marmullo
20.10.05, 14:10
chodzić do II LO.Moje II LO miesciło sie w starym gmachu przy Kościuszki i
Reymonta.Wejście główne z pięknym portalem było od strony ul.Kościuszki.Za
drzwiami miał swoją siedzibę wożny Król,postać niewielkiej postury,przed
którym drżeli tylko pierwszacy,a starsi zyli z nim w symbiozie.Na parterze po
prawej był sekretariat i gabinet dyrektora szkoły,którym na owe czasy był
Witalis Brągiel,panujacy nad nauczycielami i uczniami niczym John Wayne szeryf
z Rio Bravo.Zastepowali go Prof.Kossowski matematyk,a póżniej pan Szmid.Dyro
był zacnym człowiekiem,a nade wszystko wychowawcą.Potrafił solidnie ukarac,a
po karze podac ręke i dac szanse uczniowi na poprawe nie przekreslajac go
zupełnie.Lubił tych niepokornych,pryszczatych,rozwichrzonych,widzac chyba w
nich sol szkoły i pole do popisu dla wychowawców.Przez uczniów byl
szanowany,ale nie szacunkiem danym z góry,lecz autorytetem na który zapracował.
Na parterze był równiez instytut fizyki,jak nazywalismy pracownie do tego
przedmiotu z jedną sala amfiteatralną.Pod ścianami stały przeszklone szafy
wypełnione maszynami elektrostatycznymi,butelkami lejdejskimi,puszkami
Faradaya,równiami pochyłymi i całym doświadczalnym sprzetem fizycznym,ciekawym
i jednoczesnie zabytkowym.Czasami w szafie pojawiało sie jabłko soczyste
budzac irytacje profesorów nad niesfornością uczniów wyrażana okrzykiem
No co to za znowu jabłko?
Newtona odpowiadalismy chórem-i dowcip sie udawał.A profesorów fizyki było
dużo,że wspomnę:Brągiel i jego małżonka,Pani Gabryjelska i pan Gabryjelski(nie
wiem czy pisownie nazwisk dobrze zachowałem),pan Cmielewski pani
Sponar.Prof.Gabryjelski był autorem podrecznika do fizyki dla szkół średnich i
stypendysta jednego z angielskich uniwersytetów i jako chyba jeden podjeżdzał
pod szkołę czerwonym samochodzikiem z napisem na masce Anglia.
Na parterze mieściły sie tez pracownie prac recznych pana Wawrzyniaka i pani
Wierzgoń.Gdzie oprócz pisma technicznego,stali stopowych tłukło sie
niesmiertelne karmniki,bo nikt o ptasiej grypie nie słyszał.
Poniżej parteru były szkolne lochy,piwnice,schrony,a w nich
szatnie,kawiarenka,harcówka,ciemnia Szkolnej Agencji Fotograficznej,którą
przez lata opiekował się prof.Czesław Chmielewski,aż został kuratorem.Była tam
równiez ptaszarnia z wolierą i liczne akwaria którymi opiekowali się uczniwie
profa Kazimierza Merhy niekwestionowanego autorytetu z dziedziny biologii i
prawdziwego postrachu szkoły.Pomieszczeń tajemnych było tam wiele i nie
wszystkie udało sie odkryc i do nich dotrzeć.Krążyły opowieści,że są połączone
ze schronami,które znajdowały się pod dziedzińcem szkoły i pobliskiego sądu.
Na pierwszym piętrze znajdowała się biblioteka szkolna na czele której stała
polonistka i bibliotekarka prof.Lukaszyn,tak podobna do patronki szkoły,której
figura stała koło biblioteki,że jak na chwilę stanęła obok popiersia,to trudno
było odróżnić.Tam tez znajdował sie pokój nauczycielski i liczne sale w
których odbywały się zajęcia z języków.W skrzydle zas od ul.Reymonta na samym
jego końcu,był instytut geografii,tak nazywaliśmy salę do geografii wyposażona
w liczne mapy,atlasy,globusy,astrolabia.Tym gabinetem kierowała prof
Zołna,zdecydowana przeciwniczka fryzur bitelsowskich okrywających młodzieńcze
głowy.Tam w desperacji rzuciła kiedys przy wystawianiu ocen na koniec roku
sakramentalne:
Jak zetniesz włosy to dostaniesz 4.Ale krnąbrność kolegi była tak wielka,że
nie poświęcił fryzury dla oceny.
Na pierwszym piętrze była też słynna męska ubikacja,przez niektórych londyńska
zwana,a to przez mgły tam się wiecznie utrzymujace,mgły z dymu papierosowego
widoczność ograniczajace niekiedy do 1 metra.Scianą graniczyła z pokojem
nauczycielskim.Pod latarnia najciemniej i z tego powodu najstarsi uczniowie
założyciele tego przybytku tam ją umiejscowili.O sikaniu tam nie było mowy.Jak
jakiś neofita zjawił sie tam w tym celu został wyrzucany.Często odbywały się
tam naloty podnoszące adrenaline i obniżające stopnie ze sprawowania.Głównymi
łowcami nikotyniarzy byli prof.Merha i prof.Zabski z PO(Przysposobienie
Obronne,a nie platforma).Gdy oni wpadali do toalety,to padały rekordy
pojemności kabin.A pewien kolega Rysiu wymyślił sposób na bułkę.Stał paląc
papierosa,a w lewej rece trzymał bułkę nadgryziona.Gdy wpadali łowcy papieros
lądował w muszli lub koszu a Rysio oddawał się konsumpcji.I zawsze zbierał
ochrzan za to,że jest ordynusem bez wychowania,no bo jak można jeść w kiblu
pośród zapachu uryny.Na co rozkładał ręce i z mina niewiniątka mowił no co
zrobić jak lubię.
