Wprawdzie postanowiłem ograniczyć czytelnictwo „New Musical Express” do
jednego numeru na miesiąc (w pozostałych trzech zwykle jest to samo), ale nie
uszła mojej uwadze płyta, dołączona do jednego z nowszych wydań NME,
zawierająca nagrania nominowanych do nagród tego szanowanego (niegdyś)
tygodnika. Jak ktoś nie wie, nagrodą jest śmieszna statuetka, przedstawiająca
dłoń, pokazującą środkowy palec. Taki drobiazg.
Po obejrzeniu płyty dokładniej i przeczytaniu zestawu wykonawców poczułem
lekkie drżenie i mrowienie nie wynikające wcale z podekscytowania zawartością
albumu, ale mimo wszystko postanowiłem go przesłuchać, bo A NUŻ… opiszę
zawartość utwór po utworze, by nie uronić niczego z tej niepowtarzalnej
kolekcji.
1. BLACK REBEL MOTORCYCLE CLUB - The Hardest Button To Button (live).
Kiepska i niczym się nie różniąca przeróbka najnowszego hitu The White
Stripes (chyba wszyscy zdążyli już obejrzeć teledysk). Nic nie zmieniono w
stosunku do oryginału, tylko jest gorzej zagrane. Nie wiem, po co nagrywa się
kowery, które są powtórkami oryginałów. Brak jakiejkolwiek inwencji jest dość
smutny.
2. FRANZ FERDINAND – Michael (live). Brzmi jak mieszanka The Stranglers,
Iggy’ego Popa itp. W zasadzie brzmi tak znajomo, że spodziewałbym się, że to
czyjś kower, ale nie jest.
3. OUTKAST- Happy Valentine’s Day. Tradycyjny, komercyjny pop-hop (nie
wiem, jak to nazwać, bo to coś pomiędzy hh a popem). Samplowany motyw
gitarowy, a na nim mruczenie i pokrzykiwania wokalistów i panna wyjąca w
refrenie. Robi się mało ciekawe już po pierwszej zwrotce. Uwagę zwraca mimo
wszystko motyw syntezatora pojawiający się na chwilę w drugiej połowie
nagrania i jest to jego najciekawszy fragment (około 10 sekund). Resztę można
sobie śmiało darować.
4. THE LIBERTINES – Up The Bracket (BBC Radio 1 Live). Strasznie
bałaganiarsko zagrany kawałek; zastanawia mnie czy niedbałość wykonawcza była
celowym zabiegiem artystycznym, czy wynika z ograniczonych umiejętności
muzyków. Utwór jest dość melodyjny i dość przeciętny – można go śmiało
połączyć z „Michaelem” Franza Ferdinanda. Pewne fragmenty melodii są dalekim
odbiciem rocka lat siedemdziesiątych (tych późnych i okołopunkowych), ale –
właśnie – jest to odbicie, a więc nic takiego bardzo fascynującego.
5. COLDPLAY – See You Soon. Ballada przy gitarze akustycznej, której
niewątpliwą zaletą jest długość (niecałe trzy minuty). I jest to jedyna jej
zaleta.
6. JET – Are You Gonna Be My Girl (live). Chyba większość posiadaczy MTV
zdążyła obejrzeć czarno-biały teledysk do dość przebojowego utworu Jet. Może
i byłoby to fajne, ale powstał kiedyś taki utwór Iggy’ego Popa „Lust For
Life”. I miał riff całkiem podobny do tego…
7. RADIOHEAD – Paperbag Writer. Nie wiem, skąd jest to nagranie, ale
słychać w nim, że panowie mieli chyba jakiś pomysł. Dźwięki orkiestry lub
czegoś, co ją udaje powtarzają się na narastającym podkładzie, brzmiącym
bardzo syntetycznie. Do tego dochodzi głos Yorke’a, nagrany jakby z drugiego
pokoju. Żeby to wybitne dzieło było, to nie powiem, ale na pewno coś w tej
muzyce jest. A że nie trafia do mnie, to już trudno.
