Gość: Pioter
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
30.09.05, 09:39
Ruszono w poniedziałek. Zaraz po Samain. / I szli taką drogą: / Najpierw na
południe od Cruachan Ai, / Przez Miucc Cruinb, / Przez Terloch Teóra Crích,
bagniste łożysko jeziora, gdzie stykają się trzy krainy, / Potem koło Tuaim
Móna po skraju torfowiska, / Potem przez Cuil Silinne, gdzie leży Carrcin
jezioro, / Potem około Fid i Bolga, przez lasy i pagórki, / Dalej przez
Coltain i przez nurty Sinann (...)
...I w dalszym ciągu ta wyliczanka miejscowości, przez które szła armia
królowej Medb, zajmuje trzy strony. Czego to fragment? "Táin Bó Cuailnge"
czyli "Uprowadzenie stad z Cuailnge", staroirlandzkiego eposu. Wiele z tych
nazw można (podobno) zidentyfikować i pokazać na współczesnych mapach
Irlandii. Czy ma to jakiś związek z tematem wypracowania na święta (1
listopada 2001), zadanym przez Jany'ego Waluszkę? Ma. Ponieważ ta wyliczanka
irlandzkich bagien i pagórków, jest kwintesencją lokalności. Podobne gęste
nasycenie lokalnością mamy chyba tylko w Biblii, a szczególnie w Księdze
Jozuego i w Księdze Sędziów. Jeden i drugi naród, Żydzi z wielkim rozgłosem,
Irlandczycy z dużo mniejszym, przemienił swoją ziemię w Ziemię Świętą. Jak w
porównaniu z nimi wypada Polska? My żyjemy na ziemi zdecydowanie nieświętej.
Dawno temu nasi przodkowie przyjęli chrześcijaństwo, które swoją świętą
ziemię ma nad Jordanem i w jakimś stopniu nad Tybrem, ale na pewno nie nad
Wisłą. W 17-18 wieku budowano u nas święte miejsca czyli parki kultu pod
gołym niebem (łudząco przypominające święte miejsca szamańskich ludów
Syberii) i nazywano je "kalwariami", bo to miały być odbitki właściwego
Świętego Miejsca w Jerozolimie. Potem nasi literaci stworzyli wielką narodową
literaturę, ale jej miejscem akcji nie była ta ziemia, na której teraz
żyjemy, tylko cokolwiek dalej: Białoruś, dawniej nazywana Litwą, w "Panu
Tadeuszu" Mickiewicza i Ukraina w Trylogii Sienkiewicza. Przy czym swoją
Litwę Mickiewicz przynajmniej znał i pamiętał, a Naddnieprze opisane przez
Sienkiewicza było krainą całkiem fantastyczną i czysto literacką kreacją. O
ile mi wiadomo, Sienkiewicz osobiście Dzikich Pól nie widział, i inspirował
się preriami Ameryki, które był odwiedził. Trzecią jeszcze świętą krainę
udało się naszym twórcom wykreować pod koniec 19 wieku: Tatry i Podhale. I
wygląda, że to na tym koniec. Przeciętny Polak mieszka w miejscu, które go
ani ziębi ani grzeje, nie rozgrywa się tam akcja mitów (ani tych pradawnych,
ani tych nowszych literackich), nie zamieszkują jego ziemi żadne duchy,
bóstwa ani herosi, nawet gdyby wliczyć ewentualne postaci literackie. Gdyby
lokalność, o którą tu mi chodzi, czyli istnienie intymnych związków z ziemią,
z krajobrazem, z przestrzenią fizyczną i kulturową, dało się jakoś zmierzyć,
to jej poziom okazałby się dużo niższy niż w Anglii, Włoszech, Niemczech czy
w ogóle na zachodzie Europy. Kiedyś byłem w Norwegii, gdzie ktoś z
miejscowych uświadomił mnie, że tam ciągłość istnienia wielu farm chłopskich -
farm, nie miast! - sięga do lat 1300-nych. Ten długi wstęp potrzebny był mi
do wykazania, że problematyczna polskość Śląska, Pomorza i Prus jest tylko
częścią szerszego problemu, czyli naszego w ogóle zakorzenienia w ziemi, na
której mieszkamy. Można powiedzieć, że sprawa zakorzenienia jest wydumana i
sztuczna, bo przecież żaden naród nie mieszka "od zawsze" w tym kraju, gdzie
mieszka obecnie. Rzeczywiście, 10 tysięcy lat temu w Polsce leżał lodowiec i
ludzi nie było. Jeszcze 1600 lat temu w Europie nie było żadnego z obecnych
narodów: ani Polaków, ani Niemców, Francuzów, Włochów i tak dalej, tylko
etnosy, które definiowały się inaczej. Pewnie za następnych tysiąc lat, a
może prędzej, też żadnych Polaków nie będzie, a ludzie, którzy tu będą
mieszkać, być może o nas nie będą wcale pamiętać. Lokalność nie jest więc
czymś absolutnym, lecz czasowym i przemijającym. Co nie zmniejsza jej wagi.
