olga_w_ogrodzie
26.07.09, 02:38
tak samo, jak nie lubi się prosić o pomoc,
podobnie się boi być posądzoną o narzucanie się.
i tak się obserwuje z podziwem w sumie
tę koleżankę nową od Jehowy :
ona puka delikatnie do mnie od rana /wie, że mogę spać, więc tak
cichutko puk, puk, by w razie czego nie obudzić/,
potem w południe, wieczorem,
dzwoni też, zaprasza mnie wciąż, wyciąga z domu...
ale nie jestem zła wcale, bo, gdy odmawiam wyjścia, pójścia,
kontaktu,
bo coś tam innego robię, to ona się nie obraża, tylko rozumie i już.
wcale nie myśli, że się narzuca, a mnie pasuje to, że nie ja ją
nagabuję.
ale o niej nie myślę już, że nagabuje, tylko, że proponuje, a ja
mogę odmówić spokojnie i nie sprawię jej przykrości.
tylko jak wpada w studnię wymowności,
/w sumie jest w niej cały czas/,
to pyta czy mnie nie nudzi.
jakieś o wiele zdrowsze się mi zdaje jej podejście od mojego - by
broń Boże nie wydać się komuś nagabująco nachalną, a w rezultacie -
mam na coś ochotę, się spotkać na ten przykład, ale wolę siedzieć
cicho.
a gdy się już raz do innej koleżanki zadzwoniło i ona powiedziała,
że nie ma sił na razie się spotkać, bo źle się czuje, to więcej się
nie proponowało nic, bo zaraz się pomyślało, że może mnie ma dość.
choć ją znam i wiem, że nie ma.
ale ja i tak swoje.
i to chyba nie jest mądre - taka naddelikatność w tej kwestii.
wiele rzeczy może fajnych ominąć przez takie certolenie się.
się by chciało przestać tak certolić wreszcie.