Dodaj do ulubionych

P.I. Vulture II

05.08.03, 11:48
Nie mogłem spać. Upał był tak wielki, że plastikowe kubki zmieniały kształty.
Nawet papieros nie smakował, a picie czegokolwiek zawierającego więcej 40%
alkoholu groziło natychmiastowym zgonem. Pozostawało tylko spac w dzień, pod
wirującym wentylatorem zawieszonym na suficie, a życ nocą, gdy temperatura
spadała o kilka stopni, a wiatr zaczynał lekko buszować w zakamarkach
ciemnych ulic. Od kilku miesięcy nie miałem żadnego wiekszego zlecenia, żyłem
z dnia na dzień, obserwując kurczace się zapasy gotówki w moim sejfie. Sejf.
Mocno powiedziane. Raczej to co pozostało z sejfu. Metalowe dzrzwiczki
wmurowane w scianę, w których dawno temu pospuł się zamek cyfrowy. Staczałem
się, a mój zawód wychodził z mody. Teraz wszystko rozwiazywali gałganiarze z
metalową rurką w dłoni. Mozna było takiemu zapłacić 20 dolców, a on przemówił
do rozsądku starszej pani na drugim końcu miasta. Ludzie schodzili na psy, a
raczej nurzali się w kurzu spowijajacym ulice, bo rynsztoki dawno wyschły.
Potrzeba było deszczu by oczyścić to miasto.
Nie mogłęm już tak siedzieć, nic nie robiąc, czytanie gazet i śledzenie
wydarzeń to nie było to co lubiłem robic najbardziej. Mój luger zaczynał
rdzewieć, a wraz znim moje mieśnie, a moje szare komórki drzemały w głebokim
snie. Czas był najwyższy, aby ktos wreszcie zapukał do drzwi mojego biura i
powiedział:
- Czy pan się nazywa Vulture?? Miałbym dla pana pewną pracę...
Ale nic takiego się nie stało, nie przez najbliższe kilka minut. Poczekałem
jeszcze ponad godzine łudząc się, że może jakaś piekna kobieta... Ech,
marzyciel, pomyslałem, po czym wziąłem kapelusz, paczke cameli i ostatnie 50
dolców. Trzeba troche pożyć, jutro bedzie czas, aby się martwic co dalej.
Gdy wyszedłem na ulicę, zapaliłem papierosa i po krótkim wahaniu wybrałem
spacer w kierunku oceanu. Co prawda, gdybym chciał usiąść na plazy, musiałbym
chyba iśc z 5 godzin w jego stronę, ale wcale nie zamierzałem go oglądać. Po
prostu chciałem iśc i upajać się tym, co ma do zaoferowania Los Angeles nocą.
A ma wiele, od dziwek do knajp w których rządzą pomniejsi gangsterzy,
kontrolujacy handel wódą i opium w swoich kwartałach.
Wolno przemierzałem droge do nikąd, mijając przecznicę za przecznicą, a
wszystkie do siebie podobne, gdy w pewnym momencie doznałem dziwnego uczucia.
Początkowo myslałem, że ktoś we mnie rzucił kamieniem, ale po chwili
wiedziałem, że w w moim prawym barku tkwi nóż. Miałem wiele szczęścia, bowiem
ostrze trafiło mnie w momencie gdy byłem lokko pochylony w lewą stronę.
Chciałem po prostu ominąć zwisającą z drzewa gałąź. Gdybym tego nie zrobił,
witałbym się własnie z Manitou.
Dotknąłem wystającej rękojeści, lecz nie miałem siły jej chwucić na tyle
mocno by wyjąc nóż. Poza tym czułem jak maleje we mnie życie. Padłem na
kolana cały czas dotykając zimnego metalu. Ironia losu, pierwsza zimna rzecz
jaka miałem dzisiaj w dłoni. Po chwili usłyszałem szybko zblizający się
odgłos kroków. Ktoś kopnał mnie w plecy, padłem na twarz, a chwile później
zaczęło mi brakować powietrza. Na mojej szyi zaciskała się gruba struna od
fortepianu.

c.d.n. może nawet niedługosmile
Obserwuj wątek
    • pizmak31 Re: P.I. Vulture II 05.08.03, 12:12
      Kyrie Elejson! Co za poczatek!
      • vulture Re: P.I. Vulture II 05.08.03, 12:33
        Matko, aż mnie coś w szyję zakłuło... a, to pewnie jakiś jebany komar. Początek
        intrygujący bardzo...
