jednak znajdzie się jakiś kutafon, który wstanie i powie:
      - Panie majorze, nie jest tak, woda wrze w temperaturze 100 stopni.
      No i pojawia się problem.
      Światły oficer zajrzy do notesu, poszuka i powie:
      - Faktycznie, woda wrze w temperaturze stu stopni. 90 stopni to jest kąt prosty.
      No i sprawa załatwiona.
      Niestety, czasami trafia się oficer nieoświecony i albo uda, że nie słyszy albo będzie się upierał przy swoim, albo moze nawet powie, że on od razu mówił, że było 100 stopni.
      ...i tak też jest śmiesznie :)

      Jak reaguje Gazeta ?
      Znajomo :)))))))
      • maotse ulica E.Niziurskiego? 26.05.05, 14:48
        Właściwie czemu nie? Trzeba będzie poczekać pewnie na inny zestaw radnych i rozpocząć lobbing.Jest kilka uliczek w naszym mieście zasługujących na takiego Patrona;)
        Ja też nie dałem rady dotrzeć na spotkanie,a marzył mi się autograf.
        Behemocie,zazdroszczę spotkania...
        • Gość: behemot Re: ulica E.Niziurskiego? IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 26.05.05, 19:37
          Ulica Niziurskiego w Kielcach to doskonały pomysł. Nie musimy zmieniać nazwy ulicy Sienkiewicza. Może mogłaby to być jedna z nowych ulic? Coś trzeba pomyśleć.

          Na pierwszej części Konferencji było sporo ludzi ...a właściwie dziewcząt ;-) Jednak w trakcie pasjonujących wykładów wymykały się one chyłkiem, no i powoli zaczynało być przestronnie. Miałem szczwany plan - przesuwać się do przodu.

          Pod autograf wybrałem sobie książkę "Eminencje i Bałłabancje" - wydanie z 1975 r. Wszystkich książek wziąć nie mogłem bo przyjechałem samochodem osobowym. Nie wziąłem też swojej ulubionej "Księgi Urwisów" ...bo trochę się bałem, że jak mnie ludzie zobaczą, ojca dzieciom, z taką lekturą na ulicy, to zaczną się pukać w glowę. Zamiast hard wybrałem więc wersję light, bowiem "Eminencje" są dla dorosłych.

          Autograf zdobyłem podczas pierwszej przerwy. Po jej ogłoszeniu ruszyłem się do przodu. Byłem pierwszy. Podziękowałem Mistrzowi za wspaniałe książki, które czytam od czasu, kiedy nauczyłem się czytać. To prawda, bo pierwszą moją książką był zbiór opowiadań "Nikodem czyli tajemnica gabinetu", które ściągnąłem ojcu z półki.
          Pożyczyłem długopis od organizatora i poprosiłem o autograf. Dostałem. Uścisnąłem dłoń. Za mną od razu ustawiła się kolejka, podskoczyło kilku fotografów.

          Prawdę mówiąc od dawna chcialem zdobyć ten autograf. Myślałem nawet dowiedzieć się adresu u wydawcy i jechac do Warszawy. Ale i tak mam pewien niedosyt - trzeba pomyśleć o dedykacji :)
      • Gość: Mon Re: ...i też jest śmiesznie :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.05.05, 18:46
        Co cóż, woda może wrzeć i w niższej temperaturze :)
        Kwestia ciśnienia (jakie wywiera oicer).
    • Gość: belfer Re: Edmund Niziurski w Kielcach IP: *.stnet.pl 26.05.05, 21:01
      A mojemu znajomemu dzieciakowi, któremu często pomagam pisać wypracowania, pani
      od polskiego "zadała" temat: "Kim był Edmund Niziurski?". Może myślała, że on
      już nie żyje?
    • szymonsilny Czapki z głów przed panem Edmundem 31.05.05, 08:54
      Drogi Autorze - dziękuję.
    • Gość: behemot Żak? IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 01.06.05, 21:59
      Panie Żak, panu też wszystko jedno? By pan tak ślicznie napisał o ociężałych redakcjach? Hę?
