Bywają zespoły, które wielką karierę zaczynają od razu od niego. Do takich
niewątpliwie należeli The Smiths ("Hand In Glove") czy Oasis ("Supersonic").
Od wyśmienitych singli swoje kariery rozpoczynali The Jesus And Mary Chain
("Upside Down" jest w ścisłej czołówce ich najlepszych kawałków, moim
zdaniem), R.E.M. (jeden z najważniejszych ich utworów, "Radio Free Europe")
czy The Charlatans ("Indian Rope", co prawda z EP, ale mimo wszystko - jest
niejako definicją stylu grupy obowiązującego przez następnych kilkanaście
lat).
Natomiast niespecjalnie znaczącymi okazały się pierwsze wydawnictwa np.
Depeche Mode ("Dreaming Of Me" - nic więcej niż tylko przyzwoity w tamtych
czasach pop) czy Blur ("She's So High" również niespecjalnie do mnie
przemawia, może być, ale już dużo lepszy jest kolejny singiel "There's No
Other Way"), a już na pewno Stone Roses (gdyby nie składanka "The Complete
Stone Roses mało kto wiedziałby o "So Young", najlepszym wczesnym ich
utworze, ale jakże odmiennym od wydanej 4 lata później pierwszej płyty).
Podobne odczucia mam też w stosunku do Placebo. Co prawda "Nancy Boy" okazał
się sporym przebojem i od razu pozwolił grupie zaistnieć, ale nie mogę oprzeć
się wrażeniu, że daleko mu do najlepszych dokonań grupy.
Ciekawym przypadkiem jest New Order. Oni po prostu nagrali nową
wersję "Ceremony" Joy Division z Bernardem Sumnerem na wokalu i tym
rozpoczęli swoją działalność.
To tyle o tych bliższych mi wykonawcach. O innych to już niech kto inny się
wypowiada, jak to wygląda...