Przynajmniej ja jestem przekonany, że związek narodu z jego ziemią dziwnie
przypomina związek człowieka z jego duszą. A z duszą zdarzają się kłopoty.
Wśród prymitywnych ludów znana jest jednostka chorobowa pod nazwą utrata
duszy. Ci nieszczęśnicy, którzy utracili duszę, najczęściej ponieśli tę
stratę za sprawą złych duchów lub złośliwych czarowników, którzy kradną
dusze. Kiedy tak się stanie, wtedy wkracza fachowiec-szaman i wyrusza na
niebezpieczne poszukiwania, podczas których (często) udaje mu się duszę tego
osobnika odzyskać. Nowocześni psychiatrzy nazwaliby tę jednostkę chorobową,
utratę duszy, po swojemu. W każdym razie jest to zjawisko realne, i według
mojego rozeznania, obecnie bardzo pospolite. Mam wrażenie, że znaczna część
ludzi przeżywa większość swojego życia w stanie utracenia duszy. Może mieli
ją kiedyś, na początku, w dzieciństwie, ale to było krótko i dawno. Dusza, ta
którą wykradają czarownicy, to takie dziwne stworzenie, które do swego
rozwoju wymaga szczególnego środowiska. Lubi stare mury, stare budowle. Ale
niekoniecznie one muszą być stare. Niektóre gmachy już w chwili wybudowania
są obdarzone dziwną mocą przyciągania i leczenia dusz. (Stanęła mi tu przed
oczami świątynia Sagrada Familia w Barcelonie, niedokończone dzieło Antonia
Gaudiego.) Ale dużo częściej są wznoszone budowle toksyczne, a na widok
niejednej z nich dusza gotowa jest sama uciec, nie czekając aż przyjdzie
demon i ją porwie. (Przykład: Dworzec Centralny w Warszawie.) Dusza lubi też
stare drzewa. Lasy i aleje. Bagna, trzciny i torfowiska; szczególnie
słowiańska dusza w nich gustuje (ale czy także np. dusza arabska, tego już
nie wiem). Także morze, jeziora i rzeki, ale koniecznie z czystą wodą. Widok
z wierzchowin gór i wzgórz, to też. Dusza potrzebuje też obecności duchów
przodków, którzy żyli w jej okolicy, śladów pamięci o przeszłości; muzyki,
pieśni, obrzędów, także ptaków i zwierząt. Dusza, aby nie dała się porwać i
utracić, musi żyć w związku z tym, co jest wokół niej. Jeśli ma stworzone
odpowiednie środowisko, trzyma się mocno i nie ucieka. Zakorzenienie narodu w
swojej ziemi jest (przynajmniej ja tak to czuję i rozumiem) szczególnym
przypadkiem posiadania właściwego środowiska dla duszy. Myślę, że jeśli
gdzieś pewnej społeczności udałoby się tak urządzić miejscowe środowisko, aby
ich duszom było tam dobrze, to ci ludzie, jako naród lub część narodu,
poczuliby się tam zakorzenieni. Zapewne są przykłady tego w świecie. Zapewne
dałoby się też tak urządzić polski Śląsk, Pomorze i Prusy, aby ziemie te i
ich miasta były odpowiednim środowiskiem dla duszy. Wymagałoby to wielu
szczególnych starań, wymagałoby - przede wszystkim - świadomości tej sprawy,
a tej w Polsce jest o wiele za mało. Stworzenie sprzyjającego środowiska dla
duszy jest trudniejszym zadaniem niż zaopatrzenie mieszkańców w prawo
własności, a także sprawienie, aby mieli pracę i bogacili się. Wygody dla
ciała (dobrobyt, sprawiedliwość i bezpieczeństwo) są łatwiejsze do stworzenia
niż wygody dla ducha, a jak widać nawet z tym są w Polsce nieustanne kłopoty.
Ale pewnie można wzmocnić poczucie zakorzenienia: w tym celu należy zostawiać
więcej starych drzew w lasach i przy drogach. Kryć dachy dachówką a nie szarą
falistą blachą. Chronić bagna i ptaki. Restaurować zabytki i budować nowe
domy tak, żeby się ich nie wstydzić. Nie szatkować całej przestrzeni płotami-
zasiekami. Nie rozrzucać torebek foliowych. Nie wywozić śmieci do lasów. To
niektóre działania na materię. Potrzebne są także (i są jeszcze ważniejsze)
działania na świadomość: poczuć się spadkobiercami ludzi, którzy na tych
ziemiach kiedyś żyli, kontynuatorami ich pracy, chronicielami tego, co tamci
stworzyli. Zaakceptować przeszłość i nie przekłamywać jej. Zapewne trzeba
uczyć dzieci w szkołach nie tylko tej wielkiej, państwowej historii o
Sobieskim i Piłsudskim, ale również tej małej, lokalnej, tłumaczącej dlaczego
w jakiejś Jeleniej Górze albo Słupsku jest teraz tak jak