    • Gość: kropa Czy Mistrz jeszcze coś napisze? IP: 213.199.193.* 03.06.05, 00:12
      O ile pamietam miał być jeszcze trzeci Marek Piegus. Może coś było o tym
      mówione na spotkaniu?
    • Gość: behemot wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.06.05, 22:48
      Fragment książki "dla dzieci", tytuł "Siódme wtajemniczenie".
      Po takim fragmencie każdy ma o czym myśleć.


      Nasze łódki niemal zetknęły się z sobą.
      —Cześć! — powiedziałem.
      — Cześć. . . — mruknął.
      — Czy możesz mi powiedzieć, co to za kraina?—zapytałem.
      — Kongo— odparł.
      — A to świetnie. Nie mogłem lepiej trafić. Dokąd płyniesz?
      — W dół rzeki, do Wielkiej Wody.
      — A jak się nazywa ta rzeka?
      — Lulonga.
      Nie byłem pewny, czy słyszałem o takiej rzece, ale nie chciałem, by mnie
      wziął za ignoranta i nieuka, wobec tego zacząłem z innej beczki i zapytałem:
      — A jak nazywa się ta Wielka Woda, do której płyniesz?
      — Nie wiem — odparł — wiem tylko, że jest słona i można przez nią dostać
      się do Europy.
      Z satysfakcją stwierdziłem, że facet nie był zbyt mocny w geografii i to mnie
      ośmieliło.
      — Zapewne masz na myśli Ocean Atlantycki — uśmiechnąłem się — a więc
      wybierasz się na wakacje nad morze? Muszę przyznać, że jak na wczasowicza
      jesteś dość dziwnie wyekwipowany.
      — Nie wybieram się na żadne wakacje—powiedział—płynę do Europy!
      — Ty?!— osłupiałem.
      —To jest cudowny ląd—zapatrzył się w dal rozmarzonymi oczyma—wszyscy
      nasi chłopcy chcieliby zobaczyć go choć raz w życiu!
      — Hm, macie dość śmiałe zachcianki — chrząknąłem i spojrzałem na niego
      uważnie, czy przypadkiem nie jest stuknięty.
      On też przyglądał mi się podejrzliwie.
      — śmiesznie wyglądasz—zauważył.—Dlaczego pomalowałeś się na biało?
      — Wcale się nie pomalowałem—odrzekłem nieco urażony.
      — Więc jesteś prawdziwym białym chłopcem?
      — Oczywiście.
      —To dziwne—pokręcił głową—nigdy jeszcze biały chłopiec nie przypłynął
      tu na takiej małej łódce.
      — Bardzo możliwe, ale mnie się to przydarzyło — uśmiechnąłem się nie bez
      dumy. — Musisz wiedzieć, że czasem przydarzają mi się dziwne rzeczy.
      —Jesteś czarownikiem?—zapytał wystraszony.
      — Nie, skądże!— roześmiałem się.
      — Turystą?
      — Nie jestem turystą.
      — Myśliwym?
      — Nie.
      — Więc łowcą zwierząt do cyrku?
      Potrząsnąłem głową.
      — W takim razie kupcem? Handlarzem broni?
      — Coś ty?! Ja?
      —To może misjonarzem?
      —Nie wygłupiaj się!
      — Wiem. Na pewno należysz do ekipy filmowej. Macie tu niedaleko swój
      obóz.
      — Nie należę do żadnej ekipy — powiedziałem zniecierpliwiony — przypłynałem tu sam.
      —Zupełnie sam?— wytrzeszczył zdumione oczy.
      —Tak.
      Z Europy?!
      — Tak. Z samego środka. Konkretnie z Gnypowic Wielkich.
      —Z GnypowicWielkich—powtórzył rozmarzony—co za wspaniała nazwa.
      To świetnie! — wykrzyknął nagle i oczy mu zabłyszczały. — Zabierzesz mnie
      tam!
      —Zwariowałeś?