    • aric P.I. Vulture II - część 2 05.08.03, 13:08
      Pierwszy raz byłem duszony. Do tej pory nie miałem pojecia, jak czuje sie ktoś,
      gdy bezradnie próbuje złapac chociaz najmniejszy oddech. Oczy zachodzą krwią a
      mózg chce eksplodować. Dławienie jest najgorsze, charczysz a slina dostaje się
      do twoich dróg oddechowych. Nieprzyjemna śmierc, ale ja wcale nie zamierzałem
      jeszcze umierać. Lewą ręką miałem sprawną, a że nie spodziwałem się aby cios,
      który planowałm zadac łokciem pod żebra dużo dał. Moja reka powędowała więć w
      dół celując po omacku w krok napastnika. Uderzyłem, ale to co poczuła moja
      pięść nie było tym w co spodziewałem się uderzyc. Kobieta, pomyslałem. Cofnąłem
      rękę cały czas usiłując zapanować nad tym aby ucisk nie zmiażdzył mi krtani.
      Napiąłem mięścnie szyi jak tylko mogłem najmocniej i uderzyłem raz jeszcze, tym
      razem łokciem. Trafiłem w żebra. Napastnik jęknął, uścisk na chwile zelżał, ale
      tylko na chwilę. Zamknąłem oczy i spróbowałem ostatniej rzeczy jaka przyszła mi
      do głowy. Przelozyłem rekę nad swoją głową i złapałem napastnika za włosy.
      Jedyną przewagę jaka mi pozostała, to siła fizyczna, chcoaż w tym wypadku była
      ona coraz mniejszym atutem, oraz to, że nie spodziwałam się, aby nspasnik był
      ciężki. Moje palce zacisnęły się tak mocno, że nawet ja nie spodziwałem się
      tego co nastąpiło. Pocianąłem w akcie desperacji. Ucisk puścił, a napastnik
      przeleciał nad moim lewym ramieniem i upadł na chodnik. Ciało kobiety było
      nadpodziw lekkie, nie wazyła wiecej niz 45 kg, a może tylko mi sie tak zdawało.
      Podobno ludzie w obliczu smierci doznają nagłego przypływu siły. Nie wiem
      jednak co było dalej. Ostatnie co słyszałem to pisk hamulców i szybko
      oddalające się kroki. Napastnik uciekał.
      Ocknąłem się dosłownie po chwili, nade mna nachylał się taksówkarz, klepiąc
      mnie po twarzy. Pomacałem się po barku, wciąż tkwił tam nóż.
      - Niech pan się obudzi. Żyje pan? - Głos taksówkarza stawał się coraz
      wyraźniejszy. Coś wycharczałem bez składu.
      - Zawiozę pana do szpitala. Niech pan wstanie, niech pan się trzyma mojego
      ramienia.
      Nie chciałem jechac do szpitala. To by mnie uziemiło na kilka dni. Wiedziałem,
      że rękojeśc stercząca z moich pleców nie wróży nic dobrego, ale dopuki tam
      tkwiła istniała szansa mniejszego krwotoku.
      - Zawieź mnie na Sunset Street 267. To nie daleko, wytrzymam. - Wystekałem.
      Podnisłem się powoli z chodnika, wspierając się na jego ramieniu. Powoli
      wcinąłem się do taryfy i położyłem na tylnym siedzeniu. - Jedź, zapłacę... -
      Zemdlałem ponownie.
      Ocknałem się, gdy już był dzień. Uczucie przebudzenia w nieznanym miejscu jest
      zawsze dziwne. Masz wrażenie, jakbys podróżował w ułamku sekundy z jednego
      krańca świata na drugi. Leżałem w łóżku, w czytej pościeli, pachniało frezjami.
      Byłem w raju.
      - Nasz łazęga się ocknął. - Usłyszałem znajomy głos kobiecy. - John chodź tu,
      obudził się.
      Teraz wiedziałem gdzie jestem. U moich dobrych samarytan, u Johna i Marty.
      - Kosztujesz nas niezłe pieniądze. Ten pierdzielony taksiarz wziął sto dolców
      za to by nie zawiadamiać glin. - Powiedział z wyrzutem John, wchodząc do
      sypialni. - Kiedyś naprawde wystawimy ci rachunek.
      Chciałem się leko unieść, żeby ich lepiej zobaczyć i wyjaśnić, ale
      przeszywający ból barku na to nie pozwolił. No nieźle kurwa. Wpakowałem się w
      jakieś gówno i nic mi o tym nie wiadomo. Pojęcia nie miałem kto mnie tak
      urządził i dlaczego.
