Dodaj do ulubionych

Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-)

06.09.07, 16:13
Cześć dziewczyny! Przez jakiś czas tu nie zaglądałam - było to spowodowane
gorączką przedślubną, a potem czasem spędzonym z moim kochanym Mężemsmile
Pamiętam, jak lubiłam czytać opowieści tych z Was, które przeżyły już swój
niezwykły dzień, dlatego postanowiłam zamieścić tu również swoją.
Wszystko działo się we Wrocławiu 18 sierpnia 2007 roku. Noc przedślubną
przespałam nadspodziewanie dobrze - nie miałam kłopotów z zaśnięciem i spałam
do 8:00. Wstałam, wzięłam szybki prysznic i już po chwili pojawili się pierwsi
goście - tato i bracia mojego M. wraz ze swoimi połówkami, a także jego wujek
i mała kuzyneczka. Teść był podenerwowany, przez co i ja zaczęłam się troszkę
stresować - na szczęście 15 minut po ich przyjściu musiałam wyjść do
fryzjerasmile Moja osiedlowa fryzjerka - pani Justynka - spisała się świetnie!
Zrobiła mi fryzurę ładniejszą niż przy okazji czesania próbnegosmile Co ważne,
wszystko poszło bardzo sprawnie, więc po godzince byłam już w domu, gdzie
czekały na mnie mama oraz świadkowa - moja najlepsza przyjaciółka.
Dowiedziałam się od nich, że mój tato oraz reszta gości pojechali po kwiaty.
Wyjątek stanowił jeden ze szwagrów, który wybył wraz z dziewczyną szukać dla
niej butów na ślubsmile Dowiedziałam się również, że dosłownie 10 minut przed
moim przyjściem moja świadkowa, prasując swoją suknię żelazkiem na parę,
wylała na nią przypadkiem kamień z tego żelazka, a jako że sukienka była z
tafty, pozostała na niej plama. Biedna Betka tak się tym zestresowała, że
prawie się rozpłakała - na szczęście udało mi się ją jakoś pocieszyć i teraz
wspominamy to w kategoriach anegdotysmile Ok. 12.30 przyszła pani wizażystka.
Najpierw malowała Beatę, ponieważ nie było jeszcze fotografa, który miał
uwiecznić przygotowania. Zjawił się on jakieś 20 minut później, dzięki czemu
zdążył sfotografować malowanie wszystkich trzech pań (Beaty, mnie i mojej
mamy)smile Pani Ania zrobiła nam wszystkim piękny makijaż! Wszyscy goście,
którzy w międzyczasie wrócili, a także ci, którzy niedawno przybyli (czyli
mama mojego M. oraz jego najmłodszy brat) byli zachwyceni naszą
transformacjąsmile Wyjątkiem był tu znowu jeden ze szwagrów, który zadzwonił, że
wprawdzie udało mu się kupić buty dla dziewczyny, ale zostawił (nasz) samochód
na światłach i teraz nie może nim ruszyćsmile Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż
ów szwagier miał jechać po dziadków mojego M., którzy lada moment mieli zjawić
się na dworcuwink Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, bo ktoś (chyba
mój teść) pojechał po Łukasza i Anię, a następnie po dziadków. Wprawdzie ci
drudzy postanowili, że przed udaniem się do hotelu muszą nam jeszcze kupić
kwiaty i, kiedy babcia stała po nie w kolejce, dziadek gdzieś zniknął, ale na
szczęście wrócił na czassmile Dodam jeszcze, że nie była to ostatnia samotna
wędrówka dziadka mojego M. w tym dniu - wszystkie jednakowoż kończyły się jego
szczęśliwymi powrotamismile Kiedy pani Ania skończyła nas malować,
postanowiliśmy wszyscy, że ubierać będziemy się dopiero w hotelu, w którym
będzie wesele (znajduje się on ok. 5 minut jazdy od kościoła, w którym
braliśmy ślub). Dotarliśmy na miejsce ponad godzinę przed uroczystością,
przywitaliśmy się z kolejnymi gośćmi, którzy przybyli już do hotelu, a
następnie rozlokowaliśmy się w pokojach. Zaczęło się wielkie ubieranie -
wszystko szło dobrze do momentu, w którym okazało się, że mama z Beatą nie
mogą dopiąć mojej sukni! Było to zapewne spowodowane tym, że założyłam
biustonosz, który zajmował troszkę więcej miejsca niż ten wykorzystywany przy
