No tak, zostało 40 dni. Wszystko co mogliśmy przygotować do tej pory,
przygotowaliśmy. I od kilku dni coraz bardziej zaczynam "nie widzieć" całej
tej imprezy. I mam stresa.
Po pierwsze mam wizję taką i koszmary nocne że rodzina N spoźni sie na ślub.
Mają do przejechania ok 350 km, z dziećmi i starszymi osobami na pokładzie, a
planują przeznaczyć na to 4 godziny. Bo teściowa MUSI isc rano do fryzjera, bo
MUSZĄ coś zobaczyć po drodze, bo przecież i tak zdążą... Hotel jest dostępny
od 14 i wszystkich o tym informowaliśmy. Prosilismy zeby przyjechali
wczesniej, wtedy spokojnie ktos ich bedzie mogł w tym hotelu ulokowac, a potem
pilotowac do koscioła. Ale nie, przyjada na ostatnia chwile, beda pewnie
wydzwaniac co 5 minut i bedzie jeden wielki cyrk
Po drugie zaczynam się stresować jak wypadnie cała kolacja. Zaprosilismy w
sumie 36 najblizszych nam osób. 20 os to nasze rodziny, pozostałe 16 to
przyjaciele. Przy czym rodziny i przyjaciele z obu stron nie znaja się między
sobą i kurcze mam nadzieje ze uda sie ich zintegrowac na czas przyjęcia jakoś.
wiem że na weselach poznaje sie ludzi, jakos tak zaczyna sie rozmawiac z
sąsiadem przy stole i jest ok, ale zaczynam sie bac że mała ilosc osob nie
bedzie temu sprzyjała

Wprawdzie bedzie dodatkowy czynnik integrujący -
spora ilosć wina

ale ehhh
Nawet nie wiecie jak bym chciała mieć to już za sobą.
A jeszcze tydzień po naszym slubie tesciowa wyprawia drugie wesele

czyli
impreze u siebie w domu dla swojej czesci rodziny, ciotecznych babc, ciotek,
wujków nie wiadomo skad itd. Oczywiscie mamy sie stawic i byc główną atrakcją
wieczoru.