      — Musisz mnie zabrać!
      —Dlaczego?
      —Bo ja właśnie urwałem się stąd i uciekam—obejrzał się za siebie spłoszony.
      — Uciekasz?! Co się stało?!
      — Potem ci opowiem. . . teraz nie ma czasu. . . Jedziemy — gorączkował
      się—tylko szybko! Kierunek Gnypowice! Do wioseł!
      — Człowieku, czyś ty oszalał?! Do Gnypowic? Po co?! Zaręczam ci, że nie
      warto. Dostaniesz się między Blokerów i Matusów. . . Będziesz musiał być fuksem.
      . .
      —Ja? Fuksem?!— obruszył się.
      —I do tego czarnym! Rany boskie, człowieku, wyobrażam sobie jak cię będą
      szlifować i mydlić! A potem będziesz musiał przystąpić do Matusów, albo do Blokerów
      i znów się zacznie. . . Gdybym ci opowiedział, co ja musiałem przejść. . .
      Sam właśnie uciekłem stamtąd i nie mam ochoty wracać!
      — Ty? Stamtąd?!. . . Bujasz!—spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
      — Jak kocham hipopotamy! Naprawdę nie masz się tam po co pchać. Na
      pewno wpadłbyś jeszcze gorzej ode mnie. Mnie i tak się powiodło, bo przekupiłem
      ich mapą. Dostałem stopie´n porucznika, zostałem zwolniony od najcięższych
      prób, wtajemniczony i uzbrojony. Mimo to zdecydowałem się nawiać i przypłynąć
      tutaj. To miejsce wydaje mi się stokroć bardziej ciekawe.
      — Ciekawe?— powtórzył zaskoczony—a cóż tu jest ciekawego?
      — Wszystko! Zostanę tu na stałe.
      — I co tu będziesz robił?
      — Same wspaniałe rzeczy. Będę się bawił w dżungli. . .
      Czarny chłopak spojrzał na mnie przerażony.
      —Wdżungli?! Chyba sam nie wiesz, co mówisz! To jest zielone piekło! U nas
      dżunglą straszą małe dzieci. ˙ Zaden normalny chłopak nie zapuści się w dżunglę.
      Dostałby od starych lanie bambusem. Nikt tam nie wchodzi, gdy nie musi. To najwi
      ększa kara wygnać kogoś do dżungli. Duszno i ciemno. Jadowite pająki i węże!
      Mrówki gryzące na śmierć. Moskity zarażające febrą. Mucha tse-tse i śpiączka.
      Zdradzieckie kwiaty, trujące samym zapachem. . . Tam dają sobie radę tylko Pigmeje.
      — Och, wiem o tym — rzekłem niechętnie — uczyłem się geografii, nie potrzebujesz
      mnie straszyć. Zresztą nie muszę koniecznie żyć w dżungli jak Tarzan.
      Zajrzę tylko, żeby zobaczyć jak to wszystko wygląda. . .
      —A potem?
      —No. . . będę robił to co wszyscy. I tak urządzę się wspaniale. Będę się wspinał
      na palmy po kokosowe orzechy, oswoję sobie szympansa, będę polował na
      krokodyle, łowił ryby, jadł maniok i hodował drzewa kakaowe. Bardzo lubię kakao.
      . .
      Czarny uśmiechnął się szyderczo pod nosem.
      — I będziesz chodził do szkoły?
      — No, tego się nie da chyba uniknąć—westchnąłem.
      — ˙ Zal mi cię—skrzywił się czarny—zostaniesz fuksem i do tego białym. . .
      Wyobrażam sobie, jak ciebie będą nacierać i szlifować!
      — O nie — nastroszyłem się — to się już nie powtórzy. Nie po to tu przypłyn
      ˛ ałem, żeby znosić wszystko od początku. . .
      —Będziesz musiał—powiedział twardo—i wybij sobie z głowy, że będziesz
      mógł polować i łowić ryby, obżerać się kokosami i bałaganić na palmach. Nie
      dadzą ci. . .
