grba
16.09.05, 08:23
Piotr Lipiński 12-09-2005, ostatnia aktualizacja 12-09-2005 12:28
Po wojnie pytałem, czemu ten tata nie przychodzi, jak już inni wrócili
Im jest starszy, tym więcej myśli o ojcu. Nigdy go nie widział - tata zginął
na wojnie, kiedy on miał kilka miesięcy.
Gdyby chociaż jako dziecko mógł z dumą mówić: ojciec walczył na froncie. Ale
w Polsce nie mógł powiedzieć, że tata zginął w mundurze Wehrmachtu.
Zdjęcie z gnoju
Pierwszy raz zobaczył ojca na zdjęciu wygrzebanym z gnoju za domem. Mało tych
zdjęć się zachowało. Był prostym chłopem, ze wsi Bojszowy na Śląsku. Trzeba
by jechać do Pszczyny, Bierunia albo Katowic, tam były fotosalony.
Ta zagrzebana w gnoju fotografia była w dzieciństwie jedyną. Kilka innych -
po latach - syn zdobył od znajomych.
Tata na zdjęciu z gnoju był młody i przystojny. Zrobiono je w uroczystym
momencie - kiedy przywdział mundur, aby walczyć za III Rzeszę.
Kiedy wojna się skończyła, matka schowała zdjęcie do słoika i zagrzebała - za
takie wspomnienie o mężu i ojcu można było stracić życie.
Byłeś
"Wiem, że byłeś. Orałeś ziemię na Olszynkach, jesiennymi wieczorami zwoziłeś
ziemniaki ze Starej Wsi, woziłeś górnikom węgiel z Giszewaldu. Cieszyły cię
wieczory letnie, gdy twoje koniki hasały po zagrodzie. Radowała cię nuta
niedzielnych nieszporów, zapachy majowego kwiecia. Kochałeś chorą matkę,
jedyną siostrę i młodszego brata, a nade wszystko kochałeś swoją żonę - moją
matkę. I mnie. Byłeś ".
Te słowa Alojzy Lysko napisał kilka lat temu, kiedy przygotowywał książkę o
śląskich ojcach, których wcielono do niemieckiej armii. Takich ojców jak jego
na Śląsku było kilkadziesiąt tysięcy. W Wehrmachcie czuli się zapewne tak jak
ich śląscy koledzy w polskiej armii - obco.
Ginęli czasami naprzeciw siebie, tak jak pod Monte Cassino - po niemieckiej i
polskiej stronie.
Przez kogo właściwie zginął ojciec?
- Mama mówiła, że przez pieruńskiego Rusa - opowiada Alojzy Lysko. - Ojciec
zginął na froncie wschodnim. A ja w młodości myślałem: przecież Rosjanie się
bronili przed Hitlerem, to zginął raczej przez Niemców, którzy go zabrali do
wojska.
Bardzo trudno przecież żyć z myślą, że ojciec zginął w złej sprawie.
Przez imię się zatracił?
Może zginął przez fatum?
Ojciec i syn mieli tak samo na imię: Alojzy albo bardziej z niemiecka: Alojz.
To imię, i jeszcze Ludwik, chętnie dawano na Śląsku podczas wojny - pasowały
do polskiego i niemieckiego. Ale babce to się od razu nie spodobało. Mówiła: -
Nie dawajcie takiego samego imienia synowi co ojcu, bo jeden się zaraz
zatraci.
I wróżba się sprawdziła. Na froncie wschodnim, gdzieś na Ukrainie.
Na Śląsku pozostał kilkumiesięczny syn. Alojzy Lysko najpierw został
górnikiem, potem nauczycielem w szkołach górniczych, działaczem społecznym
szanowanym przez Ślązaków, dyrektorem szkoły.
- O swoim ojcu ludziom, którzy nie byli rodowitymi Ślązakami, nie mówiłem, bo
nie wiedziałem, jakie były ich doświadczenia wojenne. Takie sprawy potrafią
zrozumieć tylko miejscowi - opowiada.
Teraz Alojzy Lysko jest radnym śląskiego sejmiku. Kilka razy proponowano mu,
by startował w wyborach do Sejmu. Nie chce. Prędzej czy później ktoś wypomni
mu ojca z Wehrmachtu. Już go i tak LPR z jego powodu atakuje.
Siedzimy w jego domu w Bojszowach, w dziedzinie - jak tu mówią, czyli na
działce - w której rodzina żyje od co najmniej czterystu lat.
Alojzy Lysko powycinał wczoraj kartki. Na każdej zanotował kilka słów. Prosi,
żebym losował. Te kartki nazywa witrażami. Z nich kiedyś złoży się książka o
ojcu, a na razie witraże poprowadzą nas przez wspomnienia.
