pixie
12.05.03, 21:03
Pogrążona w klimatach lat ’60 i ’70, z dystansem przyglądam się współczesnej
scenie muzycznej. Odnoszę wrażenie, że dominują na niej albo lepsze lub
gorsze zespoły, albo lansowane przez media „gwiazdki” (młodzi, piękni i
przeciętni). Nie dostrzegam natomiast znaczących indywidualności muzycznych
(mówię o rocku), w rodzaju Davida Bowie, Petera Gabriela, Franka Zappy,
Elvisa Costello, Boba Dylana, Cata Stevensa itp. Chodzi mi o artystów, którzy
sami piszą teksty, komponują, śpiewają i grają na jakimś instrumencie i robią
to w sposób wybitny i oryginalny. Stara gwardia powoli wymiera, a kto ich
zastąpi? Z młodszych potrafię wymienić tylko Becka, Jeff Buckley niestety
zmarł, może P.J. Harvey, ale sprawiają oni jednak wrażenie muzyków mniejszego
formatu niż ich poprzednicy. Czyżby samotni twórcy mieli stać się zagrożonym
lub, co gorsza, wymarłym "gatunkiem"?