vulture
11.01.04, 10:26
Simple Minds nie byli nigdy zespołem szczególnie oryginalnym. Zapisali się w
historii muzyki rockowej kilkoma znanymi i do dziś chętnie słuchanymi
przebojami; często byli jednak oskarżani o wtórność w stosunku do konkurencji
(zwłaszcza U2) i z czasem stracili popularność. Obecnie przeżywają jej
renesans niekoniecznie za sprawą nowych nagrań, ale wielkiej trasy
wspominkowej, która zbiera bardzo dobre recenzje. Lider grupy Jim Kerr
pojawił się w nagraniu dyskotekowego duetu Jam & Spoon (wystąpił nawet,
niestety, w teledysku), co z pewnością spowoduje, że parę osób sobie o grupie
przypomni.
„Our Secrets…” to typowy „zaginiony” album. Zespół nagrał go jeszcze przed
wydaniem dość średniej płyty “Neapolis”, ale z powodu narastającego konfliktu
z wytwórnią EMI nie doszło do jego wydania i płyta ukazała się dopiero teraz.
Żeby było śmieszniej, ukazała się, oczywiście, nakładem EMI, która zwietrzyła
interes, jak tylko zespół odzyskał popularność.
Mogę śmiało stwierdzić, że dobrze się stało, iż album ten ujrzał wreszcie
światło dzienne, gdyż nie tylko jest o niebo lepszy od pozbawionego
inwencji „Neapolis”, ale wręcz skrzy się od ładnych melodii i potencjalnych
przebojów. Już otwierający płytę utwór „Swimming Towards The Sun” wprowadza
senną, ale nie nudną atmosferę. Brzmienie grupy jest bardzo czyste, trochę
jak na płycie „Good News From The Next World”, na którym grupa przypomniała
sobie o istnieniu gitary. Wspaniałymi melodiami i wysmakowanymi aranżacjami
czarują następne utwory, „Jeweller To The Stars” i „Space”. Aż się prosi,
żeby wydać je na singlach, bo panowie odwalili kawał naprawdę dobrej roboty.
Przestrzenne aranżacje, bardzo sprawne wykonanie i melodyjność – to wszystko,
czego od utworów Simple Minds można oczekiwać. Cudowne „Death By Chocolate” z
niezwykłym wokalem Kerra, który w zwrotkach przypomina nieco Toma Petty,
także przykuwa uwagę i aż się człowiek dziwi, słuchając, dlaczego tak
wspaniała płyta trzymana była w archiwach, podczas gdy ukazało się
nijakie „Neapolis”, a potem takie sobie „Cry”. O albumie z kowerami przez
grzeczność tylko wspomnę.
Bardziej rockowo i gitarowo robi się w „End Of The Word”, który nieco
przypomina „She’s A River”. Mocne – jak na Simple Minds – brzmienie,
przebojowość, żywioł, a jednocześnie charakterystyczna dla muzyki grupy nutka
melancholii w głosie wokalisty. „Neon Cowboys” to wyciszenie przy gitarze
akustycznej i, niestety, bardzo brzydkim automacie perkusyjnym. To
zdecydowanie najsłabszy punkt programu, ale szybko o nim można zapomnieć,
gdyż za chwilę nadchodzi bajkowe „She Knows” z bardzo ładnym refrenem i
pianinem w tle. Odrobina elektroniki, którą zespół z różnym efektem się bawi,
na szczęście nie psuje bardzo dobrego numeru. Ten bajkowo-melancholijny
klimat udało się Simple Minds zachować we wszystkich utworach bez względu na
to, czy są bardziej akustyczne, czy bardziej gitarowe, jak np. „Hello”
czy „Happy Is The Man”. Płytę zamyka senne, zgodnie z tytułem, „Sleeping”,
ale wcale nie usypia, tylko skłania raczej do użycia funkcji „repeat”,
bo „Our Secrets Are The Same” naprawdę pochłania słuchacza, gdyż jest to
jedna z lepszych płyt, jakie udało się Simple Minds nagrać w ogóle.
Cóż, niestety, albumy „zaginione” mają do siebie to, że zwykle zdaje sobie
sprawę z ich istnienia niewielkie grono słuchaczy, a i wytwórnia na pewno nie
zainwestuje w promocję tej płyty. Szkoda, bo to kawał dobrej muzyki, pop-
rockowej, ale za to z jajami, jakich brakuje wyrastającym jak grzyby po
deszczu młodym zespołom. Mam nadzieję, że Simple Minds jeszcze nagrają
podobny album…