przymiarkachsmile Ja wpadłam w lekką panikę, moja mama w ciężką i tylko Beatka
zachowała zimną krew. Ze stoickim spokojem wyjęła z torebki igłę i nitkę i
zaszyła mi ten zamek, nawet mnie przy tym nie drasnąwszysmile Zrobiła to tak
profesjonalnie, że zamek trzymał się do końca imprezy i ani drgnąłsmile Akcja
pt. "Ratowanie sukni" została zresztą uwieczniona przez fotografa, którego,
zgodnie z jego wolą, wpuściłyśmy do pokoju pod koniec ubierania. Gdy już
uporałyśmy się z moim strojem, a także z ubiorem mojej mamy i Beaty, do pokoju
weszli mój tato oraz M. Nigdy nie zapomnę tego zachwytu w jego oczach w
momencie, gdy mnie ujrzał!smile Następnie zeszliśmy na dół, porozmawialiśmy
jeszcze chwilę z gośćmi i wraz z moim teściem oraz świadkami wsiedliśmy do
auta. Przed kościołem czekał już na nas tłum gości, którzy byli zachwyceni
naszym widokiemsmile Gdy zobaczyłam roześmiane twarze tych wszystkich bliskich
mi osób, w ogóle przestałam się stresować!smile Po chwili rozmowy, w trakcie
której moja kochana ciocia, a zarazem mama chrzestna, zdążyła zawiesić mi na
szyi swój łańcuszek, moja mama zaprosiła wszystkich do kościoła. Na zewnątrz
zostałam tylko ja, mój tato, a za nami nasi świadkowie. Pomysł dotyczący tego,
że do ołtarza poprowadzi mnie tato, zrodził się spontanicznie na ok. godzinę
przed całą uroczystością. Pierwotnie zaplanowaliśmy to tak, że wejdę do
kościoła razem z Mariuszem, ale w dniu ślubu tato stwierdził, że jestem jego
jedyną córką i chce mnie poprowadzić - przyznam, że mnie tym rozczulił,
dlatego nie musiał mnie długo do tego przekonywaćsmile Gdy tak stałam z tatą na
dworze i mijały kolejne minuty, a organista nie zaczynał grać, tato
zestresował się i stwierdził, że nie czekamy, tylko wchodzimy. Tak też
zrobiliśmysmile Dzięki temu wchodziliśmy do kościoła w absolutnej ciszy tak, że
słychać było nawet dźwięki aparatówsmile A gdy tylko stanęłam już obok M.,
organista przypomniał sobie, że już po 16:00 i zaczął grać marsza weselnego,
którego odstaliśmy przed ołtarzem, ledwie powstrzymując się od tego, żeby nie
zacząć chichotaćsmile)) Do tej pory z Mariuszem się z tego śmiejemy, tym
bardziej, że on podobno dawał mi jakieś znaki, żebym jeszcze z tatą nie szła i
zaczekała na muzykę, a ja byłam tym wszystkim tak zaaferowana, że w ogóle tego
nie zauważyłamsmile Ślub był przepiękny, tym bardziej, że rozpoczął się od
uroczystego błogosławieństwa naszych rodziców - postanowiliśmy zorganizować je
w kościele, ponieważ trudno by nam było skoordynować w naszym mieszkanku
wszystkich gości, którzy chcieli je zobaczyć (rodziców chrzestnych, dziadków
itd.), gdyż mieszkamy ok. 40 minut drogi od kościoła, w którym braliśmy ślub,
a część gości była przyjezdna. Obie mamy podczas błogosławieństwa się
popłakały, tatusiom też niewiele brakowało - mówili do nas od serca i
pięknie... Msza była bardzo uroczysta - ksiądz powiedział nam niezwykle mądre
kazanie, podpisywaliśmy akty małżeństwa na ołtarzu, a cały kościół był cudnie
udekorowany przez zakonnice. Organista, mimo pierwszej wpadki, też świetnie
się spisał. Była to jedna z najpiękniejszych mszy, w jakich brałam udział i
bardzo mocno ją oboje przeżyliśmy... Chyba zresztą nie tylko my, bo część
gości powiedziała nam później, że tak ładnego ślubu jeszcze nie widzielismile
Po wyjściu z kościoła zostaliśmy obsypani niezliczoną ilością ryżu, pieniążków
i cukierków - oj mieliśmy co zbierać razem z naszymi świadkamismile Życzenia
składane nam przed kościołem były bardzo wzruszające - moje przyjaciółki się
popłakały, przez co i ja w końcu nie wytrzymałam i uroniłam łezkęwink
Potem była już zabawa do białego ranasmile Przedstawiciele hotelu Jasek
