Gość: kioto Re: The Doors zagrali w Warszawie IP: *.infocoig.pl / *.crowley.pl 21.07.04, 21:28 a ja nie lubie The Doors i zupełnie nie obchodzi mnie czy koncert był dobry czy nie, mam to wszystko gdzieś Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Cezi Zdjęcia z Torwaru !!! IP: *.gorzow.mm.pl 21.07.04, 23:34 Jeżeli ktoś z Was ma zdjęcia byłbym wdzięczny za podzielenie się wrażeniami tj. przesłanie ich na mój e-mail: cezi@o2.pl Pozdrawiam wszystkich którzy byli na tym koncercie ! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: verdish Re: The Doors zagrali w Warszawie IP: *.acn.waw.pl 22.07.04, 00:41 no właśnie, niech wypowiedzą się ci którzy byli. Ja byłam i podobało mi się. Nie przepadam za Astburym, ale bardzo się cieszę że mogłam usłyszeć na żywo chociaż część z dawnego zespołu The Doors. Będę pamiętać ten koncert długo i nigdy nie będę żałować że na niego poszłam. Zresztą rozmawiałam z wieloma innymi osobami które tam były i wszystkim się podobało, nie wiem więc skąd taki ton tego artykułu! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marek - czy ktoś w czasie koncertu zamknął oczy ??? IP: *.cst.tpsa.pl 22.07.04, 08:31 - ja to zrobiłem, odjechałem na 99% do lat 60, niesamowite uczucie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: FUN-TOMAS DOORS wiecznie zywy IP: 195.94.207.* 22.07.04, 09:31 Moj dobry kolega napisal do mnie -wg mnie dosc profesjonalny komentarz z koncertu, ktorym chcialbym sie podzielic z Sz. Czytelnikami: "Ten koncert trudno jest oceniać bez emocji, w końcu tych płyt słuchało się wielokrotnie. Dla mnie to jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem, podróż w czasie do epoki psychodelii, ciągle nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to Morrison, mimo, że Astbury specjalnie nie stara się go naśladować (np. zachowaniem). Jednak głosowo wypada bardzo podobnie (pamiętam z nagrań The Cult, że był tam niezłym krzykaczem i te "Cultowe" akcenty nadal słychać) Fizyczne podobieństwo jest zresztą niezwykłe, ale już w 1991 r proponowano mu rolę Morrisona w filmie DOORS Oliviera Stone'a. Dwie godziny podskakiwałem na płycie i wrzeszczałem, nagłośnienie wydawało mi się zupełnie dobre i klarowne (zresztą ich oryginalne koncertówki też mają dźwięk taki sobie). Wykonali wspaniałego seta marzeń, zabrakło mi tylko "The End" i "Hello I love you", ale nie można narzekać, w końcu nagrali tyle świetnych utworów, że i po 4 godzinach pewnie czuł bym niedosyt. Solówki we wszystkich utworach dopracowane i błyskotliwe. Super wypada Manzarek (ma prawie 70 lat!), wspaniale pobrzmiewa w jego zagraniach klasyka i jazz, widać że uwolniony przez basistę od konieczności realizowania linii basowych na klawiaturach ma więcej możliwości na wzbogacenie ich muzyki na żywo. Widać było po gestach, że dyryguje całym występem. Do tego ma niezwykły luz i poczucie humoru, np. pomagał sobie nogą w jednej z solówek. Krieger też gra świetnie, mimo że jego wygląd sugeruje, ze zaraz może się przewrócić. Miłym akcentem była jego koszulka z białym orłem (chyba podpatrzył ja u Leppera, kiedy to ów demonstracyjnie oddawał się w ręce policji). Czuć, że weterani rozumieją się świetnie. Nowe sekcja rytmiczna jest OK. Bardzo ucieszyły mnie nagrania z