Siedzę sobie właśnie i wsłuchuję się w ostatnie dzieło George’a Harrisona
(skandal – nawet w w Wielkiej Brytanii nikt tego nie kupił) i przyszedł mi do
głowy taki pomysł na wątek...
Zwykle, gdy umiera jakiś artysta, wytwórnia wydaje składankę jego przebojów
lub ostatnie nagrania, których zdążył dokonać (wkrótce nowy Joe Strummer), a
jeśli artysta był szczególnie popularny, co jakiś czas ukazuje się śmietnik w
postaci wersji demo (Jeff Buckley chyba wydaje kilka płyt rocznie),
niepublikowanych nagrań, remiksów (przepraszam za słowo) itp.
Które pośmiertnie wydane płyty według Was są godne uwagi? Ja na pewno bardzo
lubię (poza w/w Harrisonem) pierwszy album Johna Lennona wydany po śmierci (w
zasadzie brat-bliźniak wydanego w 1980), podoba mi się także kilka składanek
Billie Holiday (ale tylko tych, wydanych przez Sony, chociażby taka
zatytułowana z wyobraźnią „The Best Of” – z jazzowymi wykonawcami zwykle są
problemy, bo nagrywali dla miliarda wytwórni, z których każda dysponuje
własnym „śmietnikiem”

. Czy uważacie, że pomysł wydawania płyt po zejściu
artysty jest słuszny czy niekoniecznie?