      —Nie dadzą?! Będę tu przecież sam. . . i. . .
      —Nie będziesz sam.
      —Moi starzy zostali daleko. Kto mi nie da?!
      —Gnu i Kudu.
      — Nie ma tu żadnych Gnu ani Kudu, nie zawracaj głowy. Wiem dobrze, one
      są na sawannach.
      —Są tutaj — rzekł ponuro.
      —Niemożliwe. Tu w Kongo? Antylopy?
      —Nie, szczepy.
      —Nie słyszałem o takich szczepach.
      — Jasne, że nie słyszałeś — ściszył głos — bo to są tajne bractwa, które
      działają u nas w szkole. Będziesz musiał należeć albo do Gnu, albo do Kudu.
      — Ja?!
      — Wszyscy nasi chłopcy muszą.
      — Nie po to się urwałem z bractwa Matusków, żeby należeć do bractwa Kudu.
      . . To by się nazywało wpaść z deszczu pod rynnę—zasapałem wzburzony—
      ale ty pewnie nawet nie wiesz co to znaczy. Czy u was są rynny? A zresztą mniejsza
      z tym. W każdym razie nie mam żadnej ochoty należeć ani do Gnu, ani do
      Kudu!
      — Ja też nie chciałem, ale co z tego — westchnął czarny — nie będziesz
      bracie miał wyjścia. . . Chyba ucieczka. Tak jak ja. . .
      — Nie mam zamiaru uciekać.
      —No to będziesz musiał ich prosić, żeby cię przyjęli. Inaczej do ko´nca zostaniesz
      fuksem. Nie wytrzymasz. . .
      —Eh, gadanie—rzekłem nieco zbity z tropu—straszysz tylko, stary. Umyślnie
      chcesz mnie zniechęcić — spojrzałem na niego podejrzliwie. — Ja tu zostaję
      i koniec.
      Pokręcił głową z wyra´znym politowaniem.
      — No cóż, zrobisz jak zechcesz, ale pamiętaj, że ja cię ostrzegałem. Niestety
      widzę, że jesteś banan. Zielony, niedojrzały banan. Skoro tak się uparłeś, we´z
      przynajmniej moją bro´n, tarczę i dzidę.
      — Po co?
      — Jak to po co? — zdziwił się. — Przecież będziesz musiał zdobywać twierdz
      ę.
      —Jaką znów twierdzę?!
      —Twierdzę Mambo. No prędzej—zniecierpliwił się—ja już muszę uciekać.
      Czy słyszysz?!— znieruchomiał nagle—
      • Gość: behemot Re: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.06.05, 22:50
        — Jak to po co? — zdziwił się. — Przecież będziesz musiał zdobywać twierdz
        ę.
        —Jaką znów twierdzę?!
        —Twierdzę Mambo. No prędzej—zniecierpliwił się—ja już muszę uciekać.
        Czy słyszysz?!— znieruchomiał nagle—już się zaczęło.
        Istotnie po prawej stronie rzeki rozległo się dziwne bębnienie. Natychmiast
        z drugiej strony odpowiedziało mu inne. . .
        —Rzeczywiście, coś bębni—mruknąłem.
        — To tam-tamy bojowe— zasapał niespokojnie.—Czy rozumiesz ich grę?
        — No. . . nie bardzo.
        —Sygnał ataku na twierdzę—odparł spiesznie—najlepiej będzie jak się od
        razu włączysz. Zamiast mnie. . .
        — Zamiast ciebie? Jak to?
        —Bo to ja dzisiaj miałem zaatakować. . . ale wiesz, że nawiewam, więc ty zrobisz
        to za mnie. . . To cię urządzi, zobaczysz. . . Zaatakowanie twierdzy Mambo
        przez białego chłopca zrobi wielkie wrażenie na Kudu, na pewno uciekną w popłochu,
        a szczep Gnu w dowód uznania może cię zwolni od prób dla kandydatów.
