Cześć dziewczyny! Przez jakiś czas tu nie zaglądałam - było to spowodowane
gorączką przedślubną, a potem czasem spędzonym z moim kochanym Mężem

Pamiętam, jak lubiłam czytać opowieści tych z Was, które przeżyły już swój
niezwykły dzień, dlatego postanowiłam zamieścić tu również swoją.
Wszystko działo się we Wrocławiu 18 sierpnia 2007 roku. Noc przedślubną
przespałam nadspodziewanie dobrze - nie miałam kłopotów z zaśnięciem i spałam
do 8:00. Wstałam, wzięłam szybki prysznic i już po chwili pojawili się pierwsi
goście - tato i bracia mojego M. wraz ze swoimi połówkami, a także jego wujek
i mała kuzyneczka. Teść był podenerwowany, przez co i ja zaczęłam się troszkę
stresować - na szczęście 15 minut po ich przyjściu musiałam wyjść do
fryzjera

Moja osiedlowa fryzjerka - pani Justynka - spisała się świetnie!
Zrobiła mi fryzurę ładniejszą niż przy okazji czesania próbnego

Co ważne,
wszystko poszło bardzo sprawnie, więc po godzince byłam już w domu, gdzie
czekały na mnie mama oraz świadkowa - moja najlepsza przyjaciółka.
Dowiedziałam się od nich, że mój tato oraz reszta gości pojechali po kwiaty.
Wyjątek stanowił jeden ze szwagrów, który wybył wraz z dziewczyną szukać dla
niej butów na ślub

Dowiedziałam się również, że dosłownie 10 minut przed
moim przyjściem moja świadkowa, prasując swoją suknię żelazkiem na parę,
wylała na nią przypadkiem kamień z tego żelazka, a jako że sukienka była z
tafty, pozostała na niej plama. Biedna Betka tak się tym zestresowała, że
prawie się rozpłakała - na szczęście udało mi się ją jakoś pocieszyć i teraz
wspominamy to w kategoriach anegdoty

Ok. 12.30 przyszła pani wizażystka.
Najpierw malowała Beatę, ponieważ nie było jeszcze fotografa, który miał
uwiecznić przygotowania. Zjawił się on jakieś 20 minut później, dzięki czemu
zdążył sfotografować malowanie wszystkich trzech pań (Beaty, mnie i mojej
mamy)

Pani Ania zrobiła nam wszystkim piękny makijaż! Wszyscy goście,
którzy w międzyczasie wrócili, a także ci, którzy niedawno przybyli (czyli
mama mojego M. oraz jego najmłodszy brat) byli zachwyceni naszą
transformacją

Wyjątkiem był tu znowu jeden ze szwagrów, który zadzwonił, że
wprawdzie udało mu się kupić buty dla dziewczyny, ale zostawił (nasz) samochód
na światłach i teraz nie może nim ruszyć

Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż
ów szwagier miał jechać po dziadków mojego M., którzy lada moment mieli zjawić
się na dworcu

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, bo ktoś (chyba
mój teść) pojechał po Łukasza i Anię, a następnie po dziadków. Wprawdzie ci
drudzy postanowili, że przed udaniem się do hotelu muszą nam jeszcze kupić
kwiaty i, kiedy babcia stała po nie w kolejce, dziadek gdzieś zniknął, ale na
szczęście wrócił na czas

Dodam jeszcze, że nie była to ostatnia samotna
wędrówka dziadka mojego M. w tym dniu - wszystkie jednakowoż kończyły się jego
szczęśliwymi powrotami

Kiedy pani Ania skończyła nas malować,
postanowiliśmy wszyscy, że ubierać będziemy się dopiero w hotelu, w którym
będzie wesele (znajduje się on ok. 5 minut jazdy od kościoła, w którym
braliśmy ślub). Dotarliśmy na miejsce ponad godzinę przed uroczystością,
przywitaliśmy się z kolejnymi gośćmi, którzy przybyli już do hotelu, a
następnie rozlokowaliśmy się w pokojach. Zaczęło się wielkie ubieranie -
wszystko szło dobrze do momentu, w którym okazało się, że mama z Beatą nie
mogą dopiąć mojej sukni! Było to zapewne spowodowane tym, że założyłam
biustonosz, który zajmował troszkę więcej miejsca niż ten wykorzystywany przy
przymiarkach

Ja wpadłam w lekką panikę, moja mama w ciężką i tylko Beatka
zachowała zimną krew. Ze stoickim spokojem wyjęła z torebki igłę i nitkę i
zaszyła mi ten zamek, nawet mnie przy tym nie drasnąwszy

Zrobiła to tak
profesjonalnie, że zamek trzymał się do końca imprezy i ani drgnął

Akcja
pt. "Ratowanie sukni" została zresztą uwieczniona przez fotografa, którego,
zgodnie z jego wolą, wpuściłyśmy do pokoju pod koniec ubierania. Gdy już
uporałyśmy się z moim strojem, a także z ubiorem mojej mamy i Beaty, do pokoju
weszli mój tato oraz M. Nigdy nie zapomnę tego zachwytu w jego oczach w
momencie, gdy mnie ujrzał!

