Dodaj do ulubionych

dobra nowina dla ubogich

IP: *.chello.pl 07.08.07, 07:29
Ubodzy - moim zdaniem - dzielą się na takich, którzy pogodzili się ze swoim losem i na takich, co nie czują się zaszczyceni swoją biedą.
Pierwsi godzą się nawet na to, by ich przedstawiciele "przed Bogiem" świecili złotem jak starożytne bóstwa pokrywane złotą blachą. Dają temu wyraz kładąc przedostatni grosz na tacę (do koszyka). Godzą się również na odroczenie "wyroków boskich" do nieokreślonej przyszłości. W wieczności bowiem to ma być wszystko jedno.
Drudzy zaś przeciwnie: pragną bogactwa, które jest im dalekie, podziwiają je i zadowalają się tylko przelotnie namiastkami w rodzaju tego, że ktoś w ich imieniu np. pije wino ze złoconego kielicha. Oni by też chcieli jeździć mercedesami, pić wytworne trunki, spędzać wakacje na Bahama itd.
Kard. Dziwisz: "my wszyscy potrzebujemy ludzi, którzy gotowi są postawić wszystko na jedną kartę, w społeczeństwie, pośród ubogich głosząc Dobrą Nowinę słowem, a przede wszystkim życiem".
Ciekawe, o kim mowa ("my wszyscy"), jakąż to dobrą nowinę ma kardynał do zaoferowania jednym i drugim ubogim (w doczesności) i czy długo jeszcze będą się znajdowali tacy zapaleńcy, którzy by chcieli dzielić biedę z ubogimi. Dzisiaj wiele wskazuje na to, że wyrzeczenia i solidarność z biednymi raczej nie są ani charakterystyczną cechą, ani tym bardziej przedmiotem powołań kapłańskich młodych Polaków pukających do furt seminariów duchownych. Większość przedkłada bursztyny i wygodę. Ci młodzi bowiem, którzy czują się rzeczywiście solidarni z biednymi i cierpiącymi, podejmują się raczej ciężkiej pracy jako wolontariusze - np. w Domach Pomocy Społecznej. Tym cięższej, że dla pensjonariuszy dajmy na to hospicjów czy innych domów staruszków, a w szczególności dla pacjentów szczególnie mało obiecujących oddziałów szpitalnych (w rodzaju onkologii), dobrych nowin zazwyczaj nie mają i nic nie wróży, iżby mieli je mieć. Dlatego też - paradoksalnie - i tam górują nad nimi zawodowi czarodzieje, obiecujący za cierpienia coś, czym najprawdopodobniej nie dysponują: wieczne szczęście, jakoby proporcjonalne do intensywności cierpienia. Choć sami go unikają jak mogą.
Jeszcze nie tak dawno owi "namiestnicy pańscy" odradzali stosowanie środków przeciwbólowych, a nieco dawniej ich porady miały moc obowiązującą, podobnie jak zalecenia dotyczące poszczenia czy innej wstrzemięźliwości. U biedaków, rzecz jasna. Bogatsi wykupywali sobie dyspensy i odpusty.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka