Moja Alemania

27.07.08, 14:39
Wolfgang Heidenreich
Moja Alemania.
Notatki o przestrzeni życiowej w środku Europy
© Wolfgang Heidenreich, 1998

Jeszcze zanim się dowiedziałem, że moją fryburską ojczyznę można
zaliczyć do językowego i kulturowego krajobrazu imię jakiemu
Alemania, gdzie bez tłumaczy, omijając wszelkie granice i bez
wyjaśniania tożsamości narodowej, mogą się porozumiewać po alemańsku
językowo spokrewnieni sąsiedzi z pięciu ziem (francuskiej Alzacji,
niemieckojęzycznej Szwajcarii, helwecko-retyckiego Lichtensteinu,
przedgórskiej Austrii oraz szwabsko-alemańskiej krainy południowo-
zachodnich Niemiec), do “mojej Alemanii” należało jedno miasto, a
raczej nie: – tylko ta obsadzona drzewami i zaludniona przez dzieci
ulica fryburskiego przedmieścia, na której wyrosłem. Śpiewna
bryzgowijska alemańska gwara mojej mamy, w której pomimo wpływu
miasta zachowało się jeszcze dosyć dużo wiejskiej soczystości,
nadawała domowy przytulny ton językowemu światu naszej rodziny,
gdzie słychać było współbrzmienia i współgłosy przodków. Wiekami
byli oni rybakami i szkiperami na jeziorze Bodeńskim, włościanami i
rzemieślnikami w Breisgau (regionie, który w ciągu 400 lat należał
do Wiednia jako Przednia Austria). Ma się rozumieć, austriackie
stulecia wniosły do rodziny alpejskie i południowo-tyrolskie geny.
Prócz tego, z franko-pfalckiej rodziny mojej babki ze strony ojca
wyzierało kilka francuskich twarzy. Z tego rodzinnego świata
zniknęły, zatonęły w zawierusze wojny, po nauczycielsku odszlifowane
lecz skłonne do kalamburów i przekomarzań intonacje ojca, który
przysyłał z początku pełne pewności zwycięstwa, później tęskne listy
z Francji, Rosji, póki nie zamikł, kiedy za wielkie niemieckie
szaleństwo zapłacił swoim mizernym, ale jedynym swoim, obcym dla
mnie życiem.

Kiedy poszedł on z wojskami Hitlera, aby z początku podbijać a
później umrzeć, ja zetknąłem się jeszcze z dwoma językami, wcześniej
mi nie znanymi: językiem szkoły głoszącej dzieciom mojego wieku, że
pojawiły się na świecie w roku wyzwolenia (1933); i językiem radia z
jego propagandowymi fanfarami. Poza tym był jeszcze język codziennej
gazety,która nazywała się Aleman i była mieszczańsko-zjadliwym
napastliwym pismem nazistów. Wrzaskliwa, buńczuczna patetyka,
polemiki zatrutej wojną prasy, a ponadto język szkoły, gdzie
powarkiwały militaryzowane intonacje komendy, tworzyły umundurowany
świat języka, który wyrzucał rozkazy, slogany, hasła. Należał doń
również język cywilnych nazistowskich nauczycieli, którzy nam,
dzieciom, stawiali wymagania być szybkimi jak charty, mocnymi jak
rzemienie i twardymi jak stal Kruppa, abyśmy prawem dzieci rasy
panów i niezwyciężonych żołnierzy w niedalekiej przyszłości przejęli
zarządzanie wszystkimi podbitymi krajami – trudno byłoby to
realizować posługując się domorosłą serdecznie-rubaszną gwarą. Ten
nieżołnierski język słyszałem w podwórzach i warsztatach przy mojej
ulicy, podczas dziecinnych zabaw i bijatyk z watahami chłopców z
innych ulic, a niebawem, kiedy do naszych domów przyszedł głód,
usłyszałem go od skąpych chłopów z podmiejskich okolic, poznawanych
przy rozmaitych operacjach wymiennych (dywany na ziemniaki), którzy
okazywali się niemile grubiańscy i bezwzględni w stosunku zarówno do
ludzi, jak i do bydląt.

Mając dwanaście-trzynaście lat mogłem być świadkiem upadku
nazistowskiej Alemanii, demontażu językowych rynsztunków, z poza
których wyłaniały się smutek, hańba, obłuda, rozpadające się figury
bohaterów. Tylko przestarzałe koła gwary poskrzypywały sobie, tak
jakby nie miała ona nic wspólnego z tym szaleństwem “jedności ziemi
i krwi”, jakby nie była zdyskredytowana ustami piewców nazizmu,
samowolnie ogłaszających ją energicznym prajęzykiem narodu o
niemieckich korzeniach. I oto teraz poczęła ona układać wiersze o
wybawionej ojczyźnie, tak jakby nigdy nie zajmowała miejsca przy
wspólnym stole na tym krwawym weselu.

A dla dzieci rozbitych agresorów rozpoczęły się lekcje francuskich
oddziałów wychowawczych, które weszły w nasze szkoły z ersatz-
szybami do rozbitych okien, żeby z bezlitosnymi nutkami w głosie
przywieść nas do nowej prawdy: teraz waszą powinnością jest schylić
swoje kwadratowe i ciężkie łby nad książkami aby pozbyć się
skłonności do ciemnoty i barbarzyństwa. A będzie nam przewodził
lekko i elegancko bystry intelekt francuskich zwycięzców, prowadząc
w przyszłość z nowym subordynacyjnym porządkiem gdzie światły
romański rozum potrafi zademonstrować germańskiej tępawej woli jaką
drogą idzie się od barbarzyństwa do kultury. Taką pozostała w mej
pamięci zwycięska pyszałkowatość panującego języka, przed którym
L’Allemagne powinna była pokornie klęczeć, zanim znów pozwoli się
jej uczyć chodzić wyprostowanej.

Długo jeszcze przy wspomnieniach o tej nauce moja pamięć, poniżana
przez pyszałkowatych komisarzy gorzała rumieńcem wstydu. Moja
Alemania pokutowała za hańbę swojej imienniczki de L’Allemagne i
wszystkie języki, którymi u nas rozmawiano lub pisano, niosły na
sobie piętno klęski i niedołęstwa, a już tym bardziej gwara.

Dlatego też potrzebne mi były niezwykłe wysiłki abym studiując język
niemiecki i literaturę potrafił odnaleźć moją Alemanię jako obszar
godności własnej, a moją alemańską gwarę jako język przyjaznego
porozumiewania się z sąsiadami. Przesiadywałem nad książkami,
odkrywałem w naszym regionie genialne przekłady średniowiecznych
mnichów, epicką i liryczną wirtuozerię minezengerów, renesansową
żywiołowość, humanistyczny, powołany do przekraczania granic
oświeceniowy optymizm. Otwierały się przede mną widnokręgi wielkich
przełomów i nadziei, swobodne życie i aktywna działalność poetów,
drukarzy i wydawców książek, kaznodziejów, artystów i obywateli
okolic Mediolanu, Bazylei, Kolmaru, Fryburga, Sztrasburga, Mainzu i
Kolonii. Była to przestrzeń życiowa w jakiej rozkwitały i zaczynały
znajdować zastosowanie w dziedzinach kultury języki ludowe, z
którymi, pod niosącymi natchnienie wiatrami Alemanii, nasi
przodkowie uczyli się obchodzić wolnomyślnie i z miłością, uczenie i
z humorem.

Wyruszałem więc na otwarte morza na Okręcie błaznów Sebastiana
Brandta (1457-1521), śpiewałem razem z Erazmem świecką, napisaną w
ciągu trzech dni gościny u Tomasza Morusa w Anglii Pochwałę głupoty
(1511). Te cudaczne, a głęboko przemyślane dzieła niezależnych i
nieuprzedzonych umysłów oswobadzały poglądy, wyostrzały słuch,
oddalały od marności świata, przydawały godności i znaczenia ziemi,
na której powstały.

Lecz nie tylko nad książkami moja Alemania opamiętywała się od
poniżenia i zniewagi. Już w połowie lat 50. znów pojawiła się
możliwość podróżować z pogranicznego rejonu do Szwajcarii oraz
Alzacji, poznawać ojczyznę w perspektywie historycznej. Wyruszaliśmy
na rowerową pielgrzymkę przez zbombardowany Breisach do Kolmaru,
żeby zobaczyć Isenheimski ołtarz – sztuka o światowym poziomie
pomagała nam stwarzać swój obraz świata. W muzeach Bazylei
widzieliśmy zaskakujące dzieła współczesnych malarzy i rzeźbiarzy,
których naziści uważali za degeneratów i ukrywali przed nami.
Poznawaliśmy romańską Alzację i gotyckie katedry, szukaliśmy na
Sztrasburskim Münsterze “autografu” młodego Goethego. Alemania
zwracała nam swoje bogactwa i wszystkie armie, wszyscy podżegacze do
mordów w wojnach o spuściznę, wszyscy napadający na obrazy, wojskowi
pobrzękujący szablami mogliby najwyżej tylko unicestwić te skarby,
ale nie wyrwać ich u właścicielki – tej innej, i mam nadzieję,
prawdziwej Alemanii.

W pamięci pozostała też całkiem inna historia. Będąc studentem
pracowałem w górach Jury Szwajcarskiej – razem z majstrami i
wieśniakami rozwiązywaliśmy problem zaopatrzenia w wodę jednej z
górskich wiosek. Codziennie zasiadałem tu do stołu wraz z liczną
rodziną, członkowie której
    • grba Moja Alemania #2 27.07.08, 14:41
      ani rusz nie mogli zrozumieć, że człowiek uczony, za jakiego mnie
      mieli, może własnoręcznie babrać się w kamienistej ziemi gór
      Jurajskich. Nie było to życiem na dalekiej obczyźnie, ale
      doświadczeniem sąsiedztwa, możliwości wysławiania się swoją mową i
      bycia zrozumianym, gościnnie przyjmowanym przez krewnych z jednej
      rodziny językowej, rozmawiających cierpko i smakowicie.

