Gość: marek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
14.04.06, 21:42
Wracamy do 20 stycznia 1981 – Ronald Wilson Reagan składa przysięgę
prezydencką i zostaje czterdziestym prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki
Północnej. Dwa miesiące wcześniej (4.11.1980) pogardzany przez liberalne
elity były gubernator Kalifornii pewnie (przewaga 8 %) pokonuje faworyta
mediów i "światowej opinii publicznej", urzędującego prezydenta Jimmiego
Cartera. Lewica (także zagraniczna) jest w szoku – wygrał człowiek, który
wyznaje staroświecki podział na "dobro i zło", populista, nieodpowiedzialny
demagog, moralista i "przyszły dyktator". Zrozpaczone media wyją
o "prezydencie wiejskich głupków i pijanych kowbojów". W atmosferze
nieustającej nagonki, dwa miesiące po zaprzysiężeniu, prezydenta dosięgają
kule zamachowca. Rany są bardzo poważne ale z Bożą pomocą Reagan wraca do
zdrowia i wdraża w życie program na który, ku przerażeniu komunistów i ich
sojuszników, głosowały miliony Amerykanów. Prezydent mocną ręką chwyta
rozłażące się państwo, wypowiada wojnę przestępczości, obiera zdecydowany
kurs w polityce zagranicznej, broni tradycyjnych wartości, na piedestale
stawia wyśmiewany przez mędrków z Harvardu patriotyzm (to za prezydentury
Reagana weterani wojny wietnamskiej z dumą zaczęli mówić o swojej służbie dla
kraju, wcześniej jako "zbrodniarze wojenni" zepchnięci zostali na margines
społeczeństwa), tępi obezwładniające gospodarkę nieformalne układy, redukuje
liczbę pasożytujących na budżecie urzędników. Cztery lata później wygrywa
kolejne wybory (rekordowa przewaga w kolegium elektorskim, 525:13). Gdy
odchodzi na emeryturę (styczeń 1989) powszechnie uznawany jest za
największego prezydenta od czasów wojny secesyjnej – tempo wzrostu
gospodarczego zaskakuje nawet największych optymistów, przestępczość spada do
poziomu nienotowanego od kilkudziesięciu lat, patriotyzm znów jest modny,
komunizm dogorywa. "Prezydent ciemniaków i nieodpowiedzialnych oszołomów"
osiąga to, co elity uznawały za niemożliwe.
Czy to czegoś wam nie przypomina?