Gość: psko
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
05.02.05, 17:35
Czy "Polska B" umiera?
Wojciech Łukowski - Gazeta Wyborcza
Co będzie z naszymi miasteczkami po wejściu Polski do Unii? Czy za 10-15 lat
nie staniemy przed problemem znacznego spadku liczby mieszkańców wywołanego
zapaścią demograficzną i masowymi migracjami?
Spadek liczby ludności wydaje się nieuchronny. Szacuje się, że w 31-
tysięcznym Giżycku na Mazurach w roku 2009 do szkół podstawowych uczęszcz..
będzie o jedną trzecią mniej dzieci niż obecnie. Podobnie w podlaskim
Zambrowie. Próżno liczyć, że ten spadek zrekompensuje napływ imigrantów. Ani
Giżycko, ani Zambrów, ani setki innych miasteczek nie dysponują żadnymi
atutami, które przyciągnęłyby odpowiednią liczbę cudzoziemców.
W stronę polskiej prowincji płynie dziś z kasy unijnej strumień środków
przeznaczonych na inwestycje strukturalne - drogi, węzły komunikacyjne,
rewaloryzację zabytków.
Jednocześnie bardzo wielu ludzi - młodych i w średnim wieku - szykuje się do
wyjazdu. W samej tylko Wielkiej Brytanii na cudzoziemców czeka 500 tys.
oficjalnych miejsc pracy. Za parę lat nieuchronnie zakończą się okresy
przejściowe w innych krajach. To z pewnością szansa dla mieszkańców polskich
peryferii. Czy jednak jest to szansa dla polskiej prowincji? Dla kogo więc
przeznaczona jest pomoc unijna? Czy fundusze i ludzie nie miną się gdzieś po
drodze?
Widzialni i niewidzialni
Już w latach 90. migracje stały się trwałym elementem prowincjonalnego
krajobrazu społecznego, obejmując nawet do 30 proc. mieszkańców w wieku
produkcyjnym. Jednakże w oficjalnych statystykach meldunkowych ruch był
minimalny. We wspomnianym Giżycku ostatni narodowy spis powszechny wykazał
obecność 29 tys. z nominalnie 31 tys. mieszkańców. Tymczasem dr Ewa Glińska z
Politechniki Białostockiej prowadząca badania na reprezentatywnej próbie
ludności Zambrowa stwierdziła nieobecność co najmniej 25 proc. mieszkańców.
Jak wytłumaczyć te rozbieżności? Wiele osób migruje sezonowo czy wahadłowo,
formalnie więc wciąż są obecni w miejscu stałego zamieszkania.
Przytłaczająca większość migrantów pozostaje "niewidzialna" także w krajach,
które ich przyjmują. Dążąc do minimalizacji kosztów pobytu, Polacy nauczyli
się funkcjonować w szarej strefie. Szerokim łukiem omijają takie instytucje,
jak urząd skarbowy.
Podstawowym punktem odniesienia dla wyjeżdżających pozostaje rodzima
społeczność lokalna. Lwią część zarobionych pieniędzy wysyłają do kraju,
przyczyniając się wydatnie do zaspokajania potrzeb indywidualnych i
rodzinnych. Jaka jest skala tych transferów? Załóżmy, że w 30-tysięcznym
mieście tysiąc osób przez rok pracuje za granicą. Szacując średni
transferowany dochód na tysiąc euro na osobę, otrzymujemy ok. 50 mln zł.
Roczny budżet takiego miasta zamyka się kwotą 40 mln zł, z czego dochody
własne stanowią niespełna połowę. Dochody uzyskiwane przez 5 tys. osób
zatrudnionych w lokalnych firmach produkcyjnych i usługowych - przy średniej
płacy netto, w optymistycznym wariancie, 1200 zł - nie przekraczają 70 mln
zł. Oczywiście na lokalny rynek wpływają też inne dochody i świadczenia,
jednak na tym przykładzie widać skalę transferów migracyjnych.
Dochody z migracji mają większą wartość psychologiczną, co oznacza, że dają
większą satysfakcję i częściej są przeznaczane na różnorakie inwestycje - np.
remont domu, dobra trwałego użytku, edukację.
Te dane prowokują do pytania: gdzie właściwie toczy się prawdziwe życie w
polskich miasteczkach? Z pewnością w cieniu, czy raczej w symbiozie z
oficjalnymi instytucjami, kształtuje się autonomiczny świat ludzi zaradnych.
Z dochodów z migracji sfinansowana została m.in. rewolucja edukacyjna na
polskich peryferiach. Z badań prowadzonych przez Ośrodek Badań nad Migracjami
Instytutu Studiów Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że ważnym
priorytetem wśród celów życiowych migrantów było kształcenie dzieci. Oprócz
motywów pozytywnych, jak zapewnienie im dobrego życia, respondenci wyraźnie
podkreślali też motyw negatywny - "aby moje dzieci nie musiały nigdy pracować
tak ciężko za granicą i przeżywać takich upokorzeń jak ja".