Na tym piętrze mieścił sie również gabinet matematyczny profa Tutki(nie tego
od Szaniawskiego)z wielkim suwakiem logarytmicznym wiszącym pod tablicą,na
którym uczyliśmy sie wykonywać obliczenia,tu padały pitagorasy,rachunki
prawdopodobieństwa sinusy,cosinusy,rachunki macierzowe i inne silnie,nie
mówiąc ozbiorach i geometrii.Profesor cieszył się złą sławą,wielu tam
poległo,podobnie jak u Kossowskiego.Zasłynął tym,że podczas klasówek stawał na
krześle i jak żuraw obserwował klasę,lub rozkładał gazetę,udawał,że czyta,a
przez dziurę obserwował uczniów.Tam też znajdował się gabinet
prof.Szury-Szymczak od polskiego,prof.Kobiałko,Niedzwieckiej,Górskiej,Jana
Feussete-polonistów.Na drugim piętrze na uwagę zasługiwało królestwo
Kazimierza Merhy,czyli gabinet biologiczny.Jaskinia lwa.Panował tam
półmrok,pod ścianami było nagromadzonych tyle sprzętów i pomocy naukowych,że
niejeden uniwersytet by sie nie powstydził.W szklanych szfach do sufitu stały
słoje z formalina,a w nich:gady,płazy,embriony,płody
ludzkie,czaszki,szkielety,kości i piszczele.Pod ścianami akwaria i terraria z
rybami,zółwiami,traszkami.Z sufitu zwisały wypchane ptaki,orły,sokoły i kto
tam jeszcze je wie.Za sala był mały gabinet profesora w którym parzył herbatę
i wypoczywał.Szkołę często opuszczał po zmroku.W tej sali nie mozna się było
skupić po przez rok uczniowie wodzili wzrokiem po ścianach przyglądając się
eksponatom i jak bilogia miała wchodzić do głowy,a prof.był piekielnie
wymagający.Obok był gabinet Lidii Cipior,też biologa i równie dobrze
wyposażony w szkielety,a dominował w nim prawdziwy kościotrup,sądząc po
uzębieniu należący do młodego człowieka.Stał zamknięty w szklanej szafie na
klucz.Szczytem pomysłowości uczniowskiej było pomalowanie mu zębów złotą farbą
imitująca koronki,wsadzenie w zęby niedopałka,a wszystko to gdy klucz jedynie
miała pani profesor.Majstersztykiem,który kosztował nas wiele czasu było
przeprowadzenie tak żyłki wędkarskiej by szkielet podczas lekcji delikatnie
pukal rączka w szybę.Dziewczyny musiały być wtajemniczone by nie wywołać
paniki na lekcji.No i zastukał,czego pani zrazu nie zauważyła.Gdy do niej to
doszło kolega rozładowując napięcie skwitował:
Widać,chce do toalety,ale tak bez nerek,dziwne-tym uratował poważną sytuację.
Na tym piętrze był gabinet chemiczny gdzie panie Wacławska,Komarkowa,Gruszecka
wymagały tablicy Mendelejewa i to po
łacinie,Aurum,Argentum,Ferrum,Cuprum,Calcium,Plumbum,a
mole,cząsteczki,bezwodniki,estry unosiły się w powietrzu.Pięknie ów gabinet
był wyposażony w możdzierze,palniki gazowe,kolby,probówki,pipety.Prawie jak w
aptece.Nieopodal była katedra historii,którą zawiadywał prof.Władysław
Szewczyk zwany Pepinem Małym.Człek wielkiej wiedzy,ducha i prawdy historycznej
niezakłamanej politycznym koniunkturalizmem.Tam uczyliśmy się prawdy.Historycy
to wazna karta II LO.Uczyła tu nestorka prof.Keck ze wspaniałym
wschodnim,kresowym akcentem,prof.Okrzesa prowadził wykłady-nie lekcje-z
historii starożytnej,kohorty,legiony,manipuły,periojkowie,bitwa pod Kannami na
stałe zostały w naszej pamięci,nawet jak ktoś historii nie lubił.Wiesława
Ceglińska-Sempruch,bardzo piękna kobieta,była historykiem młodszego pokolenia.
Tam tez miał gabinet rusycysta Baltazar Bajsarowicz,który niczym Lenin chodził
z marynarka narzucona na ramiona,a w klapie połyskiwała odznaka im.Janka
Krasickiego.Rosyjskiego uczyła rownież Barbara Blicharsk