LA Women, bo nie znam żadnego wykonania koncertowego, nawet jakiś wczesnych wersji utworów z tej płyty - w trakcie nagrania prawie już nie nie koncertowali (ciągnęły się za nimi procesy i zakazy, byli skonfliktowani, a Morrison był w fatalnej formie fizycznej - koka i whisky). Koncertowa wersja "Riders on the Storm", aczkolwiek bardziej agresywna niż płytowa, była znakomita.Właśnie 20 lipca ukazuje się DVD nowego składu z koncertowym wykonaniem tej płyty! Zresztą po co tu dzielić włos na czworo, dla mnie nie było tu słabego utworu. Magia The Doors ciągle istnieje, to chyba zasługa pieknych melodii, na jakich jest oparte wiele utworów. Stwierdziłem, że niektóre riffy są tak znakomite, że nawet "zapętlone i zatrzymane" wcale mnie nie nudzą i w atmosferze koncertowego transu można by ich słuchać bez końca.Oprawa świetlna bardzo prosta, powiem wręcz, że minimalistyczna, główną atrakcją wizualną byli sami muzycy i ekran z clipami Domyślam się tam ręki Manzarka, który przecież studiował reżyserię, zresztą przewijały się fragmenty filmów zrealizowanych przez niego w czasach DOORS (np. clip do LA women). Pojawiające się tam pulsujące kolory, fraktale i mandele wspaniale tworzyły psychodeliczną atmosferę - gdyby tak jeszcze potraktować się jakąś używką, odlot był by pewny (DOORS of perception will be open....) Na podsumowanie stwierdzam, że DOORS (21st...) to nie legenda, tylko ŻYWY zespół". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marek Re: DOORS wiecznie zywy - WRESZCIE WIARYGODNY... IP: *.cst.tpsa.pl 22.07.04, 09:42 komentarz. Dla mnie wycieczka juz sie zaczela na samym początku. Ten film z Niksonem, ze słowami Kinga wstrząsającymi całą halę do tego ta muza, już na początku: BreakOT i mój ulubiony kawałek "when the music's over", w tle wraz histerycznymni wokalami toreador zabija byka, krew się leje. ufff ! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Paweł Re: The Doors zagrali w Warszawie IP: *.zzx.pl / 217.153.151.* 22.07.04, 10:53 Nie wiem, czego niektórzy oczekiwali po występie. Wiadomo że to nie jest Doors sprzed 34 lat, zatrzymany w czasie na płytach. Świat idzie do przodu, zmienia się muzyka i jej odbiór przez słuchaczy. Teraz wszystko już wywołuje mniej emocjii (wszystko juz było?). Chyba mało który istniejący do dziś zespół, nawet w oryginalnym składzie wytrzymuje takie porównanie z dawnymi czasami. Morrison był niepowtarzalny, ale nie żyje od lat. Przez ten czas stał się postacią wręcz mityczną. Jego smierć przerwała karierę zaspołu u szczytu możliwości artystycznych. Nie można mieć pretensji do muzyków, że mają ochotę wrócić do grania (nostalgia po latach?). Zresztą pauzowali wystarczająco długo. Ciekawy jestem, czy ktoś z "negatywnych" recenzentów miał okazję BYĆ na koncercie PRAWDZIWYCH Doorsów. Takich osób w Polsce prawie nie ma. Jak mogą w takim razie porównywać "magię występu na zywo"? Z płytami lub filmami które sa zawsze montowane lub reżyserowane? Myślę, że gdyby nawet teraz przenieśli się w czasie, też by im się nie podobało. Ja poszedłem zobaczyć Manzarka i Kriegera, posłuchać ich sławnych solówek, ale muszę stwierdzić że Astbury był po prostu swietny. Przez jego fizyczne i wokalne podobieństwo można było mieć chwilami zludzenie że Morrison zmartwychwstał. Astbury nie był jednak przebraną kukłą, ale pozostał sobą, dawnym krzykaczem z The Cult, pozostały w jego śpiewie charakterystyczne elementy "Cultowe", jak np z ich płyty "Electric". Zresztą Ian nigdy nie krył swojej fascynacji Morrisonem i pewnego naśladownictwa, nawet w 91 r. proponowano mu rolę Jima w filmie o doorsach Oliviera Stone'a. Na Torwarze Doors wykonali wspaniałego seta marzeń, zabrakło mi tylko "The End" i "Hello I love you", ale nie można narzekać, w końcu nagrali tyle świetnych utworów, że i po 4 godzinach pewnie czuł bym niedosyt. Weterani są w znakomitej formie, widać teraz wyraźnie, jak ważni w tym zespole byli pozostali muzycy, grający w bardzo specyficzny sposób. U Manzarka wspaniale pobrzmiewa klasyka i jazz, słychać że uwolniony przez basistę od konieczności grania basów na klawiaturach ma więcej możliwości na wzbogacenie ich muzyki na żywo. Widać było po gestach, że dyryguje całym występem. Oprawa świetlna była bardzo prosta, powiem wręcz, że minimalistyczna, główną atrakcją wizualną byli sami muzycy (Krieger w koszulce z naszym herbowym orłem) i ekran z clipami Domyślam się tam też ręki Manzarka, który przecież studiował reżyserię, zresztą przewijały się fragmenty filmów zrealizowanych przez niego dla DOORS (np. clip do LA women). Pojawiające się na ekranie pulsujące kolory, fraktale i mandele tworzyły psychodeliczną atmosferę - gdyby tak jeszcze potraktować się jakąś używką, odlot był by pewny (DOORS of perception will be open....) Moim zdaniem muzycy wytworzyli niezwykła "magię" i nastrój, dobrze nie bawili się tylko zblazowani recenzenci (prasowi). Stałem (a raczej bujałem się) wśród tłumu na płycie Torwaru i odniosłem wrażenie, że dla zdecydowanej większości fanów ten występ był przeżyciem. Na podsumowanie stwierdzam, że DOORS of 21st... to nie legenda, tylko ŻYWY zespół. Dzięki za przyjazd. P.S. Właśnie 20 lipca ukazała się płyta DVD "LA Women live" z materiałem ostatniej płyty, którego dawni doorsi nie zdążyli już zagrać na koncertach z wiadomych powodów. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: broda Re: The Doors zagrali w Warszawie IP: *.crowley.pl 22.07.04, 11:09 Ja właściwie poszedłem na THE CULT i było ZAJEBISCIE, DOORS ZRESZTĄ TEz PEŁNY WYPAS JEŚLI CHODZI O KONCERTY NA ŻYWCA - trzeba to normalnie odbierac a nie jak jakiś pajac pismak bez jaj HEHE Odpowiedz Link Zgłoś
kubelec zabraklo supportu 22.07.04, 11:41 Ja tam uwazam, ze zabraklo supportu, kogos, kto by stopniowo rozgrzal tlum, zeby na Doorsow juz wjechac na haju. Tak sobie roilem ze moze by zrobil to zespol Teatru na Targowku - z rewelacyjnym Jezdzcem Burzy. Kto nie byl a jest fanem Doorsow - niech koniecznie idzie. Tak swoja droga - Rychcik swietnie spiewa i duzo lepiej wychodzi to po polsku - bo po angielsku jest po prostu jeszcze jednym nasladowca Jima. Jednego mi brak - Warner zgozil sie zeby w teatrze spiewali po polsku ale juz plyte kazal nagrac po angielsku, co jest duzym minusem (p wyzej). Czy moze ktos dysponuje dojsciami do polskiej wersji - bo i ta zostala nagrana ale kapitalisci nie dopuscili jej do rozpowszechniania Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kayaman The Doors 21 wieku zagrali i to zajebiscie IP: *.przeglad.com.pl 22.07.04, 19:05 Wczoraj bylem na koncercie The Doors 21 wieku. Z muzykow z pierwotnego skladu byl Manzarek i Kregier. Na wokalu troche ekscentyczny Ian z The Cult. Facet ma b. fajny wokal. Spiewal ok po swojemu. Wydaje sie ze nie probowal nasladowac Jima. Bo byloby to bez sensu. Zaczelo sie od cyrkowego zonglujacego clowna a po nim............. TRANS. Na poczatek Five To One. Odazu porazilo zajebiste brzmienie. Co za dynamika. Nikt stad nie wyjdzie zywy.... mozna bylo sie zpodziewac tego kawalka na poczatek. Od tego momentu polubilem Iana na wokalu w Doorsach. ZAJEBISCIE. Widac ze Ray i Robbie po prostu bawia sie muzyka. Ale nie sa wcale grzecznymi chlopcami mimo swego wieku. Juz po tym pierwszym kawalku przypomnieli ze sa zespolem psychodelicznym i maja nadzieje ze spozywamy slowianskie grzybki halucunogenne oraz troche LSD. Pozniej jeszcze raz Ray dokladnie opisywal jak wyglada Lysiczka Lancetowata oraz magiczne dzialanie LSD, meskaliny, swietego Peyotlu. Naprawde zrobilo mie sie bardzo milo Robbie wystapil w koszulce z polskim godlem i przypomnial ze Ray jest pol polakiem )) Kolejne numery When The Music Over i Whiski Bar. Wykonane okey. W miedzyczasie okazalo sie ze ten niezly basista w kolorach rastafarianskich pochodzi z Jamajki. Podczas gdy Ray go przedstawial ten zagral krociotki motywik Boba Marleya ...wsrod stloczonej publicznosci poczulem kojacy i uwielbiany zapach konopi )))) lecz trzeba bylo uwazac poniewaz niewolnicy: stroze babilonu czuwali ((( Kolejnosci wszystkich nastepnow numerow nie pamietam ale opisze co szczegolnie utkwilo mi w glowie. Panowie wyglupiali sie w przerwach w koncu po godzinie wyszli pozostawiajac tylko Robbiego, ktory zagral na gitarze flamenko. Jak slusznie mozna bylo podejrzewac w przerodzilo sie ono po 5 minutach w Spanish Caravan. Reszta zespolu dolaczyla i wspolnie wykonali te zajebista piosenke. W Not To Touch The Eartch po raz pierwszy odczulem wyrazny brak Jima. To nawet nie wina Iana i jego fajnego wokalu. Po prostu ta muzyka jest wprost odzwierciedleniem wnetrza Jima. Nie pomoglo nawet jego przypomnienie kiedy Ian powiedzial na koncu kawalka James Douglas Morrison is the lizard king, he can do anything. Ray jeszcze kilka razy wykrzykiwal jego nazwisko Czas zeby popisac sie solwkami mial takze basista i perkusista. Zywiolowe L.A. Women potwierdza dobra dyspozycje Raya i Robbiego. Piosenka ta w ktorej nazmiane przeplatali swoje solowki wydluzyla sie chyba do 15 min. Tak popisywali sie swymi umiejetnosciami jeszcze nie raz. Za scena podczas trwania koncery caly czas moglismy obserwowac rozne rodzaju psychodeliczne wizualizacje z cyfrowego rzutnika na ktore co jakis czas panowie technicy wrzucali na zywo filmowanych muzykow. Tym razem moglismy obserwowac ulice L.A. i oczywiscie plaze a na niej unikatowe zdjecia oryginalnych Doorsow oraz Jima jadacego na rowerze i palacego jointa. Ian tez chyba niezle bawil sie ta muzyka. Nieraz tanczyl i gral na grzechotkach (skad my to znamy W pewnej chwili mielismy widza na scenie oczywiscie panowie z ochrony szybko go sciagneli ale zdarzyl uderzyc w klawisze Raya co wprawilo go w zdzwienie i chyba niezly ubaw. Publicznosc w kilku przypadkach raagowala dosc zywiolowo ale nie oszukujmy sie do klimatu koncertow hipisowkich chyba jeszcze daleko... Zagrali jeszcze m.in. Maggie McGill, Loves Me Two Times i jeszcze kilka kawalkow i zakonczyli bisem Riders On The Storm. Pozniej Ray wyszedl kiedy juz zapalili swiatlo i powiedzial ze specjalnie dla tej publicznosci zagra jeszcze jeden kawalek . Zagrali oczywiscie bardzo bardzo dlugo Light My Fire. i zakonczyli..... W sumie koncert trwal 2 godziny co zrozumiale w koncu panowie Ray i Kregier nie sa juz pierwszej mlodosci. Bylo zajebiscie szkoda tylko ze Ray nie gral basu z klawiszy oraz ze zabraklo Johna Densmora i jego jazzowej gry na perkusji. Ten bebniarz gral poprawnie i staral sie ale gral po prostu dobrego rocka podczas gdy John caly czas gral na perkusji jak na solowym instrumencie. Nikt nie zastapi jego gry wiadomo ) Szkoda tez ze nie zakonczyli The End no trudno. O tym czy Ian jest podobny do Jima i czy podobnie sie rusza i czy wogole powinien spiewac podczas gdy Jim nie zyje nie wypowiadam sie bo mnie to nie interesuje. wydanych duzych pienedzy nie zaluje pozdrawiam aha. no i dlaczego nie lubie koncertow rockowych. Ten okropna duchota i smrod meskich spoconych cial (((((((((((((((((((((((( Rock Is Death Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: orbit Re: The Doors 21 wieku zagrali i to zajebiscie IP: *.gdynia.mm.pl 23.07.04, 00:31 mnie to śmieszą MONDRE wypowiedzi dwudziestoparolatków którzy jadą na Sankowskiego... Pewnie bywał na koncertach zanim Wy się urodziliście Może nawet był na "oryginalnych" Doorsach? Może przez to, że był na tylu koncertach potrafi spokojniej oceniać i pisać recenzje "z zimną krwią" a nie jak Wy? Już wolę obiektywną i stonowaną recenzję Sankowskiego, niż co poniektórych "ochy" i "achy" Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: eloelo... Przybij piatke IP: *.aster.pl / *.aster.pl 23.07.04, 01:20 Najlepszy przyklad to ten kolo ktory wpisal sie przed Toba - on to chyba pisal pod wplywem jakiegos ziela... Karwa, koncert byl slaby i nie dlatego ze nie bylo na nim Jima... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marek Re: - gratuluje poglądów IP: *.cst.tpsa.pl 23.07.04, 08:18 tak kolego słuchaj tych przemądrych krytyków, na przykład grubej Pani z idola, czy ona może poczuć Dorsów, albo Cygan.... Szanuję tych ludzi ale Sankowski nie musi kumać o co tu chodzi i dlatego pisze takie teksty. Ludzie przyszli na przedstwawienie a nie typowy koncert, wszyscy wiedzą że to nie ten sam zespół, że chodziło przeniesienie się w tamte czasy. Jakby oni się nazwali bramka albo no nie wiem wiadro to by dotarło do niektórych recenzenckich ciemnot że chodzi o coś innego. Już widzę te artykuły w gazetach: ludzie to praktycznie "The doors" Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Toto Kolejny zly artykul IP: *.dyn.optonline.net 24.07.04, 07:06 Jest to kolejny nieudany artykul redaktora Sankowskiego. Pan Redaktor nie rozumie, ze dla fanow The Doors nie ma najmniejszego znaczenia jak zagraja muzycy, wazne ze na scenie byly osoby z oryginalnego skladu. Jim Morrison nie byl profesjonalnym wokalista czy nawet muzykiem. Tylko na ostatniej plycie L.A. Woman jego spiewanie technicznie dorownuje zawsze poprawnym muzycznie pozostalym muzykom. Morrison byl