Dla kogo była ta rewolucja?
Nie chodzi tylko o rewolucję edukacyjną. Również o głęboką przemianę
tożsamościową - indywidualizację planów życiowych, nieprzywiązywanie zbytniej
wagi do sieci powiązań rodzinnych, sąsiedzkich i lokalnych.
Słabe publiczne i niepubliczne szkoły wyższe na prowincji oferowały raczej
mierne wykształcenie, najczęściej na poziomie licencjatu. To jednak,
paradoksalnie, wcale nie było takie złe. Właśnie taki absolwent ma wzorcowe
wręcz cechy z punktu widzenia popytu na siłę roboczą w krajach zachodnich -
wciąż bowiem niemal wszystkie oferty pochodzą z podrzędnego segmentu rynku
pracy, dotyczą prac uciążliwych, nie najlepiej płatnych, odrzucanych przez
miejscowych pracowników. Polak jest natomiast zadowolony, zarabiając trzy-
cztery razy więcej, niż mógłby otrzymać na początek w swojej miejscowości
(jeśli w ogóle miałby tam szansę na pracę. Podstawowa znajomość języka
wystarczy na starcie, reszta przyjdzie później.
Dla migrantów pojawiają się też perspektywy awansu w hierarchii zawodowej i
finansowej. To nic, że awans ów dokonywał się będzie w ramach podrzędnego
segmentu rynku pracy. To i tak epokowa zmiana w porównaniu z losem ludzi,
którzy podejmowali pracę na Zachodzie w latach 90.
Migranci będą więc coraz bardziej lokować swe cele życiowe poza rodzimymi
miasteczkami. Nie będą już w takim stopniu jak do tej pory zasilać finansowo
swego lokalnego świata. To zaś może prowadzić do jeszcze niższej oceny
jakości życia na polskiej prowincji. Nie zmienią tego nowe inwestycje
infrastrukturalne ani inne oznaki zmian cywilizacyjnych (np. powstawanie
supermarketów). I tak wszystko będzie tu mniejsze, mniej atrakcyjne niż w
krajach migracji.
Główny jednak problem tkwi w ludziach. Ci, którzy zostaną na miejscu, muszą
przecież wyłonić lokalny układ władzy. A im mniejsze i mniej różnorodne stają
się zasoby - także ludzkie - tym bardziej bezwzględna staje się walka o nie.
Coraz mniej więc będzie w lokalnej przestrzeni dobrych emocji, coraz więcej
agresji i strachu. Gdy jeszcze zostaną tu przeniesione "sprawdzone" wzory
uprawiania polityki ze sceny centralnej, atmosfera stanie się trudna do
wytrzymania.
Już dziś na polskiej prowincji po cichu realizuje się scenariusz podobny do
tego, jaki znamy ze zjednoczonych Niemiec. W wielu miasteczkach położonych we
wschodnich landach (była NRD) na 100 mężczyzn przypada zaledwie 70 kobiet.
Jednocześnie w atrakcyjnych miastach na zachodzie kraju te proporcje bywają
dokładnie odwrotne. Okazuje się, że kobiety są bardziej dynamiczne, kulturowo
otwarte, odpowiedzialne za swoją biografię. Próbują więc ratować się ucieczką
ze świata, w którym co prawda mężczyzn jest pod dostatkiem, ale większość z
nich "kiepskiej jakości". Kobietom sprzyja także rosnący popyt na ich pracę.
W Polsce to zjawisko może mieć dużo bardziej spektakularny charakter. Także
dlatego, że kulturowe różnice między "męską" a "kobiecą" tożsamością
przybierają dość drastyczne formy. Następuje dewaloryzacja "męskości" -
utożsamianej dziś głównie z obskurantyzmem, niechlujstwem, brakiem
odpowiedzialności połączonej z roszczeniem do dominacji. Ten kulturowy balast
ciągnie też w dół wskaźniki demograficzne. Prokreacyjną zapaść można w
polskich realiach interpretować m.in. jako formę buntu przeciw "męskości".
Bilans zysków i strat
Wiele wskazuje, że w najbliższych dziesięcioleciach najbardziej
poszukiwanym "towarem" w Unii będą migranci. Jednak nie tacy, których trzeba
przez pokolenia integrować, wyrywać z gett etnicznych - lecz tacy, którzy
mają własne aspiracje życiowe, dysponują przyzwoitym wykształceniem ogólnym i
są w stanie szybko podjąć prace podtrzymujące funkcjonowanie zachodnich
społeczeństw dobrobytu.
W napięciach, które może wywołać