      - Leż. - Nakazała stanowczo Marty. - Zaraz dam ci cos przeciwbólowego, masz też
      gorączkę. Musisz odpoczywac, a okoliczności twego nagłego przybycia wyjaśnisz
      nam jutro. John powiedział, że do jutra powinieneś odzyskac trochę sił. Nieźle
      cię ktos załatwił, ale ty masz więcej szczęścia niz rozumu. A teraz odpoczywaj.
      Później przyniose ci coś do jedzenia.
      I na tyle byłoby rozmowy. Nawet myslenie sprawiało mi ból. Ale jedna z mysli
      nie chciała odejść, świdrowała mi czaszkę wciąż i wciąż pytając: dlaczego? Nie
      znałem odpowiedzi, a nawet jeśli bym znał, to i tak bym nie zdążył
      odpowiedzieć. Znów zapadała ciemność.

      c.d.n. mam nadzieję, że jutro, musze wymyslic ten c.d.smile
    • aric P.I. Vulture II - część 3 06.08.03, 08:28
      Przespalem cały dzień i całą noc. Obudziłem się tylko raz, zostałem wtedy
      nakarmiony zupą przypominającą rosół. Potem znów zapadłem w sen. Nic mi się
      nie sniło. Zwykła chwila, doba mineła niczym pstrykniecie palcami. Nowy dzień
      przyniusł lepsze samopoczucie. I nawet udało mi się usiąśc na łóżku. Pierwszym
      odruchem było siegniecie po papierosa. Jednak nigdzie nie mogłem znaleźć
      paczki. Pewnie została w spodniach, których na sobie nie miałem. Ból ramienia
      nadal był znaczny, ale spróbowałem stanąć i udało mi się. Mój pecherz mógł w
      każdej chwil peknąć, więc wspierając się na lewej ręce, o co tylko można powoli
      poszedłem do ubikacji. Czułem sie niezbyt komfortowo wlokąc się w samych
      majtkach nienajlepszej czystości. No ale trzeba było sobie wykreślić z
      podstawochych uczuć wstyd i dojść tam, gdzie dojść musiałem.
      Na szczęscie nie spotkałem po drodze gospodarzy. W ubikacji dałem sobie jakoś
      rade, w łazience natomist zatrzymałem się przed lustrem by obejrzeć to co ze
      mnie zostałao. Nadal byłem w jednym kawałku, ale siniak na szyi przyprawiał
      mnie o mdłości. Wygladałem jak ktoś kogo powiesili za morderstwo. Wyglądałem
      jak żywy trup. Ciekawe jak ja to zamaskuję, bo nie zapaowadało się, aby za
      godzinę siniaki ustapiły. Kupię sobie apaszkę i bede wyglądał jak twardziel z
      dzikiego zachodu. Nic, tylko załatwić sobie rewolwer i jechać do Teksasu. Poza
      tym zarosłem jak małpa. Nie chciałem na siebie patrzeć. Nie przypominałem
      wogóle siebie.
      Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
      - Jesteś tam? Powinieneś leżec. - Głos Martolki wydawał sie bardzo opiekuńczy.
      Żaden facet nie lubi nie panować nad swoim życiem. Ja byłem słaby jak kot. Nie
      czas było mi wracac na ulicę. Jednak nie mogłem tak leżec i wracać do zdrowia w
      pachnącej pościeli. To nie w moim stylu.
      - Daj mi moje spodnie, nie chcę łazic w samych majtkach.
      - Dobrze, ale wrócisz do łozka?
      - Daj mi spodnie. - Powtórzyłem.
      Odeszła, a ja znów spojrzałem w lustro. Kto cię tak urzadził? Zapytałem
      własnego odbica. Nic nie odpowiedziało, tylko patrzyło się na mnie swoimi
      przekrwionymi oczami. Dotknąłem zabandażowanego ramienia. Jedna wielka obolała
      i napuchnieta rana. Nie byłem w stanie nim ruszyc. Kaleka, nic więcej.
      Otworzyły się drzwi i wszedł John, był nie ubrany. Paradował w podkoszulku i
      bokserkach.
      - Masz spodnie, ale nie mysl, że cie wypuscimy. - Podał mi spodnie, gestem
      nakłonił do usiąścia na koszu z brudami i pomógł mi je wciągnąć. Jak tylko
      dolna część mojej wyjściowej garderoby znalazła się na swoim miejscu, sięgnąłem
      do kieszeni i wyciagnąłem paczkę papierosów. Wytrząsnąłem jednego i wziąłem do
      ust. John patrzył na mnie w milczeniu. Siegnąłem po zapalniczkę i odpaliłem. Od
      razu poczułem się lepiej.