      Tak więc, “moja Alemania” wzbogacała się dźwiękami mowy, coraz to
      nowymi myślami, skarbami sztuki, biografiami, odczuciem wspólnoty
      życia z sympatycznymi krewniakami oraz wielkim potencjałem dusz
      miłujących pokój, wyrozumiałych, zdolnych do kultury życia i
      współżycia; potencjałem – jak ufałem wtenczas i ufam do dziś – który
      może być silniejszy niż groza spustoszających wojen, nienasyconość i
      żądza władzy panujących. Jakie skutki miały zachłanność i
      nieustępliwość, raz po raz rozpalające się z całą mocą, szarpiące
      granice tam i z powrotem, mogłem przekonać się na przykładzie
      nadreńskiego miasta Breisach, położonego na skale zaludnionej od
      pradawnych czasów. Wyrywali go sobie Habsburgowie i Francja,
      niejednokrotnie było palone do szczętu, na nowo odbudowywane i znów
      obracane w perzynę. Była to reńska Troja, odstraszający przykład
      rujnowania której powinien stać się pokazową lekcją europejskiej
      historii. Obywatele miasta zrozumieli tę naukę i wydobyli, jak
      Schlimann ze zgliszcz Troi, ze swych wspomnień i cierpień logiczny
      wniosek: stali się pierwszą europejską społecznością obywatelską,
      która głosowała za utworzeniem zjednoczonej Europy, żeby położyć
      kres wojennej zarazie. Przemówiła tutaj z trudem nabyta mądrość
      ludzi doświadczonych nieszczęściem, która jest również mądrością
      całej mojej Alemanii.

      Po ukończeniu studiów pozostałem w tych stronach, pracowałem w
      radiu, fale którego nie znają granic. Razem z przyjaciółmi z Bazylei
      i Sztrasburga stworzyliśmy i nadawali z Fryburga przez dziesiątki
      lat pierwszą ponadgraniczną wspólną francusko-szwajcarsko-niemiecką
      audycję, będącą niewielkim medialnym forum praktycznego współżycia.
      Rezultatem doświadczenia tej zbiorowej pracy nie była euforia, a
      realistyczny pogląd na stan rzeczy: – nie wszędzie pomiędzy brzegami
      Renu łatwo otwierają się objęcia. Alzacja staje się coraz bardziej
      francuska, zauważalnie ewoluuje w prawo, marzy o karierze w Paryżu,
      studiuje literacki język niemiecki zapominając swej gwary, a dzieci
      między sobą rozmawiają po angielsku. Szwajcarska samoświadomość nie
      jest alemańska lecz helwecko-retycko-romańsko-tessineryjska,
      zachowując dystans wobec Szwajcarii romańskiej. Szwajcarskie
      spojrzenie na grubego niemieckiego sąsiada w żadnej mierze nie da
      się określić jako przyjazne. Patrząc na siebie w lustro, Szwajcar,
      nie zważając na swą miliardową cenę, a nawet właśnie dzięki
      bezmyślnej solidności biznesu drwiącego sobie z prawdziwej
      neutralności, odczuwa niejaką niepewność co do samego siebie i swego
      jutra. Tymczasem w Niemczech duch czasu dba raczej o eropejskość,
      nie zwracając uwagi na jawne zamilknięcie nie tylko gwary ale i
      zanik kultury w ogóle, odsuniętej przez mass-media na margines. A
      klasa polityczna, która już nie jest w stanie pobudzić kapitalizm,
      zwyrodniały w procesie globalizacji i niedbały wobec obowiązku
      socjalnej sprawiedliwości, do zapewnienia ludziom pracy a
      społeczeństwu podatków, tym bardziej nie znajduje ani sekundy czasu
      dla tak błahych kłopotów jak zanik kompetencji dotyczących języka
      lub dialektu czy wymieranie językowych biotopów. W czasach kiedy
      niepokaźne niemieckie stolice wraz z prowincjalnym parweniuszowskim
      Berlinem zajęte są rozkładaniem piór w konkurencjach weselnych
      tańców, regiony na miedzach, takie jak moja Alemania, nie znajdują w
      sobie dość energii by spodziewać się roli nowego środka pomiędzy
      krajami Europy. A może strefa takiego środka znajduje się gdzieś w
      Polsce? Czy może na Ukrainie?

      Co do mojej Alemanii: być może Internet stanie się międzynarodowym
      okrętem błaznów, zdolnym wlać życie w młodych alemańskich głupców,
      podtrzymać ich peryferyjne istnienie poprzez szczerze alemańską
      Homepage. Zanim pozwolę swemu sceptycyzmowi skondensować się w kwas,
      zżerający moją pełną nadziei alemańską krainę, przekształcając ją w
      zepchniętą na pobocze, ekologicznie wyniszczoną, kulturalnie
      bezkształtną MacDonaldyzowaną prowincję o startej własnej pamięci,
      chciałbym ukazać ku obronie “mojej Alemanii” kilka ważnych
      dodatkowych obrazów. Z nich każdy przedstawia coraz to inną
      Alemanię, ujęte razem mogą budzić wątpliwość co do istnienia mojej
      utopijnej krainy z właściwą sobie mentalnością i kulturą. Być może,
      zresztą, że właśnie te próby zwątpienia pomogą znowu przywrócić jej
      życie i dzielność.

