Wiecie, byłam ostatnio w muzycznej bibliotece (Dla krakowian - na Rajskiej

Patrzę, a tu przed wejściem plastyczne wyobrażenie naszych ukochanych
geniuszy, rysunki mniej więcej A4 a na każdym rozmaite podobizny geniusza w
formie kolażu. Idąc od lewej, mniej więcej byli to: Haendel, Bach, Haydn,
Mozart, Beethoven, Schubert, Paganini, Verdi, Puccini bodajże i na końcu
Strawiński. Eeech, myślę sobie. Bo że pierwsza siódemka, to spoko. Ale dalej
to ja bym sie już kłóciła. Dlaczego z całego romantyzmu wybrano właśnie
Verdiego do sportretowania...? No ale dobra, Verdi może jeszcze być.
Ale Strawiński jako geniusz muzyki XX wieku, jedyny przedstawiciel? Hm, j nie
wiem, czy tę plastyczną wystawę przygotowały dzieci, czy co...ale mój facet
od literatury na III roku wyraźnie mówił, że Strawiński, to owszem: geniusz,
ale...marketingu. Wiedział, co jak i kiedy napisać, żeby się "sprzedało". Z
pamiętników A.Rubinsteina można się dowiedzieć, na czym tak głównie
Strawińskiemu w życiu zależało. Kobiety, cygara, pieniążki. Śmieszy mnie
czytanie wielce uczonych wypowiedzi Strawińskiego, siedzącego nad szklaneczką
whisky za oceanem i krytykującego kompozycje rodaków, np. Szostakowicza.
A było zostać w ZSRR, nie zwiewać po tchórzowsku, to przekonałby się na
własnej skórze, jak to było tam naprawdę. A tak, on się wyparł kraju, kraj
jego, w wygodnym la niego momencie, kiedy jeszcze nie groziły mu łągry i inne
przyjemności. A potem, w czasi odwilży łaskawie przyjechał odwiedzić kraj...
Nie lubię Strawińskiego. Dla mnie to w ogóle nie jest żaden geniusz. Jesli
miałabym palcem pokażać prawdziwego geniusza XX wieku, to oczywiście
pomijając osobiste sympatie (D.SZ.), powiem śmiało: Prokofiew, Bartok,
Hindemith. Ale nie Strawiński. W życiu.