      - Musisz leżeć. Nóż nie miał długiego ostrza, ale rana i tak jest głeboka.
      Zszyłem co się dało. Nie sadzę, abyś miał uszkodzone jakieś scięgna czy
      tętnice. Lecz nie powinieneś jeszcze łazić kilka dni. To musi się chociaż
      zacząć zrastać.
      Zaciagnąłem sie po raz drugi, trzeci i czwarty. Tego mi było trzeba.
      - Będe ostrozny. - Powiedziałem.
      - Wiedziałem, że tak bedzie. - Powiedział z rezygnacją w głosie John. - Tylko
      nie wracaj mi jutro z ropieprzonym ramieniem, bo ktos cię klepnął po
      przyjacielsku.
      Wiedział, że gadanie do mnie nie ma sensu. Odkręcił wodę i wyjął przyżądy do
      golenia. Powoli wyszedłem z łazienki. Czekało mnie ubranie koszuli i marynarki
      i nie spodziewałem się, aby było to zbyt łatwe.

      c.d.n. prawdopodobnie ok 14 godziny.smile
      • vulture Re: P.I. Vulture II - część 3 06.08.03, 08:44
        Mimo wszystko, postanowiłem się dziś nie golić. smile
        Czekam na ciąg dalszy...
    • aric P.I. Vulture II - część 4 06.08.03, 13:59
      Wyszedłem do pokoju. Moje ciuchy leżały na krześle. Brakowało kapelusza. Pewnie
      został na miejscu zajścia, a taksówkarz zbytnio się nie martwił znoszonym
      nakryciem głowy. Szkoda, lubiłem swój kapelusz. Dodawał mi twardości.
      Podszedłem do krzesła. Niewiadomo skąd pojawiła się Martolka i pomogła mi
      wciagnąć koszule, guziki zapiąłem sam.
      - Zaczekaj chwilę, trzeba ci zrobić temblak, bo ta reka nie może tak ci
      zwisać. - Mówiąc to, usmiechnęła się. Ja nawet o tym nie pomyslałem. - Zaraz
      przynose jakiś bandaż i ci przmocujemy ramię do szyi.
      Odeszła, a ja sprawdziłem kieszszenie w marynarce. Dokumenty były, ale gotówaka
      zniknęła.
      - Pieprzony taryfiarz. Może i zycie mi ocalił, ale złodziejstwa nie toleruje. -
      Powiedziałem do siebie.
      - Coś mówiłeś? - Zapytała Marty wracając z bangażem i czym na kształt chustki. -
      Zaraz cię doprowadzimy do stanu używalności. No powiedzmy pseudouzywalności.
      - Ten cholerny taksiarz mnie okradł. Bede musiał poprosić was o trochę gotówki.
      Oddam jak tylko stane na nogi.
      - Czyli w czasie bliżej niokreslonym. No cóż, już nam wisisz sto dolców, ale
      przecież możesz oddać dwieście.
      Pokiwała głową i wstchnęła jakby wysyłała swojego dziciaka na obóz i musiała mu
      dac więcej pieniedzy niz myslała. Po czym zaczęła mi wiązać na szyi bandaż .
      Trochę bolało gdy musiałem zgiąc rękę, ale po kilku minutach przedramię miałem
      na temblaku. Dostałem też tabletki przeciwbólowe.
      - Idz się trochę umyj, jak widze jedną rękę masz jeszcze sprawną. - Powiedział
      John wychodząc z łazienki. - Wiem, że cię nie zatrzymamy, ale doprowadź się
      troche do stanu uzywalności. Masz tam tez zapasową sztoteczke do zebów.
      Nic nie powiedziałem, tylko zrobiłem to o co prosił. Po kilku minutach
      wyglądałem i czułem się dużo bardziej świeży. W międzyczasie zamówili mi
      taksówkę. Czekała pod domem.
      - Masz tu stówę. - Powiedział John, gdy wychodziłem chwiejąc się na nogach. -
      Dzwoń w razie co, a jutro przyjedź to zmienię ci opatrunek. I oszczędzaj się do
      granic mozliwości.
      Wyszedłem. Wsiadłem do taksówki i pojechałem do swojego biura. Żadnych
      perspektyw zarobkowych. Zdany na łaskę niezbyt przyjaznego losu. Musiałem się
      dowiedzieć kto i dlaczego chciał mnie sprzatnąć. To był priorytet. Musiałem tez
      znaleźć jakąś prace. Lekką prace, aby moje ramie nie było narazone na noszenie
      cięzkich przedmiotów i abym nie musiał nim wymachiwac w celu uszkodzenia kogoś.