      Warto dziś przyglądnąć się Alemanii, jaką widzieli ideolodzy
      plemienia. Okres rozkwitu tych poglądów przypada na początek XIX
      wieku, kiedy Herder, Fichte, Görres głosili, że duchowe i
      wspólnotowe życie plemion było źródłem, gdzie ukształtował się
      Volksgeist – duch narodu. Niestety, odbywał się przy tym nie tylko
      nawrót pieśni, baśni, tradycji. Stąd niebawem wzięły początek
      mroczne czasy szowinistycznych fantomów. Kult Germanów i
      alemanofilia staną się tym biologicznym, rodowym korzeniem, z
      którego później – jako zjawisko ogólnoeuropejskie – wypączkowała
      rasistowska ideologia i nacjonalistyczna ojczyźniana sztuka, kiedy
      to (jak właśnie było w Niemczech) przemysłowo wysokorozwinięty,
      niezwykle przemieszany rasowo naród dorobił sobie aryjskich przodków
      oraz bardzo szybko uzależnił życie i śmierć oddzielnych indywiduów w
      całej okupowanej i sterroryzowanej Europie od faktu czy są oni
      potomkami Zygfryda czy nie. Masowa psychoza była szczególnie
      przychylna pewnemu rodzajowi ojczyźnianej literatury o rasowym
      podłożu (Robert Minder, Dichter in der Gesellschaft – Poeta w
      społeczeństwie, Frankfurt am Main, 1966, s. 238 i dalej).
      Groteskowym, a pamiętając o tzw. “czystkach etnicznych” niedawnej
      przeszłości wręcz rozpacz budzącym, zajęciem jest czytanie wierszy,
      takich, jakie bez cienia ironii pisał Feliks Dan (1834-1912):

      Powiedzcież, jakie niemieckie plemię
      Wstąpiło tutaj w bój ciężki i długi,
      W bitwę olbrzymów z Rzymem,
      Krwią zraszając rzeki i doliny?…
      Krainę tę wywalczyli zwycięzcy,
      Jodły szlachetne Schwarzwaldu,
      Wzniośli Alemanowie…

      To, że podobne rzeczy służyły nie tylko folklorystyczną przyprawą
      narodowego życia duchowego, taką sobie heroiczną maskaradą
      zdezorientowanego przemysłowego społeczeństwa cierpiącego na kryzys
      tożsamości, a mogły prowadzić bezpośrednio do propagandy
      hitlerowskiej ideologii panującej rasy, chcę zilustrować niewesołym
      przykładem alemana Hermana Burte (1879-1960). Wszechniemiecki
      czempion-atleta, zdolny malarz i literat piszący gwarą, ambitnie i
      buńczucznie-narodowościowo wziął kurs od prowincjalnej alemańskiej
      popularności ku karierze ogólnonarodowej. Udało mu się to dzięki
      antysemickiej powieści Wiltfeber, wieczny Niemiec, przesiąkniętej
      fantazjami w duchu Nitzschego i nacjonalizmu. Trafił tym w samo
      sedno niemieckiego narodowościowego kiczu oraz imperialistycznej
      pruskiej pychy. W 1912 r. otrzymał za ten chorobliwy utwór poważną
      nagrodę Kleista, udało mu się więc wzruszyć nie tylko dusze
      mieszczuchów, ale i narodowościowe koła konserwatystów. Kariera
      zaprowadziła go – jako autora dramatów, które w klasycznie
      kiczowatej formie wychwalały absolutny porządek i podległość osoby
      decyzjom państwa – na reprezentacyjną trybunę nazistów w Weimarze
      (koło Buchenwaldu). Tam w 1940 r., posługując się groteskowymi
      argumentami, przedstawił “europejskie przesłanie niemieckiej poezji”
      jako bezpośredni szlak od Goethego do Hitlera. W 1942 r. na tejże
      trybunie doszedł w swej wypowiedzi do krwiożerczej pochwały
      prowincjonalnego rasistowskiego barda Ad
      • grba Moja Alemania #3 27.07.08, 14:43
        barda Adolfa Bartelsa, który wzniósł się ze świata Goethego do
        reichu Hitlera, gdzie niemiecka spuścizna niezmiennie jest panująca,
        a strugi mniej wartościowej krwi powinny jej służyć… Rozstąpcie się
        przed Germanami, bo inaczej umrzecie! (Herman Burte Siedem
        przemówień, Sztrasburg 1943). Czyżby naprawdę tak niepohamowana
        żądza przewodzenia i ujarzmiania, wywołana uderzeniem do głowy krwi
        germańskiego i alemańskiego szaleństwa, była owocem kultury mojej
        Alemanii, w końcu nawet jeśli był to tylko smutn produkt “Alemanii
        ideologów plemienia”? Tego poetę Hermana Burte, który przestał
        rozumieć świat industrialnego społeczeństwa i oportunistycznie
        szukał obrony u silnego człowieka, moglibyśmu spokojnie zepchnąć w
        Orkus niepamięci, jeśli by nie istniały dotychczas ulice nazwane
        jego imieniem, a jego rękopisy nie były przechowywane jak relikwie w
        nawiedzonych “patriotyzmem” hotelach aż do dnia dzisiejszego. Wciąż
        jeszcze są tacy, którzy czują się dobrze w jego obecności i pragną
        nostalgicznie marzyć o ojczyźnie, nieświadomie i ślepo, jak w
        wierszu Burte z 1957 roku: Pracujemy sobie dalej – nic nas nie
        dotyczy.

