grba
27.07.08, 14:39
Wolfgang Heidenreich
Moja Alemania.
Notatki o przestrzeni życiowej w środku Europy
© Wolfgang Heidenreich, 1998
Jeszcze zanim się dowiedziałem, że moją fryburską ojczyznę można
zaliczyć do językowego i kulturowego krajobrazu imię jakiemu
Alemania, gdzie bez tłumaczy, omijając wszelkie granice i bez
wyjaśniania tożsamości narodowej, mogą się porozumiewać po alemańsku
językowo spokrewnieni sąsiedzi z pięciu ziem (francuskiej Alzacji,
niemieckojęzycznej Szwajcarii, helwecko-retyckiego Lichtensteinu,
przedgórskiej Austrii oraz szwabsko-alemańskiej krainy południowo-
zachodnich Niemiec), do “mojej Alemanii” należało jedno miasto, a
raczej nie: – tylko ta obsadzona drzewami i zaludniona przez dzieci
ulica fryburskiego przedmieścia, na której wyrosłem. Śpiewna
bryzgowijska alemańska gwara mojej mamy, w której pomimo wpływu
miasta zachowało się jeszcze dosyć dużo wiejskiej soczystości,
nadawała domowy przytulny ton językowemu światu naszej rodziny,
gdzie słychać było współbrzmienia i współgłosy przodków. Wiekami
byli oni rybakami i szkiperami na jeziorze Bodeńskim, włościanami i
rzemieślnikami w Breisgau (regionie, który w ciągu 400 lat należał
do Wiednia jako Przednia Austria). Ma się rozumieć, austriackie
stulecia wniosły do rodziny alpejskie i południowo-tyrolskie geny.
Prócz tego, z franko-pfalckiej rodziny mojej babki ze strony ojca
wyzierało kilka francuskich twarzy. Z tego rodzinnego świata
zniknęły, zatonęły w zawierusze wojny, po nauczycielsku odszlifowane
lecz skłonne do kalamburów i przekomarzań intonacje ojca, który
przysyłał z początku pełne pewności zwycięstwa, później tęskne listy
z Francji, Rosji, póki nie zamikł, kiedy za wielkie niemieckie
szaleństwo zapłacił swoim mizernym, ale jedynym swoim, obcym dla
mnie życiem.
Kiedy poszedł on z wojskami Hitlera, aby z początku podbijać a
później umrzeć, ja zetknąłem się jeszcze z dwoma językami, wcześniej
mi nie znanymi: językiem szkoły głoszącej dzieciom mojego wieku, że
pojawiły się na świecie w roku wyzwolenia (1933); i językiem radia z
jego propagandowymi fanfarami. Poza tym był jeszcze język codziennej
gazety,która nazywała się Aleman i była mieszczańsko-zjadliwym
napastliwym pismem nazistów. Wrzaskliwa, buńczuczna patetyka,
polemiki zatrutej wojną prasy, a ponadto język szkoły, gdzie
powarkiwały militaryzowane intonacje komendy, tworzyły umundurowany
świat języka, który wyrzucał rozkazy, slogany, hasła. Należał doń
również język cywilnych nazistowskich nauczycieli, którzy nam,
dzieciom, stawiali wymagania być szybkimi jak charty, mocnymi jak
rzemienie i twardymi jak stal Kruppa, abyśmy prawem dzieci rasy
panów i niezwyciężonych żołnierzy w niedalekiej przyszłości przejęli
zarządzanie wszystkimi podbitymi krajami – trudno byłoby to
realizować posługując się domorosłą serdecznie-rubaszną gwarą. Ten
nieżołnierski język słyszałem w podwórzach i warsztatach przy mojej
ulicy, podczas dziecinnych zabaw i bijatyk z watahami chłopców z
innych ulic, a niebawem, kiedy do naszych domów przyszedł głód,
usłyszałem go od skąpych chłopów z podmiejskich okolic, poznawanych
przy rozmaitych operacjach wymiennych (dywany na ziemniaki), którzy
okazywali się niemile grubiańscy i bezwzględni w stosunku zarówno do
ludzi, jak i do bydląt.
Mając dwanaście-trzynaście lat mogłem być świadkiem upadku
nazistowskiej Alemanii, demontażu językowych rynsztunków, z poza
których wyłaniały się smutek, hańba, obłuda, rozpadające się figury
bohaterów. Tylko przestarzałe koła gwary poskrzypywały sobie, tak
jakby nie miała ona nic wspólnego z tym szaleństwem “jedności ziemi
i krwi”, jakby nie była zdyskredytowana ustami piewców nazizmu,
samowolnie ogłaszających ją energicznym prajęzykiem narodu o
niemieckich korzeniach. I oto teraz poczęła ona układać wiersze o
wybawionej ojczyźnie, tak jakby nigdy nie zajmowała miejsca przy
wspólnym stole na tym krwawym weselu.