      Zapłaciłem kierowcy, na szczęscie dostałem pieniądze w niezbyt wysokich
      nominałach więc zapłaciłem mu piątaka i powoli wytaszczyłem się z taksówki.
      Czułem, że bedzie z ta ręką wiecej kłopotów niz myslałem. Chyba przeceniłem
      swoje siły, może trzeba było zostac i się wykurować jeszcze kilka dni. Ale
      przecież nie nalezy zawracać z raz obranej drogi. Skoro podiąłem decyzje o
      byciu twradym, musiałem się tego trzmac.
      Powoli poczłapałem po schodach i skierowałem się do biura. Jakież było moje
      zdziwienie, gdy przed zamknietymi drzwiami siedziała na ławeczce kobieta. Gdy
      mnie zobaczyła od razu staneła na równe nogi.
      - Pan Vulture?
      - Tak, a o co chodzi?
      - Chciałbym pana wynająć, jeżeli oczywiscie bedzie pan w stanie mi pomóc. -
      Wypowiadając te słowa skierowała wzrok na moje ramię.
      - Proszę, porozmawialmy w biurze. - Otworzyłem drzwi i wszedłem, ona podażyła
      za mną.
      Na oko była koło czterdziestki. Dobrze ubrana, ale w dość niemodne ciuchy. Coś
      się za nią ciagnęło, jakieś pasmo nieszczęść, które nie chciały się odczepić.
      - Co się panu stało?
      - Miałem mały wypadek na spacerze. Nic powaznego.- Sklamałem i siegnąłem do
      biurka po butelkę. - Proszę siadac i opowiaedzieć mi o co chodzi. Napije się
      pani?
      Skinęła potwierdzająco głową i usiadła. Odkreciłem żebami nakretkę i wyjąłem
      dwie czyste szklanki, po czym nalałem taniej whisky. Kobieta natomiast zaczęła
      opowiadać.
      - Nazywam się Tereza Blur i chiałabym aby pan śledził mojego kochanka. -
      Oznajmiła, następnie złapała szklankę i wychyliła zawartość jak zawodowy
      alkoholik. Uczyniłem to samo.

      c.d.n. jutro, dziś wystarczy już tego pisania.smile
      • vulture Re: P.I. Vulture II - część 4 06.08.03, 15:12
        Jeśli przed 60-tką zacznę chodzić w kapeluszu, proszę mnie odwieźć do
        wariatkowa.
        Bardzo dobrze, Aric, akcja się rozwija. A może by tak mały wypad z LA na
        Retkinię?
        • pizmak31 Re: P.I. Vulture II - część 4 06.08.03, 15:16
          I ja jestem. Ja! Jak zywa. Niemodne ciuchy i cos, co sie ciagnie za mna jak
          siedem nieszczesc. Cala Ja!
        • aric Re: P.I. Vulture II - część 4 06.08.03, 15:31
          Mogę cos wplątac, jakąś Polska postac, emigranta z Łodzi, ale w tych czasch
          Rekinia była jeszcze wiochą. Przypominam, że akcja dzieje się w latach 40smile
          • pizmak31 Re: P.I. Vulture II - część 4 06.08.03, 15:36
            Wplataj, wplataj, emigrant z Polski, niech bedzie szczerbaty i niedomyty. I
            niech sie zakocha we mnie do szalenstwa. A ja go odrzuce.
    • aric P.I. Vulture II - część 5 07.08.03, 09:50
      Tereza Blur mówiała dalej:
      - Może się to wydac panu dziwne, ale spotykam się z młodszym od siebie
      mężczyżną. - Wyjęła papierosa i zapaliła, a ja nie byłem w stanie silić się na
      dzentelmeńskie zagrywki z zapalniczką. - Dużo młodszym. - Wypuściła dym i
      czekała na moja reakcję, przyglądając się uwaznie mojej szyi. Jednak dziś
      mialem wysoki punkt wrażliwości, i tak na prawdę to średnio jej słuchałem i
      srednio mnie obchodziło jak wyglądam. Nie doczekała się żadnej uwagi z mojej
      strony, więc nadawała dalej. - I on mnie okrada. Nie są to jakieś wielkie sumy,
      raczej tu pięć dolarów, tu pięc dolarów. Drobne giną z mojej torebki. Później
      znika na kilka godzin. Nie było tak zawsze. Jak go poznałam, był zdolnym
      studentem. Wynajełam mu pokój. A potem...
      - Na razie nie potrzebne mi więcej wiadomości. - Przerwałem jej w pół zdania. -
      Proszę mi dac jego zdjęcie i podac nazwisko. Zajme się tym.