przewidzieli i zorganizowali dosłownie wszystko - od bardzo uroczyście
przeprowadzonego powitania chlebem i solą (czekaliśmy z M. na zewnątrz aż
wszyscy goście otrzymali od obsługi lampkę szampana, rodzice zostali ustawieni
w szyku, otrzymali tacę z chlebem i dowiedzieli się, co powinni nam
powiedziećwink, następnie Mariusz przeniósł mnie przez próg ku wielkiej uciesze
zgromadzonych goścismile), przez sprawnie podany obiad i kolejne potrawy aż po
życzenia złożone nam przez przedstawicielkę hotelu ok. godz. 22:00. Trzeba
przyznać, że cała obsługa pozostała miła i pomocna aż do końca uroczystości
(czyli godz. 5:00). Jedzenie było przepyszne i w ilościach nie do przejedzenia
- wszyscy goście do dzisiaj to podkreślająsmile Bawiliśmy się świetnie, zespół
grał rewelacyjnie (nie b
Obserwuj wątek
    • agniechan c.d.;-) 06.09.07, 16:16
      zespół grał rewelacyjnie (nie było nikogo, kto nie znalazłby w ich repertuarze
      czegoś dla siebie, ponadto grali bardzo profesjonalnie, mieli świetne pomysły, a
      wokalista miał taki głos, że momentami aż dech zapierało). Jedynym problemem
      było puszczenie piosenki na pierwszy taniec, ponieważ dostarczyliśmy płytkę
      dopiero po rozpoczęciu wesela i za nic nie chciała odpalić - lider zespołu
      bardzo się tym zdenerwował i zaczął nas przepraszać, wiemy jednak, że winni tej
      sytuacji byliśmy my, więc nie mieliśmy do niego żadnych pretensji. Na szczęście
      i z tej sytuacji udało nam się wybrnąć obronną ręką - zespół zaproponował nam
      odtworzenie piosenki w podobnym rytmie (wolny walc angielski). Zgodziliśmy się,
      choć oboje, a przynajmniej ja, byliśmy mocno zestresowani - nie dość, że walca
      angielskiego tańczyłam do tej pory 4 razy w życiu i miałam wrażenie, że nic już
      z tego nie pamiętam, to jeszcze musieliśmy tańczyć przy czymś innym! Wszystko
      poszło jednak nadzwyczaj dobrze - uroczyście wyszliśmy na parkiet, gdzie
      powitano nas brawami i po prostu zaczęliśmy tańczyć nasz układ. Postanowiłam
      całkowicie poddać się w tańcu mężowi i dzięki temu wypadliśmy supersmile Wprawdzie
      zmieniliśmy układ w trakcie tańca - z jednej figury zdecydowaliśmy się
      zrezygnować, inną wykonaliśmy dwa razy pod rząd, ale goście nawet tego nie
      zauważyli, a wszystkie figury nagradzali owacjami, które tylko przybrały na
      sile, gdy Mariusz pod koniec tańca klęknął przede mną i pocałował mnie w rękęsmile
      Dzięki tej przygodzie mamy teraz już dwie nasze piosenki - "Come away with me"
      Norah Jones, którą pierwotnie mieliśmy tańczyć oraz "When I need you", którą w
      końcu zatańczyliśmysmile
      Swoje wesele wspominam jako najwspanialszą i najweselszą imprezę, na której
      byłam. Moje koleżanki (wraz z jednym kolegą - żeby nie było, że go pominęłamwink)
      spisały się fantastycznie i, mianując się SEKTOREM C, razem z orkiestrą wciąż
      rozkręcały zabawę spontanicznymi śpiewami oraz wesołymi dedykacjamismile Parkiet
      był prawie cały czas pełny i wiele osób mówiło mi na drugi dzień, że bawiły się
      fantastycznie. Przez całą uroczystość byliśmy z Mariuszem uśmiechnięci od ucha
      do ucha, tańczyło nam się rewelacyjnie i cały czas czułam, że to Ten Jedynysmile
      Część gości (my także) wzruszyła się też podczas uroczystych podziękowań dla
      Rodziców - teraz bardzo cieszę się, że z nich nie zrezygnowaliśmy, choć
      początkowo mieliśmy taki pomysł.
      Poszliśmy z Mariuszem spać ok. 5:30, odkładając noc poślubną na następny
      wieczórwink Na drugi dzień ledwo chodziłam, a dół sukni był po prostu czarnysmile
      Wszystkim Wam dziewczyny życzę tego, aby Wasz dzień był równie wspaniały!