        Przejdźmy teraz do bardziej racjonalnych dziedzin i spójrzmy na
        obraz, który chciałbym nazwać “Alemanią archeologów i antropologów”.
        Dziś jeszcze ze szkolnych podręczników i poradników rozbrzmiewa
        swojego roszaju opera Wagnera, opowiadająca o potędze alemańskiego
        ludu, który zorganizowany w jeden oddział bojowy rozpoczyna z terenu
        Dolnej Elby szturmuje rzymski limes (obronną rubież cesarstwa).
        Surowo kierowane zdyscyplinowane wojsko alemanów, forsuje limes,
        następnie, bez przesady “babarzyńską burzą”, zmiata poza nim rzymską
        kolonię Dekumatlandię uwalniając kraj od rzymskich okupantów.
        Dotychczas nawet w Leksykonie niemieckich starożytności łatwo można
        przekonać się jak kreślił obraz dziejów spragniony bohaterów duch
        XIX wieku: Zadziwiająca siła uderzeniowa Alemanów – czytamy tutaj –
        złączonych w jedno plemię, pokonała limes. Oczywiście, rzymianom
        również było wygodnie stwarzać stereotypy i stylizować swych
        niepiśmiennych germańskich przeciwników, jacy w III wieku sprawiali
        coraz więcej kłopotów, na “szlachetnych”, choć stojących o wiele
        niżej pod względem cywilizacji, dzikusów i zadziwiających
        wojowników. Główne tezy historyków zniewolonych duchem czasu były
        podane w wątpliwość, sprostowane i odrzucone dzięki nieomal
        detektywistycznym odkryciom archeologów i wynikom badań
        antropologicznych. Przytoczę tutaj niektóre przykłady.

        “Natarcie Alemanów” jest fikcją. Z początku pojawiały się niezbyt
        spójne grupy tak zwanych allemani, to jest zbieraniny ludzi
        wszelkich (nazwa ta po raz pierwszy wspomniana jest w 213 r.),
        mające na celu rozbój i łupiestwo. Napadały one na gallo-romańską
        ludność mordując ją zupełnie nieszlachetnymi sposobami (znane są
        znaleziska, które zdumiewają okrucieństwem i świadczą, że napastnicy
        dosłownie rozczłonkowywali swoje ofiary). W 259 roku limes można
        było po prostu przechodzić, ponieważ armię rzymską odwołano w
        związku z wojną domową między gallami a niesprzyjającym im cesarzem,
        tak więc nie ma co rozprawiać o Überrennen – zdobywaniu. Początkowo
        na wpół osiedli Alemani stopniowo, w okresie rozciągniętym na całe
        pokolenia, z łaski Rzymian zasiedlają Dekumatlandię. Układają
        kontrakty, dostarczają zboże, konie, bydło; przyswajają sobie
        rzymski sposób życia, dochodzą do porozumienia z celtycko-romańską
        ludnością i mieszają się z nią. Tak więc, nawet mowy być nie może o
        jakimś zwycięskim i systematycznym “podboju” przez zjednoczony lud.
        Można raczej mówić o jakiejś, nie pozbawionej problemów, a jednak
        uporządkowanej formie współistnienia. Prócz tego brak jakichkolwiek
        kryteriów, pozwalających na określenie tych przybyszów
        jako “plemienia” w sensie wspólnoty rodowej, bo nie istnieją żadne
        oznaki zbiorowej samoświadomości plemiennej, mity o wspólnym
        pochodzeniu lub o wspólnocie językowej (patrz: Dieter Geunich, w
        książce Alemani, wyd. Archäologischen Landesmuseum Baden-
        Württemberg, 1997). Znaczna liczba Alemanów idzie służyć do armii
        rzymskiej, dochodzi nieomal do germanizacji rzymskiego wojska i na
        odwrót – do wysokiego stopnia romanizacji górnej warstwy germano-
        alemańskiego ludu. Tymczasem zaludniają oni dobrze zagospodarowane
        urodzajne ziemie, przy lub na porzuconych majątkach, w których
        często stawiają dodatkowe alemańskie drewniane budynki. Poza tym
        osiedlano się tutaj nie w rozproszeniu a “wysepkami”, co jest
        świadectwem obecności przedstawicieli wielu plemion, które
        jednoczyły się tylko w razie nagłej potrzeby, i w ciągu pokoleń żyły
        razem z rzymskimi wspólnotami. Czy odbywała się wówczas ta alemańska
        etnogeneza, w jakiej wiek XIX dopatrywał się dominacji plemienia o
        czystej krwi? Odpowiedź antropologów brzmi dziś następująco: Jeszcze
        w okresie rzymskiej kolonizacji spotykamy w naszym kraju populacje
        mieszane, po upadku limesu konglomerat rozdrobnionych alemańskich
        plemion zderza się z romanizowanymi celtyckimi, a później gallo-
        romańskimi grupami. Zaś co dotyczy długotrwałości i zakresu zjawisk
        integracji lub asymilacji czy nawarstwienia możemy wnioskować tylko
        spekulatywnie (Joachim Wahl, Ursula Wittwer-Kunter, Manfred Kunter
        Alemannen im Blickfeld der Anthropologie – Alemani z punktu widzenia
        antropologii, ibid.).