      - Ma na nazwisko Parson. Ale wszyscy do niego mówią Gas. A zdjęcia niestety nie
      mam. Ale mógłby pan przyjechać pod mój dom ok 8 wieczorem. On zwykle wychodzi
      po tej godzinie. Chciałabym się dowiedzieć gdzie chodzi i co robi. Wszysko
      dobrze jeżeli komuś pomaga, ale jeżeli prowadza się z jakąś zdzirą, to
      własnoręcznie urwę mu...
      - Spokojnie, niech pani się uspokoi.
      - Przepraszam. Czasem mnie ponosi. Może mi pan jeszcze nalać?
      Mogłem i zrobiłem to. Gdy tak mówiła przyglądałem się jej. Co ją dręczyło,
      dlaczego tak wiele alkoholu w siebie wlewała? Uciszyć to co niewidoczne. Zabić
      wspomnienia. Jej oczy były mocno przekrwione, wyglądały jak mokre rubiny.
      Chociaż rubin kojarzy się z pieknem, a jej oczy nie stanwiły w tym przypadku o
      jej atrakcyjności, to takie nasunęło mi się skojarzenie. Ale trzeba przyznać,
      że cała jej twarz stanowiła zachowaną harmonię kształtów i proporcji. Chociaż
      okres rozkwitu jej piekna z pewnością minął kilka lat temu, do dla młodego
      chłopaka mogła stanowić bardzo ponentną kobietę.
      - Już pan sobie mnie obejrzał? - Wyrwała mnie z zadumy, gdy zaczynałem sobie
      właśnie wyobrażać, jak wygląda bez ubrania.
      - Slucham? - Udałem głupa lekko odwracając wzrok od jej dekoltu.
      - Patrzył się pan na mnie, jak na... Nie ważne... Podejmnie się pan tej roboty?
      - Taaa... To znaczy oczywiście. 50 dolarów dziennie plus wydatki.
      - Zgoda.
      Wymieniliśmy jeszcze kilka nieważnych zdań. Podała mi adres domu w którym
      mieszkała i odeszła zodtawiając mi sto dolarów zaliczki.
      Wyciagnąłem się wygodnie na fotelu, uważając by moje ramie nie stykało się z
      jego powierzchnią. Zapaliłem papierosa i poszukałem popielniczki. Jakos nigdzie
      nie mogłem jej jednak znaleźć. Po kilkunastu sekundach zaniechałem poszukiwań i
      zacząłem strzasać popiół na podłogę. Znikające popielniczki, pomyślałem,
      ciekawe. Gdy dogasilem papierosa o parapet i wyrzuciłem peta przez okno,
      postanowiłem zasiegnąc kilku informacji. Czas najwyższy, aby dowiedzieć się kto
      mnie napadł i dlaczego. Ale najpierw zadzoniłem do Johna:
      - Słuchaj, czy ten nóż, który mi wyjąłes z ramienia... Masz go... O, dobrze.
      Jutro go zabiorę. Musze znaleźć osobę, która się nim tak wprawnie posługiwala.
      Dobra. Bede ok południa.
      Nacisnąłem na widełki i wybrałem następny numer.
      - Johny? Cześć, tu Vulture.
      - No kope lat. - Odezwał się znajomy głos w słuchawce. - Najpierw cie opitolę,
      że nie przyszedłeś na nasz slub. Przecież dostałeś zaproszenie.
      - Dostałem, ale...
      - Nie tłuamcz się, powiem tylylko, że jesteś starym dziadem, a teraz mów o co
      chodzi.
      - Przedwczoraj miałem wypadek. Dość powazny, ktos zrobił sobie ze mnie tarczę
      do rzucania nożami, a potem próbował mnie uśmiercić przy pomocy struny od
      fortepianu. I wiem tylko tyle, że była to kobieta.
      W słuchawce zapadła cisza. Nie wiedziałem czy Johny zakrył dłonią mikrofon i
      chichrał się w ciszy, czy też ktos własnie coś do niego mówił. Po kilku
      sekundach odezwał się:
      - Kobieta? I co mam zrobić?
      - Sprawdz zawodowych morderców płci pieknej. Ta z pewnoscią ma
      charakterystyczna umiejętność. Swoje ofiary podpisuje ranami po nożu. Miałem
      szczęscie, że... A nie wazne, możesz to dla mnie zrobic?
      - Dobra, tyle moge. A ty co? Nie w szpitalu?
      - Nie mam czasu. Ja poszukam trochę u własnych informatorów, a poza tym ktoś mi
      dał wreszcie jakąs robotę. Odezwę się jutro. Cześć.