      Z mojego doświadczenia mogę Wam dziewczyny poradzić parę rzeczy, o których z
      Mariuszem nie pomyśleliśmy, a teraz wiemy, że powinniśmy byli:
      - dostarczcie Waszemu zespołowi płytę z piosenką na pierwszy taniec trochę
      szybciej niż w dniu ślubuwink,
      - ustalcie przed ślubem ramowy przebieg uroczystości w kościele - chodzi o
      sprawy czysto techniczne: jak ma wyglądać Wasz orszak ślubny, kiedy wchodzą do
      kościoła goście (przed, czy po Was), czy ksiądz do Was wyjdzie, czy nie, kiedy
      organista zacznie grać itd.,
      - nie woskujcie samochodu, do którego ma być przyczepiona ślubna ozdoba z
      kwiatów (nasza przez to odpadła i trzeba ją było dodatkowo mocowaćwink),
      - przynajmniej raz przymierzcie suknię ślubną w biustonoszu, który zamierzacie
      ubrać na uroczystość, sprawdźcie czy suknia się dopina, czy zapięcie jest
      solidne itd.
      Aha, my zdecydowaliśmy się na winietki oraz listę gości na drzwiach sali i,
      naszym zdaniem, pomysł ten sprawdził się w stu procentachsmile

      To by było chyba wszystkosmile Poniżej zamieszam link do kilku zdjęć:
      aga-i-mariusz.fotosik.pl/albumy/264427.html
      Na zakończenie chciałabym podziękować wszystkim tym, bez których nasz dzień nie
      byłby taki cudowny, a więc:
      - naszym wspaniałym Rodzicom, którzy pomogli nam zarówno finansowo, jak i
      organizacyjnie, a przede wszystkim duchowosmile,
      - naszym świetnym świadkom - Beatce i bratu mojego męża Michałowi - po prostu
      nie mogliśmy wybrać lepiej, gdyż Wasza pomoc i zaangażowanie były nieocenionesmile,
      - księdzu Kazimierzowi – to głównie dzięki Niemu msza była piękna i uroczysta,
      - hotelowi Jasek - jego pracownicy przygotowali wszystko bardzo profesjonalnie,
      - zespołowi Radioteka - spełnili nasze oczekiwania w stu procentachsmile,
      - fotografom (Sebastian i Marysia Paszkiewicz) - jesteśmy zachwyceni zdjęciami,
      a na sesji plenerowej bawiliśmy się świetnie,
      - wizażystce (pani Ania Bieszczad) - zrobiła nam nie tylko piękny, ale i trwały
      makijażsmile,
      - fryzjerce (pani Justyna) - fryzura też okazała się bardzo trwałasmile,
      - naszemu organiście oraz siostrom, które dekorowały kościół,
      - salonowi sukien Flossmann (wszystkie pozytywne opinie na jego temat nie są
      przesadzonesmile).

      Jeśli chcecie dziewczyny, żebym dała Wam jakieś namiary, piszcie do mnie na
      maila gazetowego.

      Pozdrawiam Was cieplutko i uwierzcie, że po ślubie jest jeszcze fajniej!wink
    • kinga.77 Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 06.09.07, 16:43
      Śliczny opis, zdjęcia też. Gratuluję i życzę powodzenia w małżeństwie smile Ja mam ślub 27.10.2007 i jestem dopiero na etapie ustalania menu w restauracji. Pozdrawiam!
    • mahoni Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 06.09.07, 19:58
      Bardzo milo czytalo mi sie Wasza slubna historie, najzabawniejszy
      watek bylo o Dziadkusmilehihi! wszystkiego najlepszego!! fajnie ze
      macie piekne wspomnienia, ja jeszcze jestem przed xxx
      • agniechan Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 07.09.07, 10:01
        Bardzo dziękuję za miłe słowa i życzę Wam z całego serca równie udanych ślubów i
        weselsmile
    • stokrottka2 Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 07.09.07, 14:09
      Przepiękna opowieść, miło się czyta. Zyczę Wam żebyście każdego dnia
      byli tak radośni jak w dniu ślubu!
      • mycha0211 Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 07.09.07, 19:38
        Hej ,mam dwa pytanka:w jakim Kościele braliście ślub?i czy mogłabyś
        jeśli to możliwe podać cenę od osoby w Hotelu Jasek?też jestem z
        Wrocławia.
        Pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego na NOWEJ DRODZE ZYCIA!
        • vibbeke Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 08.09.07, 10:49
          Gratuluje ! Super wyglądaliście razemsmileWszystkiego dobrego na nowej
          drodze życiasmile
          • agniechan Re: Nasz dzień, czyli opowieść okularnicy;-) 08.09.07, 14:20
            Bardzo dziękuję za wszystkie życzeniasmile Ślub braliśmy w kościółku, który
            znajduje się jakieś 10 minut drogi na piechotę od Hotelu Jasek - trafiliśmy tam
            zresztą po namowach właściciela hotelusmile Jest to kościół pw. św. Anny przy ul.
            Zduńskiej (dzielnica Wrocław-Widawa). Jeśli zaś chodzi o cenę wesela, to
            płaciliśmy 145 zł od osoby. Pozdrawiam!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka