Gust muzyczny to bardzo indywidualna sprawa. Można się o tym
przekonać, słuchając drugiego albumu zespołu Virgin, „Bimbo”. Ze względów
muzycznych zespół może być interesujący o tyle, że prowadzi go gitarzysta
Krzysztof Najman, znany ze współpracy z Anją Orthodox (swą eks-małżonką) w
zespole Closterkeller. Młodzież, spędzająca czas przed telewizorem, może się
zainteresować co najwyżej tym, że na płycie śpiewa, podobnie jak i na
poprzedniej, Dorota Rabczewska, prezentująca swe wdzięki i intelekt w
polsatowskim programie „Bar”. Wizerunek medialny „Dody”, bo taki pseudonim
nosi Rabczewska, nawiązuje do ulotek, jakie czasem można znaleźć za
wycieraczką samochodu. Do niego z kolei nawiązuje tytuł krążka. „Bimbo” to
kobieta-kociak, taka laska z dużymi... uszami i małą ilością tekstyliów.
Czyli tutaj wszystko się zgadza.
Pytanie, które na pewno zaświtało w głowach czytających jest takie:
po co słuchałem tej płyty? Z bardzo prostego powodu – zawiera ona muzykę
rockową. Taki typowo amerykański pop-metal z melodyjnymi refrenami, świetnie
sprawdzający się np. podczas jazdy rowerem lub samochodem. Najman zadbał o
to, żeby riffy i melodie były chwytliwe, producenci Tomek Lubert (drugi
gitarzysta w zespole; Najman gra na basie i gitarach) i Piotr Zygo (klawisze,
loopy) zadbali o staranne brzmienie, głos Rabczewskiej też jest całkiem
niezły, prawie wszystkiego przyjemnie by się słuchało, gdyby nie dwie
rzeczy: Pierwsza – do przełknięcia – otoczka „barowa” i kiczowaty do bólu
image frontwoman grupy. No ale cóż, jeśli dziewczyna chce wyglądać, jak
wygląda, jej sprawa. Kierowcy tirów będą zachwyceni. Druga sprawa to teksty
piosenek. Niestety, prawie wszystkie napisała również Rabczewska, co nie było
specjalnie dobrym pomysłem. Zacytuję kilka fragmentów:
„Mówię wam, tak ma być
Nie obudzisz mnie za nic,
Bo ja też chcę chora być
Chora na wrzaski,
Chora na słowa,
Chora aż mnie boli głowa
Jest za mała na ten jazz
Chora na zazdrość,
Chora na chwile,
To młodości są motyle
I dla bogów jasne jest
Wiem, że mnie męczysz,
Wiem, że mnie dręczysz...” („Dżaga”
„Chłopczyku mój, jak to jest wiedzieć
Że twoja droga ma kierunek w dół?
Chłopczyku mój, jak jest być na dnie,
Machasz nóżkami, czy czujesz już muł?” („Chłopczyku mój”
Muł faktycznie można poczuć, ale niestety pani Rabczewska odkryła w sobie
duszę twórcy, dzięki czemu płyta praktycznie nie nadaje się do słuchania z
powodu debilnych tekstów. Szkoda, bo muzyka jest całkiem miła. Nic
specjalnego, ale jeśli ktoś lubi brzmienia Bon Jovi-Ira-inna wieś, to wrzuci
sobie do odtwarzacza. W ramach groteski można przesłuchać na zakrapianej
imprezie.
Pierwsza płyta Virgin nie chwyciła – sprzedano tylko dziesięć tysięcy
egzemplarzy. Być może ze względu na obecność wokalistki w telewizji i prasie
brukowej album „Bimbo” kupi więcej osób, ale według mnie jest to płyta
zmarnowana podobnie, co krążek Agnieszki Chylińskiej: kretyńskie teksty i
image dominują nad całkiem przyjemnym słuchadłem. Szkoda.
P.S. Muzycznie tragiczne są tylko dwa utwory: ballada „Nie zawiedź mnie”
i „Nie oceniać jej” z gościnnym udziałem rapera. Jako bonus na płycie
znajduje się „niecenzurowana” wersja teledysku „Dżaga”, różniąca się od
oryginału tym, że Rabczewska w pewnych momentach nie ma na sobie nic, ale to
niewielka różnica, biorąc pod uwagę preferowany rodzaj garderoby. Ciekwostką
jest też fakt, że jeden z tekstów napisała Anja Orthodox.