      Odwiesiłem słuchawkę. Posiedziałem chwilę. Po czym stwierdziłem, że wypadałoby
      cos zjeść.

      c.d.n. Mam ndzieję, że dziś mi wena dopisze, czas przecież zacząc troche
      akcji.smile
      • vulture Re: P.I. Vulture II - część 5 07.08.03, 10:39
        Nie strząsam popiołu na podłogę, ale bardzo mi się podoba, Aric Twoja praca
        działa na Ciebie bardzo twórczo.
        Kurna, ma chłopak talent.
        • pizmak31 Re: P.I. Vulture II - część 5 07.08.03, 10:46
          Ma, kurna, ja tez nigdy nie strzasam popiolu na podloge.
    • aric P.I. Vulture II - część 6 07.08.03, 12:41
      Zwlokłem się z fotela. Odruchowo sięgnąłem po kapelusz. Niestety moja reką
      zatrzymała się w powierzu. Kapelusz odszedł w niepamięć. Westchnąłem i
      wyszedłem powoli z biura. Ramię znów zaczynało dokuczać, co sugerowało zarzycie
      dawki leków otumaniających. Miałem je w bocznej kieszeni marynarki. Zszedłem po
      schodach, wyszedłem na ulicę. Fala ciepła uderzyła mnie niczym młot kowalski.
      Przeklinałem te upały, od dawna takich nie było. Przeszedłem na drugą stronę,
      ciekawe że przechodząc przez ulicę, zawsze przechodzisz na jej druga stronę.
      Wszedłem do lokalu. Oczywiście od razu natknąłem się na wzrok Foxy. Byłem z nią
      wczoraj umówiony. Pewnie była zawiedziona i zdenerwowana, ale gdy zobaczyła
      moje ramię i ślad na szyi jej spojrzenie zmieniło się momentalnie. Podszedłem
      do lady i usadowiłem sie niezdarnie na stołku.
      - Boże, jak ty wyglądasz? Co ci się stało? - Wszyła zza lady i ucałowała mnie w
      policzek. - Martwiłam się, nie dałes wczoraj znaku zycia.
      - Miałem mały wypadek, ale już jest lepiej.
      - Lepiej, wyglądasz, jakby cie napadła lina okrętowa. Ty powinieneś w łozku
      leżej. Zwolnie się z pracy i...
      - Poczekaj. - Przerwałem, kładęc lewą dłon na jej policzku. Natychmiast
      przechiliła głowę wtulając się nieczym kot w kolana właściciela. - Nie mogę.
      - Jak to nie możesz? Przeciez ty...
      - Proszę, przestań. Daj mi kawy i jakiegos pączka.
      - Pączka, zaraz ci jakies sniadanie, a własciwie obiat podam.
      - Nie chce mi się jesć. Daj mi tylko poczka, bo musze coś przegryźć. W te upały
      odechciewa się wszystkiego.
      Wiedziała, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Wróciła za ladę i nalała mi kawy.
      Po czym przyniosła mi pączka, chyba najwiekszego, jakiego miałą. Łyknąłem dwa
      prochy popijając czarnym płynem. Zaczynałem się zastanawiac czy był to dobry
      pomysł, że tu przyszedłem. Teraz Foxy bedzie się zastanawiac i martwić co ze
      mną bedzie jak jej przy mnie nie bedzie. Ale z drugiej strony wiedziałem, że
      niepewność tego co się ze mną dzieje, byłaby dla niej bardziej uciązliwa.
      Kłamać nie chciałem.
      - Miałem mały wypadek i musze się dowiedzieć kto jest sprawcą tego. - Uniosłem
      lekko reke na temblaku. Syknąłem z bólu. - Po prostu muszę. Znasz mnie
      przeciesz troszkę.
      - Niestety znam... Chociaż darzę cię pewnym uczuciem, nie wiem czy kiedys będe
      na tyle odważna by z tobą na przykład zamieszkać. Jestes wolnym duchem,
      włóczęgą, który jeszcze nie znalazł końcowego przystanku.
      - Daj spokój, wynagrodze ci to jak dowiem się kto mnie tak urządził.
      - A ty ciągle swoje, gorzej jak w czasie tego twojego dowiadywania się ktos
      spusci na twój zakuty łeb doniczkę. - Widac było, że zaczynam ją denerwować.
      Postanowiłem szybko dopic kawę i zniknąc, aby któreś z nas nie powiedziało o
      jedno słowo za duzo.
      - Musze jechac, troche się rozejrzeć. Nie martw się, zadzwonię wieczorem. Pa.