charyzmatycznym liderem i stad sukces The Doors. Dzisiaj, 30 lat po smierci Jima Morrisona, zespol ma miliony fanow na calym swiecie. Zwykle sa to ludzie mlodzi, przechodzacy akurat mlodzienczy bunt. Mozna jadnak smialo powiedziec, ze sa to raczej ludzie wrazliwi muzycznie, t.j. fan The Doors raczej nie slucha Britney czy Stachurskiego. Sam na koncercie nie bylem ale uczestnicy forum przekonali mnie, ze koncert byl udany i widownia byla usatysfakcjonowana. Niestety trudno lubic redaktora Sankowskiego, ktory wielokrotnie wczesniej wykazal sie brakiem szacunku dla gigantow muzyki rockowej. Tym razem obrazil ORYGINALNYCH czlonkow legendarnej grupy The Doors. Dla mnie sa to ludzie, ktorych stawiam w jednym szeregu z The Beatles, Stones, Dead, Zeppelin czy Allmans. Dlatego uwazam, ze ten red. Sankowski nie powinien publikowac kolejnych artykulow w najwiekszym ogolnopolskim dzienniku. Pozd. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: made in china Re: Kolejny zly artykul IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.07.04, 20:50 Jedni mowia, ze koncert byl super, inni wrecz przeciwnie, ja nie poszlam na koncert Doorsow, bo nie lubię "odgrzewanych kotletów", a niestety, dla mnie tak to wyglądo. Fakt, faktem pozostali Doorsi maja prawo stworzyc zespol, ale po co? Jakkolwiek by sie nie nazwali, pozostaną Doorsami, Doorsami bez Jima Morrisona. A po co tworzyc cos bez glownego skladniku? Zupa pomidorowa bez pomidorow? Bez sensu. Co do Iana Astbury'ego, to wolalam go w The Cult. Nic nie da, ze poudaje Jima Morrisona, skoro nigdy nim nie bedzie. Krotko mowiac, nie podoba mi sie pomysl wznawiania kultowych zespolow, bo nie prowadzi to ku czemus nowemu i wspanialemu. Chyba lepiej zachowac to co genialne, w pamieci, a nie psuc sobie pozniej fajnych wspomnien... pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: róża Re: Kolejny zly artykul IP: *.opole.sdi.tpnet.pl 06.08.04, 21:41 a ja zgadzam sie z panem R.S.byłam na koncercie i mam te same odczucia-żenujace jest to że Ian odgrywajacy rolę Jim'a był w cieniu gwiazdy koncertu-pana R.M.,kiedy ten w czasach wielkiej popularnosci był w cieniu Wielkiego Jima(to była osobowość!) jesli już udawać że to ten zespól,to niech wokalista bedzie na pierwszym planie,a nie w cieniu(pana R.M) nie podobało mi sie niezgranie zespołu z wokalista . w niektórych kawałkach nie podobał mi sie R.M. wcale-szczególnie jak krzyczał:Jim Morrison w ogóle bredził,stary dziad czasmi było super(L.A.Women) ale riders on the storm to kompletna pomyłka!Ian brzmiał jak stara koza! ciesze się że byłam na ich koncercie,choć odczucia mam mieszane najbardziej zal mi Ian'a,którego uwielbiam jako wokaliste Cult,mimo iz zrobiony jak Jim to brzmiał Cult'owsko))taka charyzmatyczna postać tak zdominowana przez staruchów doors'ow niech nikt nie mysli ze doors'ow nie uwielbiam-kocham ich muzyke podziwiam Ray'a Manzarka i Robby Kriegera-przecież to Ray wiekszosc utworów stworzyl ale gdyby nie Jim to te utwory wyladowalyby niewiadomo gdzie,prawda? Jim pewnie nie przewraca sie w grobie bo gówno to go obchodzi,nie sadzicie moi mili internauci? pozdrawiam Was bardzo serdecznie Róża p.s. a może konkurs na nowego Kurta?wow!co to byłoby za przeżycie! Odpowiedz Link Zgłoś