        Muszę ci powiedzieć, że nie są one przyjemne. Na początek przekłują ci nos i zawiesz
        ˛ a znak szczepu.
        —Co takiego?!
        — Och, radzę ci, korzystaj szybko z okazji — począł mi wtykać gorączkowo
        swoją bro´n, ale odtrąciłem ją stanowczo.
        — Odwal się i przesta´n pleść głodne kawałki. Nie po to się urwałem od zdobywania
        twierdzy Persil, żeby zdobywać jakąś twierdzę Mambo. Nie ma tutaj
        żadnych twierdz — krzyknąłem rozwścieczony — nie może ich tu być! To tobie
        potrzebna jest bro´n, nie mnie! Jeśli jesteś taki wariat i koniecznie chcesz do
        Gnypowic, dam ci moje uzbrojenie. I tak będziesz musiał tam przystąpić do Blokerów
        albo do Matusów, więc lepiej jak się od razu włączysz—zamiast mnie—
        do akcji i zaatakujesz twierdzę Persil. Zaatakowanie twierdzy Persil przez czarnego
        chłopca zrobi wielkie wrażenie na Blokerach. Na pewno uciekną w popłochu,
        a Matusy w dowód uznania zwolnią cię od prób i mianują od razu porucznikiem. . .
        Trzymaj!
        Chciałem mu rzucić mój ekwipunek bojowy, ale on odepchnął go z niesmakiem.
        — Nie po to się urwałem od zdobywania twierdzy Mambo, żeby zdobywać
        jakąś twierdzę Persil — uśmiechnął się krzywo — przesta´n się zgrywać, stary.
        Tam nie ma żadnej twierdzy, tam nie może być tak jak tu. Tam musi być inaczej.
        Łżesz. I to tak głupio, że goryl by się uśmiał.
        — Co?!— wykrzyknąłem.
        — Ja wiem, jak tam jest, bracie. Tam wszystko jest o’kay!
        Zatkało mnie z oburzenia.
        — To po co bym tu przyjeżdżał, jakby tam było o’kay!
        —Po prostu musiałeś tam narozrabiać—przymrużył szyderczo oczy—i wida
        ć niewąsko, że aż tu cię przygnało. Od razu wiedziałem, że z ciebie lepszy
        numer. Znam się na takich ptaszkach.
        — To ty. . . to ty jesteś ptaszek — zasapałem dławiąc się ze złości. — Domy-
        ślam się, dlaczego tak ci pilno dać stąd drapaka i dlaczego trzęsiesz się cały jak
        galareta. Nóżka ci się powinęła, co? A może rączka sparzyła? Przyznaj się, bratku.
        A w ogóle, to mi się wydajesz poważnie stuknięty. Czy ciebie przypadkiem
        nie kopnął w dzieci´nstwie hipopotam?
        Tym razem jego zatkało.
        — To ciebie kopnął! — uderzył gniewnie wiosłem w wodę.
        Ja też uderzyłem. Obryzgała nas woda i łodzie nasze zakołysały się niebezpiecznie.
        . . Podniosła się wielka fala i rozdzieliła nas od siebie. Popłynęliśmy
        w przeciwne strony. . .
        Wiosłowałem ponuro i bez dawnego zapału. Łobuz popsuł mi całe wrażenie
        tymi swoimi bredniami. Gnu i Kudu! Twierdza Mambo! Też wymyślił! A jednak
        nie mogłem się pozbyć niepokoju. Krew dziwnie pulsowała mi w skroniach
        i coraz trudniej mi było wiosłować.Wybiłem się z rytmu przez tego bubka. A mo-
        że w ogóle zbyt się dzisiaj przetrenowałem? Byle do brzegu. . . jak najprędzej
        do brzegu, ale brzeg nie przybliżał się wcale, a nawet — spostrzegłem ze zdumieniem
        — jakby oddalał się ode mnie. Nie, to nie brzeg. . . to ja się oddalałem.