Następnie zeszliśmy na dół, porozmawialiśmy
jeszcze chwilę z gośćmi i wraz z moim teściem oraz świadkami wsiedliśmy do
auta. Przed kościołem czekał już na nas tłum gości, którzy byli zachwyceni
naszym widokiem

Gdy zobaczyłam roześmiane twarze tych wszystkich bliskich
mi osób, w ogóle przestałam się stresować!

Po chwili rozmowy, w trakcie
której moja kochana ciocia, a zarazem mama chrzestna, zdążyła zawiesić mi na
szyi swój łańcuszek, moja mama zaprosiła wszystkich do kościoła. Na zewnątrz
zostałam tylko ja, mój tato, a za nami nasi świadkowie. Pomysł dotyczący tego,
że do ołtarza poprowadzi mnie tato, zrodził się spontanicznie na ok. godzinę
przed całą uroczystością. Pierwotnie zaplanowaliśmy to tak, że wejdę do
kościoła razem z Mariuszem, ale w dniu ślubu tato stwierdził, że jestem jego
jedyną córką i chce mnie poprowadzić - przyznam, że mnie tym rozczulił,
dlatego nie musiał mnie długo do tego przekonywać

Gdy tak stałam z tatą na
dworze i mijały kolejne minuty, a organista nie zaczynał grać, tato
zestresował się i stwierdził, że nie czekamy, tylko wchodzimy. Tak też
zrobiliśmy

Dzięki temu wchodziliśmy do kościoła w absolutnej ciszy tak, że
słychać było nawet dźwięki aparatów

A gdy tylko stanęłam już obok M.,
organista przypomniał sobie, że już po 16:00 i zaczął grać marsza weselnego,
którego odstaliśmy przed ołtarzem, ledwie powstrzymując się od tego, żeby nie
zacząć chichotać

)) Do tej pory z Mariuszem się z tego śmiejemy, tym
bardziej, że on podobno dawał mi jakieś znaki, żebym jeszcze z tatą nie szła i
zaczekała na muzykę, a ja byłam tym wszystkim tak zaaferowana, że w ogóle tego
nie zauważyłam

Ślub był przepiękny, tym bardziej, że rozpoczął się od
uroczystego błogosławieństwa naszych rodziców - postanowiliśmy zorganizować je
w kościele, ponieważ trudno by nam było skoordynować w naszym mieszkanku
wszystkich gości, którzy chcieli je zobaczyć (rodziców chrzestnych, dziadków
itd.), gdyż mieszkamy ok. 40 minut drogi od kościoła, w którym braliśmy ślub,
a część gości była przyjezdna. Obie mamy podczas błogosławieństwa się
popłakały, tatusiom też niewiele brakowało - mówili do nas od serca i
pięknie... Msza była bardzo uroczysta - ksiądz powiedział nam niezwykle mądre
kazanie, podpisywaliśmy akty małżeństwa na ołtarzu, a cały kościół był cudnie
udekorowany przez zakonnice. Organista, mimo pierwszej wpadki, też świetnie
się spisał. Była to jedna z najpiękniejszych mszy, w jakich brałam udział i
bardzo mocno ją oboje przeżyliśmy... Chyba zresztą nie tylko my, bo część
gości powiedziała nam później, że tak ładnego ślubu jeszcze nie widzieli

Po wyjściu z kościoła zostaliśmy obsypani niezliczoną ilością ryżu, pieniążków
i cukierków - oj mieliśmy co zbierać razem z naszymi świadkami

Życzenia
składane nam przed kościołem były bardzo wzruszające - moje przyjaciółki się
popłakały, przez co i ja w końcu nie wytrzymałam i uroniłam łezkę

Potem była już zabawa do białego rana

Przedstawiciele hotelu Jasek
przewidzieli i zorganizowali dosłownie wszystko - od bardzo uroczyście
przeprowadzonego powitania chlebem i solą (czekaliśmy z M. na zewnątrz aż
wszyscy goście otrzymali od obsługi lampkę szampana, rodzice zostali ustawieni
w szyku, otrzymali tacę z chlebem i dowiedzieli się, co powinni nam
powiedzieć

, następnie Mariusz przeniósł mnie przez próg ku wielkiej uciesze
zgromadzonych gości

), przez sprawnie podany obiad i kolejne potrawy aż po
życzenia złożone nam przez przedstawicielkę hotelu ok. godz. 22:00. Trzeba
przyznać, że cała obsługa pozostała miła i pomocna aż do końca uroczystości
(czyli godz. 5:00). Jedzenie było przepyszne i w ilościach nie do przejedzenia
- wszyscy goście do dzisiaj to podkreślają

Bawiliśmy się świetnie, zespół
grał rewelacyjnie (nie b