nethezielle
09.08.06, 15:52
Uwaga, będzie bardzo sentymentalnie...
Znajomy miłośnik Łodzi, artysta-malarz, dusza-człowiek p. Krzysztof
powiedział mi przed paroma miesiącami "Łodziak nigdy nie zadomowi się w
Warszawie".
W istocie. Zadomawiam sie na stołecznej ziemi od pól roku i... jakoś
zadomowić się nie mogę. Na początku niby wszystko bylo cudnie: nowa praca,
nowe miejsca, tyyyle do poznania, zobaczenia, posmakowania...
Wiec posmakowałam, wydeptałam swoje ścieżki, wysiedziałam swoje miejsca w
pubach, poznałam wspaniałych ludzi, nie przespałam wielu nocy, trochę
dorosłam.
Nigdy jednak nie przypuszczałam, że kiedy to, co nowe przestanie byc nowe,
kiedy nacieszę się już swobodą, to tak intensywnie zatęsknię za moją Łódką.
Znacie to uczucie, kiedy wysiadacie w pociągu na Fabrycznym i nagle widzicie
i czujecie "bardziej"? Jest późno i ciemno, na ulicach pustki, bo pada deszcz
a wy macie ochotę po prostu iść Sienkiewicza, Roosewelta, Piotrkowską i
oddychać tym trudnym miastem, które nosicie głęboko pod skórą? Czasem
towarzyszy mi przy tym niepohamowana ochota, by te brudne, kamieniczne mury
pogłaskać z czułością, z jaką drapie się za uchem stare, wierne psisko?
A Teofilów? Choć położony na obrzeżach, jest przecież epicentrum mojego
świata... Ostatnio w sąsiednim bloku przy Rydzowej uduszono starszą kobietę,
alkoholiczkę Wandzię. Pamiętam jak "od zawsze" krążyła w okolicach ryneczku,
zaczepiała ludzi, nie była agresywna, tylko "nieprzystosowana". Mówi
się: "jakie życie, taki zgon" a przecież mi jakoś tam jej żal...
Mieszkacie poza Łodzią i tęsknicie za nią? Tak jak ja marzycie by wrócić?
Dlaczego? Piszcie:o)