        Jakiś przemożny odpływ cofał mnie nieubłaganie wstecz. Zarys dżungli rozpłynął
        się w sinej mgle, daleko. Hipopotamy rozmazały się na szarym tle rzeki. Już ich
        nie mogłem odróżnić od fal. Czy to naprawdę były hipopotamy? Nagle zauważyłem
        łeb krokodyla. Podpływał do mnie z rozdziawioną paszczą. . . Zdrętwiałem. . .
        Nie, to nie był łeb krokodyla, to tylko stary damski pantofel na korkowej podeszwie.
        . . Kołysał się smętnie na brudnej powierzchni wody.
        Zrobiło mi się głupio i wstyd. Do licha, gdzie ja właściwie jestem?! Przetarłem
        zdenerwowany oczy. Nagle łódka uderzyła o brzeg. Spojrzałem bezradnie w górę.
        Nade mną wznosiła się twierdza Persil.
    • Gość: behemot Po co się wstępuje do partii IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.06.05, 22:59
      Po co się wstępuje do partii ...i w jaki sposób - nadal "Siódme Wtajemniczenie".

      I wtedy po raz pierwszy od czasu przybycia do tych okropnych Gnypowic
      zrozumiałem, że jako wolny strzelec nie mam tu żadnych szans. Kulawy Lolo,
      Nieradek i Frydek — oni wszyscy mieli rację. Moje sprawy nie ułożą się nigdy
      pomyślnie i do ko´nca szkoły będę fuksem, jeśli nie dokonam wyboru. Tak, nie
      ma innego wyjścia. Będę musiał wybierać między tymi draniami. Kiedy przystąpi
      ę do któregoś z tych związków, będę przynajmniej od jednej strony bezpieczny,
      a jeśli nawet oberwie mi się od drugiej, to będę wiedział za co. I zniosę wszystko
      łatwiej. Nawet najgorsze mydlenie można znieść bez ujmy dla honoru, jeśli odbywa
      się w boju. A więc powinienem przystąpić. . . Nie będzie chyba trudno, sami
      mnie dziś namawiali. Lecz do kogo przystąpić? Och, czy to nie wszystko jedno?
      Chodzę do klasy Blokerów, więc wygodniej byłoby do nich. Z drugiej strony to
      właśnie od Blokerów doznałem najwięcej udręki. . . nienawiść moja była zbyt silna.
      A zatem do Matusów. . . lecz wtedy nowy kłopot. Musiałbym przejść do ich
      klasy. Blokerzy nie znieśliby Matuska między sobą. Ładnie bym wtedy wyglądał.
      . . Chyba, że jak powiedział Frydek, zostałbym tajnym członkiem. Nie, taka
      kombinacja zupełnie mnie nie bawiła. . . Więc do kogo, u licha! Niech rozstrzygnie
      przypadek. Rzucę monetę. Jeśli wyjdzie orzełek, przystąpię do Blokerów,
      jeśli reszka, sprzęgnę się z Matusami.
      • Gość: behemot Sytuacja polityczna IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.06.05, 23:15
        Sytuacja polityczna. Układ sił w parlamencie. "Siódme Wtajemniczenie"

        "pętam się dziesięć lat po
        kraju, po różnych budach. Ta już jest szósta, rozumiesz? I pierwszy raz widzę coś
        podobnego! Pewnie, że w każdej budzie były jakieś paczki. . . po paru chłopaków
        w klasie, co trzymali razem, ale żeby całą szkołą trzęsły dwa wielkie gangi?!
        Niesłychane."
        • Gość: behemot system jednopartyjny IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.06.05, 23:29
          Nadal "Siódme Wtajemniczenie". W ostatnim rozdziale okazuje się, że system dwupartyjny tak naprawdę jest jednopartyjny.


          Więc wyszedłem po prostu na idiotę—rzekłem z goryczą.
          — Nie przejmuj się — mruknął ˙ Zarłoczny — to nie twoja wina. Organizacja
          czasem zawodzi. . . wiesz, w jakich pracujemy warunkach. Nasza drużyna jest
          przecież tajna. . .