        A dlatego: napiszemy na nowo szkolne podręczniki, zamieniając krwawe
        obrazy podbojów, przemocy, rabujących łupy zwycięzców i wymazywanych
        z pamięci zwyciężonych na wielokształtne modele współżycia,
        etnicznej, kulturowej różnorodności i konkurencji – myślę, że tym
        właśnie sposobem na obszarze Górnego Renu powstało coś mało
        podobnego na operę Wagnera, bliskie natomiast temu, co przedstawił w
        jednej ze swych historii badeński poeta i znany twórca kalendarzy-
        almanachów Johan Peter Hebel (ur. w 1760 w Bazylei, zm. w 1826 w
        Schwetzingen koło Karlsruhe). Takie nastawienie ducha, który otwiera
        się naprzeciw innym i wyrozumiale, z zainteresowaniem poznaje
        bliskich i dalekich sąsiadów – a naprawdę, na naszej małej błękitnej
        planecie już nie ma cudzoziemców, przecież nasz ciasny ludzki świat
        na długo przed tzw. globalizacją rozwiązywał problemy życia i
        współżycia z sąsiadani – taka mentalność nie nadaje się zbyt dobrze
        do zakładania państwa, ze wszystkimi formami przejawów władzy, ale
        za to sprzyja ona tworzeniu kultury, w dobrym pierwotnym znaczeniu
        tego słowa; pasuje ona raczej do cierpliwej pracowitości włościan i
        ogrodników, do sadzenia, pielęgnowania i zbierania urodzaju, niż do
        wrogości wojowników i polityków, którzy tylko odbierają wszędzie tam
        gdzie coś wyrosło. Zanim jednak przybliżę się do ideologii, którą
        zazwyczaj błędnie określają jako prostacki humanizm oraz neo-
        biedermeier, chcę zmajstrować swoją małą szkatułkę alemańskiej
        deheroizacji, żeby potem zapełnić ją kilkoma imionami, myślami,
        historiami, które reprezentują “Moją Alemanię”.

        Żebym nie wiedzieć jak dokładnie przetrząsał zdobycze myśli XIX
        wieku nie potrafię znależć w okresie powstawania germańskich państw
        żadnej imperialnej alemańskiej struktury. Co więcej, dochodzę do
        wniosku, że tzw. Alemani, ten policentryczny, luźny konglomerat
        krewnych, nie zebrali swoich sił wokół jednego centrum, a
        regionalizowali je czyli, mówiąc ideologizowanym językiem
        historyków, rozproszyli swe siły (Karl Friedrich Stroheker, w: Die
        Alemannen in der Frühzeit – Wczesny okres Alemanów Pod red. W.
        Hübener, Publikacje Alemańskiego Instytutu we Fryburgu Nr 34, 1974).
        Najgłębszej przyczyny tego szukać należy w słabej strukturze
        plemienia, które nigdy, i to na pewno nie z przyczyn geograficznych,
        nie zdołało stać się realną jednostką polityczną. Widocznie od
        same
        • grba Moja Alemania #4 27.07.08, 14:45
          Widocznie od samego początku Alemanom o wiele bardziej odpowiadała
          regionalna samodzielność (ibid., s.26).

          Zderzenie z frankońskim systemem centralistycznej władzy
          królewskiej, która stara się przeskoczyć poza Alpy na rzymski tron
          cesarski i toleruje wszelkie lokalne siły i autorytety wyłącznie
          jako wasali frankońskich waszmości, staje się katastrofą dla
          alemańskiej arystokracji. W 746 roku tzw. krwawa noc w Canstatt
          unicestwia wszystko co, według franków, za wysoko podnosiło głowę.
          Jednak wiadomości z wcześniejszej i późniejszej Alemanii nie są
          tylko wieściami z krainy umarłych. Przyśpieszając bieg czasu możemy
          prześledzić jak rozwija się tutaj kultura niewojowniczej osiadłości,
          w której klasztory (takie jak Weissenburg, Reichenau, St. Gallen)
          oraz miasta (takie jak Konstancja, Chur, Bazylea, Fryburg, Kolmar,
          Sztrasburg) rozrastają się ponad mnóstwem rozproszonych ludzkich
          osiedli, tworząc sieć atrakcyjnych kulturotwórczych ośrodków.
          Najbardziej zadziwiającą wspólną cechą tej międzyregionalnej
          przestrzeni, położonej w środku Europy jest ograniczone do tego
          terytorium rozpowszechnienie dialektu – języka alemańskiego. Dziś
          jeszcze można wyróżnić region, gdzie jest on używany; granice jego
          wyznaczył około 500 lat temu Chlodwig, wsłuchując się w
          charakterystyczne dźwięki mowy. Dawne granice obejmują obszar między
          górami Wogezami, miastem Murg, podgórzem Alp oraz rzeką Iller; sam
          mieszkam właśnie na jednej z jego granicznych linii: na południe od
          niej mówią “Chind”, a na północ – “Kind”; tak więc, znany ze
          Szwajcarii gardłowy dźwięk daje się słyszeć już parę kilometrów na
          południe od Fryburgu.