8. THE STROKES – When It Started. Nie wiem, czy to miał być jakiś żart
czy pastisz muzyczny, ale ten kawałek jest po prostu tragiczny. Jest to
strona B singla „Last Nite”, a powinna być to strona C. Bzdetna melodyjka, z
którą kompozytorzy nie wiedzieli co zrobić ani jak ją rozwinąć. Szkoda tylko,
że zastanawianie się zajęło im aż trzy minuty. Można było w tym miejscu
umieścić ciszę.
9. THE THRILLS – Last Night I Dreamt That Somebody Loved Me. No cóż,
jest to bardzo dobra, nastrojowa kompozycja, ze świetną melodią i tekstem...
bo to utwór The Smiths, kolejnego zespołu, którym inspiruje się nowy niby-
rock anglosaski. Niezłe to wykonanie, chociaż wokal mnie irytuje (miaucząco-
zawodząco-beczący).
10. THE RAPTURE – Echoes (live). Znów Iggy Pop się kłania, trochę
Blondie, nieco Television i… no właśnie, i nic ciekawego z tego nie wychodzi.
Riff z cyklu „gdzie my to już słyszeliśmy” i żenująca niby-nowofalowa maniera
wokalisty. Okropne.
11. STARSAILOR -Hot Burrito #2. Zespół Starsalilor ma wprawdzie ambicje
robienia melodyjnego popu, bogato zaaranżowanego, ale ma pewien poważny
problem – wszystkie jego propozycje są tak śmiertelnie nudne, że nawet po
docenieniu melodii podczas pierwszego kontaktu z kompozycją nie mam ochotę na
wejście z nią w kontakt po raz drugi. Płaczliwe wokalizy dyskwalifikują dla
mnie ten zespół.
12. FUNERAL FOR A FRIEND – She Drove Me To Daytime Television (live).
Powiedzmy, że to miało być mocniejsze uderzenie. Publika dośpiewuje “ooo”,
ale obiektywnie rzecz biorąc, utwór jest średnio zagrany i równie średnio
nagrany. Niechlujne brzmienie i fałsze wokalisty jakoś mi do tej kompozycji
nie pasują – nie wiem, czy w studyjnej wersji też tak jest. Sam kawałek w
przyzwoitym wykonaniu jakoś by się bronił.
13. KYLIE MINOGUE – Slow (Chemical Brothers Mix). Gdybym był złośliwy,
napisałbym, że to najbardziej interesująca kompozycja na całej płycie, ale
oczywiście nie jestem złośliwy, więc nie napiszę

14. THE VON BONDIES – Save My Life (BBC Radio 1 Session). Rzeczywiście,
można obawiać się o utratę życia podczas słuchania tej kompozycji. Mianowicie
jest tak wtórna, że można zejść podczas słuchania. The Kinks, The Knack i
inne tego typu zespoły powinny zostać opłacone za powstanie piosenki, w
której nie ma chyba niczego oryginalnego. Dobrze, że to już koniec.
No więc tak: ciekawie było się zapoznać z nominacjami NME. Na pewno jestem w
stanie stwierdzić pewną monotonię, jaka ogarnęła rynek wysp brytyjskich-
połowa wykonawców (częściowo znanych mi z innych nagrań) mogłaby powymieniać
się repertuarem i nie zauważono by żadnej różnicy. Chyba za wiele w tym
wszystkim zapatrywania się w to, co już stworzyli inni kiedyś tam dawno temu.
Może gdyby ta inspiracja przerodziła się w kreatywność, z paru artystów
udałoby się wycisnąć cokolwiek więcej, niż recital zatytułowany „Co by dziś
nagrali The Smiths i The Clash, gdyby jeszcze nagrywali” albo „Zgadnijcie, z
czego to zerżnęliśmy”. Przykre to o tyle, że część tych zespołów traktowano
jak objawienie (omijam Outkast i Kylie, bo to co innego), a są jedynie
odtwórcami lub imitatorami pomysłów, które urodziły się –dziesiąt lat temu.
Mało ciekawe te nagrody będą w tym roku.
No dobrze, a teraz już można mi napisać, jak bardzo się nie znam na muzyce.