Proszę zapiąć pasy bezpieczeństwa i przygotować się psychicznie na wstrząsy.
Oto po prawej Phil Colins, po lewej Phil Colins, w dole i w górze też, oraz
po skosie, po luku i rykoszetem także. Nerwowi pokład opuścić.
Przyjąwszy za naturalne, że ten pan jest obecny w większości wątkach, nikt
nie powinien mieć mi za złe tego, ani tym bardziej pozbawiać się (nie)
przyjemności zapoznania z niniejszymi wynurzeniami. Czasem warto przyjrzeć
się opluwanej rzeczy i przy okazji sprawdzić czy coś nie zwisa nam z brody.
Phil Collins- „But Seriously”
Postanowiłam nie poddawać się jego wypracowanej aparycji scenicznej i
sięgnęłam po jego album „But seriously”, po czym zdecydowanie wrzuciłam go do
odtwarzacza, tak tak- kaset magnetofonowych. Kaseta ma swoje lat czternaście
i chodzi- znaczy gra. W fazie przednówku letniego obdarowano mnie chyba
nowym zasobem sil witalnych, gdyż odsłuchiwanie jego nagrań po raz kolejny
nie przyniosło uszczerbku memu zdrowiu psychicznemu. Mówię z pełną
świadomością władz- po raz kolejny, bo są mi nieobce, jak widać, często
hartowałam swoje zdrowe zmysły.
Phill Collins mimo całej swojej specyficznej skarlałości pisał bardzo dobre
utwory. Powtórzę- bardzo dobre. Nie wiem zresztą, czemu panuje pogląd, że
wygląd zewnętrzny ma się wprost proporcjonalnie do potencjału umysłowego,
choć jak wiadomo, image to wizytówka artysty- choć nie zawsze taka treść
jaka czcionka. Na obniżenie noty nie wpłynie nawet argument o powtarzalności
linii melodycznych, tudzież- strasznie modny zresztą- przerobienie jednej w
kilku piosenkach. Niestety takie są koszty, kiedy człowiek zachowuje się jak
fabryka cudów- komponuje, pisze teksty, bierze czynny udział w procesie
aranżacji, oraz wykonuje to wszystko na własną odpowiedzialność ( celowo nie
użyłam słowa- śpiewa). Komponowanie jest dość osobistym zajęciem, które na
szczęście nie dotyczy wszystkich. Na nieszczęście ci wszyscy nie tyle nie
komponują, co wyżywają swoje frustracje w innych dziedzinach (np. taka
Chylińska to regularnie popadała w samodołownictwo, gdyż jak twierdziła-
mogła wtedy oderwać się od rzeczywistości i napisać tekst, a czy dobry to już
inna sprawa ). Problem powtarzalności dotyczy każdego, kto kładzie szczególny
nacisk na oryginalność, zaszczepienie w tym co robi kawałka swojej duszy-
Picasso miał swój styl charakterystyczny dzięki osobliwym fizjonomiom twarzy
modeli, Chmielewska posługuje się humorem wprost wybornie, a każda jej
książka jest charakterystyczna. Czy dlatego, ze nie przerzuci się nagle na
poezję jest powtarzalna? Teksty Jacka Cygana rozpoznać można już po
pierwszych strofach dzięki powtarzalności niepowtarzalnych skojarzeń i
sformuowań. Lepiej, kiedy powtarzalność jest typowa dla jednej osoby- bo
zainteresowanie zawdzięcza wyjątkowej powtarzalności.
A teraz z cyklu „Nie kupuj kota w worku-czytaj recenzje” :
„But Seriously” zawiera
1.”Hong in long Enough”
2.”That`s just Way It Is”-
}o tych dalej
3.”Do You Remember”?-
4.”Something happened on the way in Heaven”- jeden z moich faworytów albumu
5.”Colours”-dalej, dalej
6.”I wish it would Rain Down”- następny faworyt
7.”Another Day in Paradise”- ciekawe wejście w stylu – coś mruczy coś buczy
coś szura i w końcu wychodzi z tego zgrana całość.
8.”Heat on the Street”
9.”All my Life”
10. „Saturday Night and Sunday Morning”- dla mnie absolutny hicior. Może to
ze względu oszczędzania na wokalu. Oszczędzenia właściwie. Wspaniała akcja
trąbek, dają fanfarem od początku do końca.
11.”Father to Son”
12. „Find the Way to my Heart”.
Pozwoliłam sobie bez komentarza pozostawić utwory, które w porównaniu
do innych przechodzą bez większego echa. Co wcale nie znaczy, że nie mogą
się podobać . Mogą.
Phill Collins postrzega Muzykę poprzez klimat o czym doskonale
świadczą aranżacje piosenek wydanych w różnych samodzielnych i
niesamodzielnych okresach działalności (bez odwołań do teraźniejszości,
chodzi o czasy kiedy był młody i piękny. ...no dobrze, może ciut- ciut
przesadziłam ), a na „But Seriously” potencjalnie wchodzą w rachubę utwory:
„That`s Just the Way It Is” oraz :”Do You Remember” celowo umieszczone obok
siebie, jakby dwie rozwiązania dla jednej koncepcji, jak dwie ścieżki-jedna w
prawo, druga w lewo. Wypadło to dla kogoś kto lubi kojące utwory
(niewątpliwie ma to pokrycie w aranżacji) na interesujące zjawisko, gdyż
zazwyczaj artyści uciekają się od takich zabiegów jako od nazbyt oczywistego
braku pomysłów. Elementem spajającym klimaty utworu jest przewodzący ( nie
zawodzący, bo nie o wokal chodzi

) melodią rytm perkusji oraz
akompaniament gitar elektrycznych- czyli wyposażenie utworów nie należy do
ekstrawagancji. Choć to tylko kręgosłup, a reszta wybitnie zależy już od
całego charakteru piosenki.
Jednym z ciekawszych momentów aranżacji jest w utworze „Colours”
chwila przejścia z miarowego rytmu w szybszy takt utworu Wykorzystano do
niego prócz gdzieś tam odległej perkusyjki etniczne bębny afrykańskie- nie
wiem skąd tu się nagle pojawił folklor Czarnego Lądu, ale niemal słychać jak
rytmicznie pobrzękują kościane koraliki na szyjach tańczącej aborygenii i
słychać tupot czarnych stóp. Szkoda, że poświęcono temu tylko skromny moment-
mimo wszystko dobrze, że w ogóle.
Następnym utworem, a raczej samą kompozycją jest ‘Saturday Night...”,
naturalnie ze względu na kameralny klimat dobrego klubu jazzowego. Krótko
acz treściwie.
To tyle. Ponad scharakteryzowane utwory nie znalazłam nic specjalnego
dla siebie. Jak widać nie jestem wymagająca. Jeśli zaś ktoś pomyślałby, że
przy pisaniu tego tekstu miałam w pamięci jego teledyski, których nie
oglądałam, czy zdjęcia, których nie widziałam -niech się idzie wyspowiadać z
grzesznych myśli.

.
huney