          Obfite strumienie życiodajnej mowy, płynące z soczystą konkretnością
          poprzez stulecia historii Górnego Renu, przenikały w ciągu ponad
          tysiąclecia do mnóstwa twórczych dusz: – mnichów-tłumaczy,
          kaznodziejów, minezengerów i miejskich pieśniarzy, majsterzengerów.
          Ale było to prawie wyłącznie bogactwo oralne. Zasługę wierszowanego
          zapisu ustnego dialektu i nazwania go “alemańskim” – imieniem,
          odrzuconym przez literaturę i język oświecony – ma (wspominany już
          powyżej) Johan Peter Hebel, którym zachwycali się Goethe, Tołstoj,
          Czechow, Kafka i Kleist, Walter Benjamin i Ernst Bloch, Kurt
          Tucholski i Heinrich Böll. W badeńskim Karlsruhe, tęskniąc za
          badeńskim południem okolic Bazylei, oddalonym na śmieszną dziś
          odległość 170 km, bardzo szybko, w ciągu kilku miesięcy, napisał
          zbiorek wierszy, które nazwał alemańskimi. Hebel, wybitny znawca
          łaciny, chciał sprawdzić czy potrafi jego mowa ojczysta przybrać
          metryczne szaty poezji Katulla lub Horacego. Rezultatem tego
          nostalgicznego wersyfikacyjnego eksperymentu stał się wydany w 1803
          r. nieduży tomik, którego nieoczekiwany literacki sukces do dziś
          pozostaje nieprześcignięty. Te doprawdy trudne do zrozumienia i
          niełatwe w wymowie teksty zebrały recenzje i pochwały od
          najwybitniejszych współczesnych, deklamowali je na europejskich
          scenach najlepsi recytatorzy. Zrozumieć ten wspaniały przykład
          historii recepcji poezji można tylko na tle rozbudzonego przez
          Herdera zainteresowania “głosami narodów” oraz ich “naturalną
          pierwotną pięknością”. Po siedmiu latach (w 1811 r.) poeta dialektu
          Hebel zajął się układaniem kalendarzy i opowiadaniem historii, stał
          się twórcą środków informacji dla swoich czasów, produkcję którego
          czytały i miały w poważaniu setki tysięcy ludzi. Ilość jego
          czytelników wzrasta do dziś, jest to zadziwiający sukces
          regionalnych publikacji pisanych na aktualne bieżące tematy. Jedno z
          najbardziej czarujących wydarzeń dotyczące tych Kalendarzowych
          historii opowiedział Elias Canetti. W 1926 roku we Wiedniu jego
          gościem był sławny recytator Ludwig Hardt, podróżnym talizmanem
          którego był egzemplarz Schatzkästleins (Skarbczyka) Hebla. “To
          najdroższe, co posiadam” – powiedział, a potem pokazał dedykację,
          która czyniła tę książeczkę tak rzadką i cenną: Dla Ludwiga Harta,
          żeby ucieszyć Hebla, od Franza Kafki. Był to własny egzemplarz
          Kafki, rozczulonego mistrzowską deklamacją Hardta, a zarazem i
          gawędziarskim talentem Hebla, który do głębi duszy poruszył Kafkę.

          Próby intepretacji wyjątkowości i ponadczasowej wartości dzieła
          Hebla zapełniają całą bibliotekę – jednak najważniejsze dla mojego
          własnego odbioru i mojej pracy myśli o tym młodym a starodawnym
          Heblu zawdzięczam Alzatczykowi Robertowi Minderowi, który Hebla,
          pobożnego szerzyciela oświaty i niezależnego obserwatora głównych
          tendencji swoich czasów, nazwał klasykiem współistnienia. Do tego
          Ernst Bloch dodał swój Analyse des citoyens Hebel (Analizę postawy
          obywatelskiej Hebela), który w badeńskiej historii, jako obywatel i
          członek parlamentu z przekonania pozytywnie odnoszący się do
          postępu, zajął ważne miejsce wśród wielu aktywnych demokratów
          światowej klasy, a nie pozostał tylko staromodną, miłą sylwetką z
          czasów martwoty epoki biedermeieru.

          Drodzy czytelnicy, spróbowałem przedstawić wam “moją Alemanię” jako
          europejską krainę, która zachęca nas do tego aby przeciwstawić
          historii pisanej “z góry”, historię pisaną “z dołu”, zwracając przy
          tym więcej uwagi na warunki i formy owocnego współistnienia, niż na
          zgiełk i ryk podbojów i rabunków w historii wojennej oraz
          państwowej. Ale nie dałem wam jeszcze okazji zajrzeć do
          mojej “skarbczyka” imion, które mogą być wielce użyteczne w takim
          sposobie życia. Tutaj przy wspaniałym barokowym aktorze Abrahamie a
          Sancta Clara (1644-1709) jest dwójęzyczny w życiu i sztuce dadaista
          i rzeźbiarz Hans (Jean) Arp (1886-1966). Tuż obok, dwujęzycznie
          elegancki René Schickele (1883-1940), który porównał nasz krajobraz
          nad Renem z dwoma stronami otwartej księgi, i Sulzburski
          orientalista Gustav Weil (1808-1889), pierwszy kto w całości
          przetłumaczył na niemiecki z arabskich źródeł Historie 1001 nocy,
          wielojęzyczny prekursor porównawczej kulturologii, pierwszy Żyd na
          katedrze badeńskiego uniwersytetu.