- Nie było dnia w życiu, żebym nie pomyślał o ojcu: kilka razy, dziesięć
razy - opowiada. - Sądziłem, że z wiekiem będę myślał coraz mniej, że będę
zapominał - tymczasem jest odwrotnie. Wszystko, gdziekolwiek jestem,
konfrontuję z ojcem. Jestem w Katowicach i widzę ratusz Bogucic, dawny, bo
dziś tam jest Akademia Ekonomiczna. A na nim wyryty rok: 1912. Myślę więc
sobie: widziałeś to, ojcze, czy nie? Do Chełmu jeżdżę z wielką miłością, bo
wiem, że ojciec tam bywał na rekolekcjach - mam takie zdjęcie. Ja jestem z
nim bez przerwy. Przy każdej decyzji zastanawiam się, co by powiedział
ojciec. Z matką byliśmy razem do końca jej życia, ale ona nie jest dziś tak
blisko mnie jak ojciec, którego nigdy nie znałem.
Ale więź z ojcem istnieje być może dzięki matce. Mówiła: - Ty nie wiesz,
synku, że on tu wciąż jest i się przygląda.
Kartka pierwsza: "Gość Niedzielny"
Od wieków żyli z Bogiem. Na starość matka ojca już nie chodziła do kościoła
przez chore nogi. Ale modliła się, a kiedy przychodził Popielec, ojciec ze
świątyni przynosił trochę czarnego popiołu, przyciskał czoło do maminego i
mówił: - Pamiętaj, człowiecze, żeś z prochu powstał i w proch się obrócisz.
W niedzielę po kościele ojciec kupował ukazującego się w Katowicach "Gościa
Niedzielnego". Okładki były ładne, kolorowane w sepii, a w środku papier
gazetowy. Tata czytał, a potem zszywał ze sobą kolejne egzemplarze.
Po latach na tych gazetach czytania uczył się syn. Dziś pieczołowicie
przechowuje je w teczce w szufladzie komody, na której stoją krucyfiks i
wizerunek Świętej Panienki Piekarskiej.
Kolejne zdjęcie, zdobyte po latach - u znajomych za stołem, pod ścianą domu,
siedzą panny uroczyście ubrane. Jak się bliżej przyjrzeć, widać, że zza okna
popatrują na nich panowie. Zdjęcie zrobiono jeszcze przed wojną.
To był "wyszkubek". Kiedy siostra ojca szykowała się do zamążpójścia, brat
urządził jej tradycyjną, kilkudniową uroczystość - dziewczyny z Bojszowów
kilka dni darły pierze na pościel dla panny młodej. Dziadek już nie żył, więc
to ojciec musiał wydać za mąż siostrę.
- To zdjęcie zrobiono już przed przyjęciem, na koniec uroczystości, wszyscy
są odświętnie ubrani, zaraz zasiądą do stołu, do jedzenia. Mój ojciec był
dowcipny. Nie lubił żuru - jak mu babcia nawarzyła, to nasuwał daszek na
czapce. - Żeby nie widzieć, co jem - mówił.
Kartka druga: czekanie
Ojcowie po wojnie wracali od strony stacji kolejowej. Ludzie godzinami
patrzyli w tamtą stronę.
- Po wojnie pytałem, czemu ten tata nie przychodzi, jak już inni wrócili z
wojny. Siadałem na słupku i patrzyłem pod las, czy nie widać taty. Pamiętam
starych dziadków, ojców, którzy siedzieli pod knajpą i patrzyli na Gostyniów,
na stację kolejową, czy stamtąd się ktoś nie zbliża. Niektórzy mieli
szczęście. Niestety, mój ojciec nie wrócił. A był taki przypadek, że
dziewczynka, jak jej powiedzieli, że stamtąd przyjdzie jej tata, to poszła do
lasu i tam się dziecko straciło. Może w rzece? Miałem wtedy trzy, cztery
latka.
Pamiętam płacz mamy. I modlitwy babki, ona odmawiała różaniec, rzykała, żeby
choć jeden syn z wojny wrócił, najlepiej mój tata, bo przecież już ma
rodzinę. Ja to czasami słyszałem, ale nie rozumiałem jeszcze, na czym ten
dramat polega. Ja wtedy jeszcze tak bardzo tego bólu nie odczuwałem. Dla mnie
było ważne, że miałem rówieśników, z którymi mogłem się bawić.
Bawiliśmy się w wojnę. Karabiny mieliśmy wystrugane z drewna. Babka mówiła: -
Wyciepcie te pieruńskie karabiny. Nie dzieliliśmy się w tej wojnie, kto
Polak, a kto Niemiec. Nigdy mi do głowy nie przyszły takie podziały. Po
prostu były dwie drużyny naprzeciw siebie.
Kiedy podrosłem, jak guślarz przywoływałem mojego tatę z dalekiej Ukrainy,
gdzie zginął. Tak jak synkowie się do mnie zwracają: tatusiu, tak ja swojego
ojca nawoływałem. Z moich ust często wydobywało się to słowo. Lecz zawsze
biegło w próżnię. Nie miałem do kogo powiedzieć: tato.
Ja swoją mamę nawet namawiałem, żeby wyszła za spotkanego na ulicy człowieka,
bo on mnie pogłaskał po głowie.
- A czemu ty chcesz, żebym ja wyszła za tego Augusta? - Bo on jest dobry. A
poza tym jak ty się za niego wydasz, to jo będę mógł jechać na kolonie. Jak
ktoś pracuje w fabryce, to jego dzieci jeżdżą na kolonie. A ja zac