vulture
07.05.04, 06:34
Chciałbym dowiedzieć się, jaka jest opinia forumowiczów na temat występów na
żywo różnych wykonawców oraz używania playbacku. W ciągu ostatnich lat
dramatycznie wzrosła ilość pseudoartystów, posiłkujących się półplaybackiem
bądź pełnym playbackiem podczas koncertów. Nie chodzi mi o występy w
programach telewizyjnych typu Top Of The Pops, ale o regularne trasy
koncertowe bądź występy na festiwalach lub mniej lub bardziej prestiżowych
galach, transmitowanych przez telewizję.
Pewien czas temu wykonawcy byli oceniani - zwłaszcza wokaliści – na podstawie
faktycznych umiejętności, tzn. łatwo można było ocenić, kto umie śpiewać, a
czyj głos jest zasługą nowoczesnych technik nagraniowych (nie mówię o
skrajnych przypadkach typu Milli Vanilli, gdzie głosy nie należały do osób,
występujących na scenie). W przypadku naszej rodzimej sceny wystarczyło, że
artysta wystąpił np. w Opolu i można było przekonać się, czy rzeczywiście
umie śpiewać tak jak na płycie. Jakiś czas temu na festiwalu opolskim zaczęły
mieć miejsce dziwne wydarzenia, np. koncerty z playbacku (Opole’99).
Tłumaczenie było takie - oceniamy piosenki a nie wykonawców. Również na gali
rozdania nagród MTV, transmitowanej dwa razy w roku (raz ze Stanów, raz z
Europy) występy na żywo różnych gwiazd były mocnym punktem programu. Coraz
częściej zdarza się jednak, że „artysta” rusza ustami do podkładu z taśmy –
czasem nawet słychać chamskie wyciszenie piosenki, ale (i to mnie niepokoi)
jakoś nikomu to nie przeszkadza. Dla mnie osobiście obrazą dla publiczności
jest wystawianie „wykonawcy”, który nie umie przedstawić swojego utworu na
żywo, a coraz częściej ma takie miejsce sytuacja, w której nie tylko gwiadki
pop, ale i zespoły uważające się za rockowe, używają „wspomagania” z taśmy w
ilościach przekraczających przyzwoitość.
Pewnie wyjdzie na to, że się czepiam, ale skoro ktoś chce, żebym kupował
płyty wykonawców, którzy nie potrafią zaśpiewać na żywo...
P.S. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu w TVP był program „Bliżej świata”.
Pokazywano w nim, jak nagrywa nowy singiel jakaś sezonowa gwiazdka (był to
bodajże zespół Black Box), - za konsoletą siedział pan i wciskał klawisze
keyboardu. Pod każdym była ukryta wsamplowana fraza wokalu. Pan naciskał raz
jeden, raz drugi klawisz, a ponieważ piosenka polegała na powtarzaniu w kółko
tych samych słów, utwór „sam sie” robił. Wówczas lekko mnie to zszokowało, a
dziś chyba już nie bardzo... ale to już osobny temat
Pozdrawiam