A dla dzieci rozbitych agresorów rozpoczęły się lekcje francuskich
oddziałów wychowawczych, które weszły w nasze szkoły z ersatz-
szybami do rozbitych okien, żeby z bezlitosnymi nutkami w głosie
przywieść nas do nowej prawdy: teraz waszą powinnością jest schylić
swoje kwadratowe i ciężkie łby nad książkami aby pozbyć się
skłonności do ciemnoty i barbarzyństwa. A będzie nam przewodził
lekko i elegancko bystry intelekt francuskich zwycięzców, prowadząc
w przyszłość z nowym subordynacyjnym porządkiem gdzie światły
romański rozum potrafi zademonstrować germańskiej tępawej woli jaką
drogą idzie się od barbarzyństwa do kultury. Taką pozostała w mej
pamięci zwycięska pyszałkowatość panującego języka, przed którym
L’Allemagne powinna była pokornie klęczeć, zanim znów pozwoli się
jej uczyć chodzić wyprostowanej.
Długo jeszcze przy wspomnieniach o tej nauce moja pamięć, poniżana
przez pyszałkowatych komisarzy gorzała rumieńcem wstydu. Moja
Alemania pokutowała za hańbę swojej imienniczki de L’Allemagne i
wszystkie języki, którymi u nas rozmawiano lub pisano, niosły na
sobie piętno klęski i niedołęstwa, a już tym bardziej gwara.
Dlatego też potrzebne mi były niezwykłe wysiłki abym studiując język
niemiecki i literaturę potrafił odnaleźć moją Alemanię jako obszar
godności własnej, a moją alemańską gwarę jako język przyjaznego
porozumiewania się z sąsiadami. Przesiadywałem nad książkami,
odkrywałem w naszym regionie genialne przekłady średniowiecznych
mnichów, epicką i liryczną wirtuozerię minezengerów, renesansową
żywiołowość, humanistyczny, powołany do przekraczania granic
oświeceniowy optymizm. Otwierały się przede mną widnokręgi wielkich
przełomów i nadziei, swobodne życie i aktywna działalność poetów,
drukarzy i wydawców książek, kaznodziejów, artystów i obywateli
okolic Mediolanu, Bazylei, Kolmaru, Fryburga, Sztrasburga, Mainzu i
Kolonii. Była to przestrzeń życiowa w jakiej rozkwitały i zaczynały
znajdować zastosowanie w dziedzinach kultury języki ludowe, z
którymi, pod niosącymi natchnienie wiatrami Alemanii, nasi
przodkowie uczyli się obchodzić wolnomyślnie i z miłością, uczenie i
z humorem.
Wyruszałem więc na otwarte morza na Okręcie błaznów Sebastiana
Brandta (1457-1521), śpiewałem razem z Erazmem świecką, napisaną w
ciągu trzech dni gościny u Tomasza Morusa w Anglii Pochwałę głupoty
(1511). Te cudaczne, a głęboko przemyślane dzieła niezależnych i
nieuprzedzonych umysłów oswobadzały poglądy, wyostrzały słuch,
oddalały od marności świata, przydawały godności i znaczenia ziemi,
na której powstały.
Lecz nie tylko nad książkami moja Alemania opamiętywała się od
poniżenia i zniewagi. Już w połowie lat 50. znów pojawiła się
możliwość podróżować z pogranicznego rejonu do Szwajcarii oraz
Alzacji, poznawać ojczyznę w perspektywie historycznej. Wyruszaliśmy
na rowerową pielgrzymkę przez zbombardowany Breisach do Kolmaru,
żeby zobaczyć Isenheimski ołtarz – sztuka o światowym poziomie
pomagała nam stwarzać swój obraz świata. W muzeach Bazylei
widzieliśmy zaskakujące dzieła współczesnych malarzy i rzeźbiarzy,
których naziści uważali za degeneratów i ukrywali przed nami.
Poznawaliśmy romańską Alzację i gotyckie katedry, szukaliśmy na
Sztrasburskim Münsterze “autografu” młodego Goethego. Alemania
zwracała nam swoje bogactwa i wszystkie armie, wszyscy podżegacze do
mordów w wojnach o spuściznę, wszyscy napadający na obrazy, wojskowi
pobrzękujący szablami mogliby najwyżej tylko unicestwić te skarby,
ale nie wyrwać ich u właścicielki – tej innej, i mam nadzieję,
prawdziwej Alemanii.
W pamięci pozostała też całkiem inna historia. Będąc studentem
pracowałem w górach Jury Szwajcarskiej – razem z majstrami i
wieśniakami rozwiązywaliśmy problem zaopatrzenia w wodę jednej z
górskich wiosek. Codziennie zasiadałem tu do stołu wraz z liczną
rodziną, członkowie której