          —Wasza drużyna?!— wytrzeszczyłem oczy.—Jaka znów drużyna?!
          W odpowiedzi ˙ Zarłoczny uchylił klapę marynarki i pokazał mi krzyż harcerski.
          . .
          Osłupiałem.
          —Przecież Lolo mówił, że po tej drace na jeziorach rozwiązali was. . .
          — Zawiesili. Aż znajdzie się ktoś, kto zgodzi się nas poprowadzić. Ale taki
          odważny się jeszcze nie znalazł. No więc co? Mieliśmy siedzieć i czekać z założonymi
          rękami? Postanowiliśmy działać sami. Oczywiście w tajemnicy, bo wątpię
          czy inaczej by nam pozwolili. Wiesz, my jesteśmy straszni — ˙ Zarłoczny westchn
          ˛ ał ciężko.
          — Wiem. . . — mruknąłem ponuro.
          —A swoją drogą to dziwne, ale od czasu jak jesteśmy tajną drużyną wszyscy
          chcą do nas należeć i prawie wszyscy należą. . .
          — Co nie przeszkadza im dręczyć pana Anielaka i szlifować fuksów — zauwa
          żyłem z goryczą.
          ˙ Zarłoczny chrząknął z zakłopotaniem.
          — To prawda, mało tu u nas aniołków, ale co chcesz, Bysiu. Dawniej było
          jeszcze gorzej. A teraz przynajmniej mamy to ambulatorium. Myślisz, że jak
          była prawdziwa drużyna, to nie próbowała zrobić coś takiego? Jeszcze jak, ale
          niewiele z tego wyszło. Dopiero teraz sprawa ruszyła z kopyta. Chłopaki lubią
          tajemniczość. Imponuje im, że mają siódme wtajemniczenie, najwyższe, którego
          nie znają sztaby, ani sztab Blokerów, ani sztab Matusków.
          — Ale po co ta cała komedia?
          — Komedia?
          —No z tym przychodzeniem do twierdzy. . . z tymi wyprawami niby dla zdobywania.
          . .
          — A gdzie mamy przychodzić? To przecież najlepsze miejsce. . . Nikt się nie
          wtrąca, nikt nie przeszkadza. . . No i w ogóle jakoś przyjemniej tutaj wkuwać,
          Bysiu, akurat tutaj, gdzie się kiedyś walczyło. Chłopaki mówili, że w twierdzy im
          lepiej wszystko wchodzi do głowy. Rozumiesz, mocować się z matmą w twierdzy
          to nie to co w domu. Jakiś dreszczyk tajemniczy pozostał. . . mózg lepiej pracuje,
          krew szybciej krąży. Naukowo stwierdzone, Bysiu — to mówiąc wziął mnie za
          puls.— U ciebie też się to objawia. . . Na przyszły raz radzę ci wziąć zeszyty.
          Wyrwałem rękę.
          — Nie mam zamiaru maczać palców w tym oszustwie!
          —Ech, po co takie słowo, Bysiu—obruszył się—to nie jest oszustwo tylko
          siódme wtajemniczenie. Sztub Matusów i sztab Blokerów po prostu nie są wtajemniczeni
          i tyle. . .
          — Dlaczego im nie powiecie!
          — Powiedzieć im? — ˙ Zarłoczny spojrzał na mnie osłupiały. Widać było, że
          taka myśl nigdy nawet nie zaświtała mu w głowie.—Coś ty! Cała rzecz straciłaby
          wtedy pieprza! Na tym przecież to wszystko polega, że oni nie wiedzą. Tylko tak
          jest ciekawie!
          —Więc wy dlatego tylko, żeby było ciekawie—zasapałem wzburzony.
          —No, nie. . . —odchrząknął Stef—szczerze mówiąc trochę nam ich żal. Tyle
          lat były te związki. Przywykliśmy do nich. Głupio jakoś byłoby im powiedzieć. . .
          — I tak się przecież dowiedzą — powiedziałem ponuro — oni już podejrzewaj
          ˛ a, że coś nie jest w porządku.
