Gość: mrb
IP: 213.25.22.*
27.05.02, 13:57
Powszechne jest obecnie mniemanie, że muzycy rockowi są pod wieloma względami
lepsi od twórców "muzyki poważnej". I może tak jest (ja sam wolę rocka, choć
nie gardzę też dobrym disco), ale jedna rzecz mnie zastanawia. Otóż jeśli
przyjrzymy się Beethovenowi, Mozartowi, czy innemu Couperinowi Wielkiemu, to
rzuca się w oczy, że byli to muzycy rozwijający się przez całe życie, nieraz w
podeszłym wieku osiągający swoje największe sukcesy. Przyglądając się muzykom
rockowym dostrzegamy niestety coś innego: wielu z nich zaczyna od niezłych
pomysłów, a potem szybko się wypalają, przychodzi zastój i upadek. Za sto lat
pewnie pamiętany będzie tylko Vangelis, wyjątek od reguły w rockowym świecie
(choć przyznam, że nie przepadam za jego muzyką). Ciekaw jestem, co jest tego
przyczyną i czy tak koniecznie być musi.