sloneczko1
05.08.06, 10:51
Dwa oblicza okrucieństwa
W Świętochłowicach ginęły dwie generacje więźniów. Pod niemiecką i pod polska
flagą – mówi Gerhard Gruschka.
Gerhard Gruschka, niemiecki nauczyciel na emeryturze, jest jednym z ostatnich
żyjących więźniów obozu dla Ślązaków w Świętochłowicach-Zgodzie. Po 50 latach
milczenia napisał książkę, która w Niemczech i w Polsce wywołała wstrząs.
Gruschka poruszył temat tabu, bo ani Niemcy, ani Polacy nie chcieli tych
obozów pamiętać. Były więzień, dzisiaj posiwiały, dystyngowany pan,
przyjeżdża czasem do Świętochłowic, żeby stanąć w miejscu, gdzie kiedyś stał
jego barak nr 7.
- Ginęły tu dwie generacje więźniów. Pod niemiecką i pod polska flagą -
stwierdza Gerhard Gruschka. - Ale gdy rozmawiam z niemieckimi dziennikarzami,
proszą: niech pan dalej nie mówi, to za straszne. W Polsce słuchają uważnie.
Nie uciekli przed Armią Czerwoną
Poniemieckie obozy na terenie Górnego Śląska w styczniu 1945 roku w całości
przejął Urząd Bezpieczeństwa. W Zgodzie w ciągu 300 dni tego roku zginęło
prawie dwa tysiące ludzi, a prawdopodobnie więcej. To było za dużo nawet dla
UB. Komendant Zgody Salomon Morel został ukarany - dostał trzy dni aresztu
domowego.
14-letni Gerhard Gruschka trafił do obozu w kwietniu 1945 roku. NKWD
aresztowało go w rodzinnych Gliwicach. Dlaczego? Nie wiedział. Teraz jednak
uważa, że powód nie był potrzebny. NKWD musiała wypełnić kontyngent więźniów.
Przeszłość, przekonania, wiek i płeć zatrzymanych, nie miały znaczenia.
Dlatego w Zgodzie razem z nim siedzieli powstańcy śląscy, antynaziści,
obcokrajowcy, kobiety i dzieci. Jego ojciec został wyrzucony z pracy z Kolei
Niemieckich w Opolu za poglądy antyhitlerowskie, sam Gerhard wyleciał z
Jungvolkjunge (organizacja nazistowska dla dzieci). Rodzina nie chciała
uciekać przed Armią Czerwoną.
- Na Górnym Śląsku mieszkali głównie prości robotnicy, ludzie, którzy dzięki
trzeźwości umysłu byli odporni na ideologię - dowodzi Gruschka. - Kto miał
coś na sumieniu, wyjechał przed nadejściem Rosjan.
Gerhard nie należał nawet do Hitlerjugend.
Ołtarz czy ojczyzna?
- W III Rzeszy nie można było nigdzie nie należeć. Zapisywanie dzieci do
Jungvolkjunge, a potem Hitlerjugend odbywało się automatycznie, nie można
było tego uniknąć. Potem wszyscy młodzi musieli być w obronie
przeciwlotniczej. To spotkało właśnie obecnego papieża Benedykta XVI -
wspomina Gruschka.
Górny Śląsk był jednak bardzo religijny, a to nie podobało się nazistowskim
władzom. Obowiązkowe apele Jungvolku przesunięto na czas niedzielnej mszy.
Gerhard, za zgodą rodziców, przestał się na nich pojawiać. Wyleciał z
opinią: "Służba przed ołtarzem jest dla niego ważniejsza niż służba
ojczyźnie".
- Kto nie należy do żadnej państwowej organizacji, ten nie może chodzić do
szkoły - usłyszał Gerhard od dyrektora gimnazjum. Ale dyrektor, który nie był
zwolennikiem nazizmu, znalazł wyjście. Zapisał go do chóru. Nauczyciel śpiewu
przyjął niemuzykalnego ucznia bez słowa.
3 stycznia 1945 roku uczniowie dostali rozkaz zdejmowania portretów Hitlera
ze ścian. Zbliżała się Armia Czerwona.
Za drutami Zgody
- Pewnego dnia zobaczyłem na ulicy pochód więźniów, prowadzony przez
esesmanów. Był mróz, więźniowie szli zataczając się, mieli cienkie drelichy,
ciasne drewniaki. Esesmani strasznie ich bili, a słabych rozstrzeliwali przy
wszystkich, na ulicy. Wtedy dowiedziałem się, że są obozy koncentracyjne.
Dotychczas rodzice tylko o nich szeptali - mówi Gerhard.
Nie przypuszczał, że wkrótce sam znajdzie się wśród więźniów. 14-latek nie
zdawał też sobie sprawy, jaką nienawiść do siebie wywołali Niemcy za
rozpętanie wojny i ludobójstwo. Przekonał się o tym, gdy był już w Zgodzie.
Komendant zapowiedział, że dopóki on będzie żył, żaden Niemiec nie zostanie
bez kary.