          —Pewnie, że to w ko´ncu się wyda, ale na razie nie ma potrzeby ich niszczyć,
          nie przeszkadzają nam, trzymają się wzajemnie w szachu i mamy spokój. Poza
          tym, jak widziałeś, pracują dla nas, organizują nam paczki. Wystarczy, że się ich
          ma na oku. . . U Matusków Lolo się tym zajął. On tam siedzi w kwaterze głównej
          i paraliżuje ich ruchy. . .
          —Lolo?!— wykrzyknąłem—Kulawy Lolo?!
          —Tak. Zaplątali się w sidła przez własne nałogi. Łakomstwo ich zgubiło i gra
          w karty. Nie mieli czym płacić i „pożyczali” sobie różne rzeczy z magazynu sztabowego.
          Wiesz, że Lolo jest magazynierem u Matusów. No więc oni rozkazywali
          Lolowi, jeden przed drugim, oczywiście w tajemnicy, żeby im Lolo wydawał gum
          ę do żucia, pestki, soki w puszkach, napoje gazowe i czekoladę. Lolo im to
          wszystko pożyczał z magazynu, ale brał pokwitowania. Każdy z nich zadłużył
          się poważnie, a teraz nie mają z czego oddać i Lolo ma ich wszystkich w garści.
          Boją się, żeby nie pokazał tych pokwitowa´n członkom i robią to, co każe. To on
          zakazał im kontrolowania twierdzy i wszelkich inspekcji, to on zmusił ich, żeby
          uchwalili przepisy o paczkach dla je´nców, o BHW, o ochotnikach. . . Dlatego teraz
          każdy, kto odczuwa potrzebę zabiegu naukowego zgłasza się na wymarsz do
          twierdzy, dostaje paczkę dla je´nca i idzie spokojnie, a sztab nie może się do tego
          wtrącać. . . To samo jest u Blokerów, w kwaterze Nieradka. Nieradek i jego sztab
          też są sparaliżowani.
          —Przez kogo?— zapytałem zdławionym głosem.
          —Za dużo chciałbyś wiedzieć, Bysiu—uśmiechnął się ˙ Zarłoczny.
          —Nie! Nie!—wykrzyknąłem wstrząśnięty.—To nie może być prawda! Nie
          zgadzam się! Kłamiesz! Wszystko kłamstwo!—wołałem z oczami pełnymi łez.
          — Biedny Bysiu — westchnął ˙ Zarłoczny — rozumiem, że chciałbyś się w to
          dalej bawić, i że to dla ciebie wstrząs. My też kiedyś wierzyliśmy we wszystko,
          w trumnę Klappera, w Wielki Wander, w wielką wojnę Matusów i Blokerów. . .
          braliśmy się za łby i staczaliśmy niesamowite walki. . . ale to nam się dawno znudziło.
          . . Jak długo można szukać tej przeklętej trumny? Jak długo można czekać
          na Wielki Wander? I dlaczego my i Matusy mamy być wrogami?
          — Ale przecież w szkole. . . — zasapałem rozdygotany — przecież w szkole
          wciąż nawalacie się. . . i wciąż trwa Wielka Kołomyja Elementarna!
          — Och, to tak z przyzwyczajenia. . . tradycja, Bysiu — uśmiechnął się pobła
          żliwie ˙ Zarłoczny — trochę ruchu na przerwie nie zaszkodzi. . . bawimy się
          i walczymy na niby. . .
          Zrozumiałem, że mówi prawdę. Tylko w ten sposób można było wyjaśnić te
          wszystkie niezrozumiałe rzeczy, które działy się w sztabach i w twierdzy. Ale
          mimo to nie mogłem się z tym pogodzić. Paliłem się cały z upokorzenia i wściekło
          ści. Pociemniało mi w oczach i zdawało mi się, że ze wszystkich kątów pokoju
          dobiega mnie szyderczy chichot.
          —Wy oszuści!— wykrztusiłem—nie chcę was znać!
          Stef roześmiał się.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka