vulture
20.01.04, 23:05
Jest na świecie niewiele takich zespołów, które brzmią, jak gdyby
przybyły z dalekiej bajki – piękne frazy instrumentów, połączone z magicznymi
melodiami i przykuwającym głosem to najbardziej charakterystyczne cechy
Renaissance, grupy niezbyt popularnej, ale w pewnych kręgach mającej status
wręcz kultowy. Baśniowy klimat grupa Renaissance wyczarowywała na swych
albumach głównie w latach siedemdziesiątych; na początku osiemdziesiątych
grupę pożarł kryzys i wokalistka Annie Haslam odeszła z zespołu, by robić
solową karierę. Zespół działał trochę bez niej, ale trzy lata temu na
szczęście większość najbardziej znanego składu zespołu zebrała się, by
podarować nam tę piękną płytę.
„Tuscany” nie jest albumem, który tak po prostu można sobie kupić w
sklepie i mam świadomość, że do wielu ludzi ta cudowna muzyka nie dotrze, a
szkoda, bo to jeden z najbardziej udanych powrotów muzyki lat
siedemdziesiątych. Progresywno-jazzujące klimaty z lekkim barokowym
zabarwieniem znów wróciły do łask. Głos Haslam pozbawiony jest szorstkości,
znanej z pierwszych albumów (taką samą metamorfozę, przy niewielkiej pomocy
nowoczesnych technik nagraniowych, przeszedł głos wokalistki Clannad, Moyi
Brennan). Już od samego początku słychać, że będzie dobrze, a potem jest
jeszcze lepiej. Niezorientowanym postaram się opisać jakoś muzykę
Renaissance: trochę Genesis z Gabrielem, trochę Clannad, trochę Yes, ale nie
tylko.
Kompozycje na „Tuscany” klimatem i sposobem wykonania przypominają
nieco te z „A Song For All Seasons” czy „Cote D’Azur”, dwóch ostatnich
świetnych płyt Renaissance. Dwa pierwsze utwory są tylko taką przygrywką,
czymś w rodzaju wprowadzenia słuchacza w bajkowy, wyjątkowy świat.
Dopiero „Eva’s Pond” odkrywa wszystkie uroki, z których muzyka Renaissance
słynęła: subtelny klimat, osiągnięty dzięki świetnemu głosowi Haslam, któremu
akompaniują delikatne dźwięki klawiszy. Równie cicho i nastrojowo rozpoczyna
się „Dear Landseer”, które potem osiąga pełnię brzmieniową dzięki orkiestrze,
świetnej grze muzyków Renaissance i zniewalającym wokalizom Annie Haslam.
Optymistyczne, iście słoneczne „In The Sunshine” sprawia, że człowiek ma
ochotę zamknąć oczy i położyć się na nieistniejącej trawie, i rozkoszować się
grzejącymi twarz promieniami słonecznymi… i gdzieś tam odpłynąć w inny
wymiar, niesiony przez śliczną melodię tej niby zwykłej piosenki. W „In My
Life” leniwy bas i akordy pianina oraz znów fantastyczna melodia uspokajają
słuchacza, wyciszają… można rzec, że album ma wybitnie pozytywną atmosferę. W
utworach Annie Haslam śpiewa o radości życia, miłości i wierze i robi to bez
zbytecznego zadęcia czy śmieszności. Pełne wdzięku wokalizy doskonale
uzupełniają się z naprawdę porywającym akompaniamentem. Są chwile zadumy, jak
w nieco melancholijnym „Dolphins”, ale generalnie album przepełniony jest
radością – żywe „The Race” i nietypowe dla Renaissance „Life In Brazil” z
latynoskimi wtrętami powodują, że po prostu robi się cudownie, wokół kwitną
kwiaty, śpiewają ptaki i zapomina się o tym, co wokół. Annie Haslam i koledzy
żegnają nas wspaniałym „One Thousand Roses”. Do następnego i oby jak
najszybszego usłyszenia…
Rzadko się zdarza, żeby zapomniany i spisany na straty zespół wrócił
z taką klasą. Rzadko się też zdarza, by dla nowo poznających muzykę zespołu
sprzed trzydziestu lat jego najnowsza płyta była bardzo udanym początkiem.
Wielkie, wielkie brawa.
--------------
Ponieważ obecnie płyty Renaissance wydaje mała wytwórnia, nie są
normalnie dostępne w sklepach (mówię o nowo wydanych tytułach takich
jak „Tuscany”, które wyszło w 2001); można je próbować zamówić przez Internet
lub po prostu kupić u pirata bądź ściągnąć. Przykre to, ale prawdziwe…