Miasto przejęła Armia Czerwona. NKWD oddało chłopca UB. Po torturach, bo
kazano mu się przyznać, że należał do HJ, znalazł się za drutami obozu.
Rodzice nie mieli pojęcia, co się z nim dzieje.
Zgoda była w czasie wojny pomocniczym obozem Auschwitz, więźniowie pracowali
w hucie. Gerhard zobaczył baraki, druty pod napięciem sześciu tysięcy woltów,
wszędzie niemieckie napisy. I barak śmierci, jak przyznaje Gruschka,
diabelski wynalazek hitlerowców. Wewnątrz była woda i schody. W zależności od
kary, więzień stał na różnych ich stopniach.
Komendant Morel
Trafił do baraku nr 7, zwanego brunatnym. Najgorszego, przeznaczonego dla
tych, których oskarżano o przynależność do nazistowskich organizacji. Obóz
był zatłoczony do granic możliwości - wszędzie wszy, brud i pluskwy. Barak nr
4 przeznaczono dla kobiet.
- Śmierć mogła nadejść z każdej strony. Głód, ciężka praca, bicie i tortury w
nocy i w dzień. W końcu choroby. Gdy wybuchła epidemia tyfusu, ludzie
umierali masowo - mówi Gruschka.
Komendant Salomon Morel był młody, miał 26 lat. Potężnie zbudowany, bił
pięścią, gumową pałką i taboretem. Zabijał własnymi rękami. - Brał ciężki
taboret i siedziskiem rozbijał więźniowi głowę. To był jego pomysł - opowiada
Gruschka.
Miał jeszcze inny sposób - piramidy. Na leżących więźniów rzucał innych, aż
powstał wysoki stos. Ci na dole rzadko przeżywali. Najgorsze było to, że na
te tortury i zabijanie trzeba było patrzeć. Strażnicy przyglądali się
uważnie, kto odwraca wzrok.
- Moi bliscy zginęli w Auschwitz i wy za to odpowiecie - zapowiedział Morel.
Jego bliscy naprawdę zginęli, ale nie w Auschwitz. Takie słowa pozbawiały
jednak niemieckich więźniów wszelkiej nadziei. Każdy z polskich strażników
poniósł podczas wojny jakąś stratę. Gruschka wspomina, że nosili medaliki z
Matką Boską, ale bili.
Więźniowie Zgody umierali wszędzie - w umywalni, w toalecie, na pryczy.
Głównie z wycieńczenia. Gdy się przechodziło, trzeba było omijać trupy.
Nikogo to nie dziwiło.
W lipcu 1945 roku wybuchła epidemia tyfusu. Nie można już było opanować
sytuacji; ludzie leżeli pokotem w urynie i kale. Nie było żadnych lekarstw.
Gerhard również zachorował. Niewiele pamięta z tego czasu, czasem dostawał
wodę czy zupę. A potem znów zapadał w ciemność.
15 urodziny
Gdy oprzytomniał, obóz był wyludniony. Baraki stały prawie puste. Zniknęli
ludzie, których znał, ocaleli nieliczni. Strażnicy poluzowali regulamin. Nie
było już apeli, dostarczano więcej jedzenia. I można było zawiadomić
bliskich, że się żyje.
Gerhard zobaczył matkę zbliżającą się do obozu. Szła wolno, w lęku przed tym,
co zobaczy. Mógł tylko przez druty dać jej znak. Wyglądał jak upiór, ale żył.
Był szczęśliwy; widział matkę, dostał od niej obiad i tort, bo właśnie
skończył 15 lat. Rozmowa była jednak zakazana.
Pozostałych przy życiu więźniów we wrześniu 1945 roku wywieziono do
centralnego obozu w Jaworznie. Stamtąd na ochotnika zgłosił się do pracy w
Krakowie i trafił do więzienia przy ulicy Czarnieckiego.
- Rodzice walczyli o moje zwolnienie. W końcu się udało. Pewnego wieczoru
zostałem wypuszczony, tak jak stałem, na ulicę. Przeraziłem się; nie znałem
języka, nie miałem pojęcia, jak z Krakowa dojechać do domu. I stało się coś,
czego się nie spodziewałem - wróciłem do więzienia i poprosiłem, żeby
zatrzymali mnie na noc - opowiada Gruschka.
Naczelnik zgodził się. A rano dał mu nawet śniadanie. - Nie zapomnę tego. Bo
pomimo niepojętych, okrutnych rzeczy, jakie się działy, nigdy nie przestałem
wierzyć w ludzkie dobro i człowieczeństwo - mówi Gruschka.
Nie zapomnę
Gerhard Gruschka studiował w Niemczech teologię i historię. Nie był w stanie
zapomnieć Zgody, ale przez pół wieku nie mógł o tym swobodnie mówić. Dopiero
pięć lat temu na terenie byłego obozu stanął pomnik.
Gruschka powiedział wtedy: - Myślę, że zmarli z Auschwitz nie będą mieli nic
przeciwko temu, gdy we wspomnieniach położę ich obok zmarłych ze
Świętochłowic.
Obóz Zgoda
Obóz koncentracyjny w Świętochłowicach