martunia.z.wielunia
02.03.25, 23:20
Miałam 50 lat, kiedy po latach milczenia dostaję list od kolegi z młodości. Pamiętam go jeszcze z czasów, kiedy byliśmy nastolatkami – wtedy był pełnym energii chłopakiem, z którym dzieliłam wiele wspólnych chwil. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Potem jednak nasze drogi się rozeszły, każdy poszedł swoją ścieżką, a kontakt powoli zanikał.
List, który trzymam teraz w dłoni, jest pełen sentymentów i wspomnień. Pisze, że chce się spotkać, powspominać tamte czasy. Na pierwszy rzut oka pomyślałam, że to miły gest, aż nagle coś we mnie zadrżało. Z jednej strony to naturalne, że po latach tęsknimy za przeszłością, ale z drugiej… to jest trochę dziwne. Tyle czasu minęło, a ja już mam swoje życie, swoje priorytety. Nie wiem, czego tak naprawdę oczekuje. Zastanawiam się, czy to nie jest jakiś sentymentalny wybryk, czy może po prostu potrzeba wyjścia z własnej rutyny.
Następnie zrozumiałam, że coś jeszcze mnie niepokoi. Pisze, że jest żonaty, otyły i skończył tylko zawodówkę. Co za różnica? – zapyta ktoś. Ale to coś zmienia. Wydaje mi się, że chciałby wyjść poza te swoje obecne ramy, poczuć się może lepiej, może młodziej. Wspomnienia o czasach młodości, które teraz wydają się tak odległe, stają się teraz dla niego jakby kołem ratunkowym, które pozwala mu uciec od tego, czym stał się teraz.
Jestem kobietą, która przez te 50 lat zmieniła się na wielu poziomach. Wiem, czego chcę, wiem, że przeszłość ma swoje miejsce, ale nie chce go żyć na nowo. Mam swoje zobowiązania, swoje cele, swoje życie, którego nie chcę zmieniać. Dlatego to spotkanie, choć pełne sentymentów, wydaje mi się bardziej czymś niepotrzebnym, może nawet niezręcznym.
Być może to tylko nostalgia z jego strony, a może chęć zamknięcia jakiegoś rozdziału. I choć serce podpowiada mi, żeby odpisać i dać mu szansę na ponowne spotkanie, rozum mówi, że czasami lepiej zostawić przeszłość tam, gdzie jej miejsce.