          Widzę, że zacząłem wyliczać imiona, które utworzą długi łańcuszek
          zanim dojdę do dni dzisiejszych, kiedy to ogromne machiny
          obrazkowych i dźwiękowych mass-mediów dokładają wszelkich starań,
          żeby przepotężnym potokiem banałów i byle czego stłumić myśli o
          prawie regionalnych kultur na samookreślenie i własne oblicze,
          sprowadzając opinię do poziomu najprymitywniejszego indyferentyzmu.
          Cóż możemy temu przeciwstawić w naszych regionach, czy można zrobić
          coś w naszych społecznościach, w naszej kulturze codziennej,
          zwracając na siebie uwagę żywotnością, uporem i przezwyciężaniem
          bezwładu? Liryk Peter Rühmkorf pisał: Oczywiście, długo i
          bezpiecznie można bujać w obłokach ze swymi politycznymi iluzjami,
          przez to na parterze społeczeństwa nawet parkiet nie drgnie (w
          książce: Die Jahre, die Ihr kennt – Znane wam lata, wyd. Rowohlt,
          1972). Trudno temu uwierzyć, ale zatrzęsła się nie tylko podłoga,
          ale cała masa politycznie i ekonomicznie nieprzemyślanych planów
          budowy zakładów przemysłu jądrowego w Wyhl, kiedy “Ludowy
          Uniwersytet Wyhlskiego Lasu” razem z pieśniarzem Walterem Mossmannem
          roztrąbił swój protest w duchu tutejszego zdrowego rozsądku. Stało
          się to w latach 70., a na zakończenie chciałbym przytoczyć jeszcze
          dwa przykłady z dnia dzisiejszego, które świadczą o żywotności mojej
          Alemanii: ponadgraniczne niepokorne czasopismo Allemende, i jeszcze –
          śmieszną książkę, w której grupa młodzieży przetłumaczyła Przygody
          Huckelberry Finna Marka Twaina na współczesną alemańską gwarę, lub,
          jak wyrazili się sami, “przeszmuglowali” tekst w alemańszczyznę
          (Wendelinus Wurth, wyd. Drey, Gutach, 1997). Jak widzicie, u nas
          wciąż jeszcze można się twórczo obchodzić z granicami.

          Tłumaczyła Natalia Otko
          • grba Re: Moja Alemania #4 27.07.08, 14:57
            Trafiłem na ten esej przypadkowo. Szukałem w necie informacji na
            temat, nomen omen Adolfa, Bartelsa, który był poetą, historykiem
            literatury i autorem powieści historycznych. Ów Bartels w sierpniu
            1914 r. machną memorandum polityczne zatytułowane "Cena zwycięstwa -
            niemiecka zachodnia Rosja", w którym pisał:

            "Potrzebny nam jest cały obszar w dorzeczu Dźwiny i Dniepru do Morza
            Czarnego; musimy wypchnąć Rosję do Azjii stworzyć warunki dla
            państwa niemieckiego ze stumilionową ludnością".

            O Żydach chłopina oczywiście też pamiętał. Naliczył ich 4 miliony,
            które chciał zgromadzić wokół Odessy, by następnie wysłać ich do
            Turcji, do Palestyny, do diabła.

            Ktoś może powiedzieć, że Bartelsowi przegrzał się mózg. Nic
            podobnego. Te fantazje w latach 1916-1917 zostały naniesione na mapy
            generałów niemieckich, którzy akurat wkroczyli na
            terytorium "zachodniej Rosji"...
            • Gość: taksobiemyślę Re: Moja Alemania #4 IP: 83.1.72.* 27.07.08, 16:03
              grba napisał:

              > Trafiłem na ten esej przypadkowo.

              Witam!
              Z uporem maniaków Ballest z Twoją pomocą i kilku innych adoratorów odbiegacie
              chyba specjalnie od śląskich spraw. Nie jesteście, nie czujecie się Ślązakami,
              więc po co serwujecie nam odgrzewane i jeszcze na dodatek obce kotlety. Swoich
              problemów mamy wystarczająco wiele, więc jeżeli nie możecie pomóc, przynajmniej
              nie przeszkadzajcie.
              Pozdrawiam.
              • grba Re: Moja Alemania #4 27.07.08, 17:35
                Gość portalu: taksobiemyślę napisał(a):

                > grba napisał:
                >
                > > Trafiłem na ten esej przypadkowo.
                >
                > Witam!
                > Z uporem maniaków Ballest z Twoją pomocą i kilku innych adoratorów
                odbiegacie
                > chyba specjalnie od śląskich spraw. Nie jesteście, nie czujecie
                się Ślązakami,
                > więc po co serwujecie nam odgrzewane i jeszcze na dodatek obce
                kotlety. Swoich
                > problemów mamy wystarczająco wiele, więc jeżeli nie możecie pomóc,
                przynajmniej
                > nie przeszkadzajcie.
                > Pozdrawiam.

                Klapy na oczy; i jeszcze na dodatek klapa z haźla...
                • grba Mała uwaga... 27.07.08, 17:38
                  Esej ten został zamieszczony w ukraiński piśmie wydawany we Lwowie
                  www.ji.lviv.ua/n20texts/pol/heiden-pol.htm
                  Tych ze Lwowa potrafi zainteresować Alemania... Chociaż przymusu nie
                  ma...
                • Gość: taksobiemyslę Re: Moja Alemania #4 IP: 83.1.72.* 27.07.08, 19:20
                  grba napisał:

                  > Klapy na oczy; i jeszcze na dodatek klapa z haźla...

                  Witam!
                  Tak sobie myślę iż być może nieco za bardzo się uniosłem, ale intencją moją
                  było skierowanie tematyki bardziej na śląskie poletko, a nie na sąsiednie
                  krainy. Szczerze mówiąc, chciałbym poznać racje mego interlokutora, na czym ma
                  polegać owa klapa od haźla?
                  Pozdrawiam.
                  • ballest Re: Moja Alemania #4 27.07.08, 22:12
                    Slezan, ale kiedys ze mna wlasnie na ten temat dyskutowales, a nic
                    Tobie nie przeszkadzalo;)
                    Dlaczego Slazacy maja jako "GUPCY" umrzyc?
                • rico-chorzow Panie Grba, 27.07.08, 19:52
                  Pan zna przecież niemiecki i powinien wiedzieć co znaczy - aleman -;)
Pełna wersja