      Machnęła na mnie ręką nie wypowiadając żadnego słowa. Zsunałem się z krzesła,
      wziąłem pączka i wyszedłem. Czesto zastanawiałem się dlaczego jeszcze się ze
      mną widuje. Powinna rzucić to wszystko i wrócić na studia. Ja jej w tym bardzo
      zawadzałem, ale z pewnościa nigdy mi tego nie powie. Znów wyszedłem na ulicę,
      coraz bardziej nienawidziłem tego miasta. Przeszedłem kawałek, dojadając pączka
      i wsiadłem do auta. Technice nich beda dzięki za automatyczne skrzynie biegów.
      Z wielkim bólem wgramoliłem się na fotel kierowcy, i po kilku skomplikowanych
      manewrach, uważając na ranę, ruszyłem wreszcie do Bowntown. Musiałem odwiedzić
      jednego gościa, który wiedział wszystko, będź mógł wiedzieć, o tym co się
      dzieje w swerze lewych interesów. Miałem nadzieję, że będzie mógł mi coś
      powiedzieć o tak nietypowym zabójcy, jaki został wysłany, by mnie zdjąc z tego
      swiata. Znałem tylko jego przezwisko, Nefil, dla przyjació Nef. Czasem
      korzystałem z jego usług, nie był tani, ale informacje miał precyzyjne. Podobno
      był swietnym trembaczem, ale kiedyś naraził się komuś i za karę wycięto mu
      górną wargę. Nigdy więcej nie zagrał na trąbce. Stoczył się i stacza się nadal,
      ale znalazł swój cel w zyciu. Staczać się tak, aby na tym dobrze zarobić.

      c.d.n. jutro.
      • vulture Re: P.I. Vulture II - część 6 07.08.03, 12:49
        Trębacz bez wargi sobie poradzi. Tony Iommi też ma sztuczne opuszki palców.
        Uciął se chłopak.
        • aric Re: P.I. Vulture II - część 6 07.08.03, 12:55
          Nie poradzi sobie, bo nie złoży ust w taki sposób by czysto grać. No i pomysl o
          urazie psychicznym.smile
      • gregkor Re: P.I. Vulture II - część 6 07.08.03, 14:19
        Wlasnie sobie wydrukowalem wszystkie czesci wiec jutro w drodze do Gdanska bede
        mial co robic..smile)))
    • aric P.I. Vulture II - część 7 07.08.03, 15:30
      Zaparkowałem wóz przed lokalem, w którym przesiadywał Nef. Była jeszcze wczesna
      pora ale najlepsza dla interesów które prowadził. Facet oprucz tego, że zbierał
      informacje o wszystkim i wszystkich to jeszcze zajmował się bukmacherką. Miał
      wielkie poszanowanie w swiecie przestepczym, więc zadzieranie z nim nie było
      najlepszym pomysłem. Dla mnie zawsze był w porządku. Kiedys pomogłem mu w
      pewnej sprawie, ale to juz zupełnie inna opowieść. Od tego czasu czasem
      zasięgałem u niego jezyka.
      Wygramoliłem się z wozu i ruszyłem do lokalu. Znałem ten klub. W środku
      znajdowało się tylko kilkoro gosci. Nef siedział w kącie tam gdzie zwykle i
      palił papierosa. Na przeciwko zasiadał jakis mulat. Widac był, że sie znają.
      Nie chiałem im przeszkadzać, więc usadowiłem sie ostroznie za barem i zamówiłem
      szocką bez lodu. Kosztowało mnie to 5 dolców, ale dzis mnie było na to stać.
      Wypaliłem papierosa i wypiłem szkocką w momencie gdy mulat wstawł o odszedł od
      stolika. Wstałem więc i ja, i spokojnie podszedłem do Nefa.
      - Witam pana. - Powiedziałem spokojnie. Poznał mój głos, ale spojrzał na mnie
      tak, jakby zobaczył ducha. - Mogę usiąść?
      Pokazał gestem ręki, żebym spoczął. Widac było, że jest lekko zdenerwowany i
      zdziwiony.
      - Czy ty aby może czegoś nie wiesz o moim wypadku? - Zapytałem nie czekając na
      powitanie z jego strony. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do wyrazu jego
      twarzy. Brak wargi powodował, że górne zęby były ciagle wystawione na działanie
      czynników atmosferycznych. Wyglądał jak dobrze zakonserwowana mumia. A
      konserwował się w tradycyjny, knajpiany sposób. Papieros za papierosem,
      szklanka za szklanką.
      - Chyba zaczynam się starzeć. - Odpowiedział wreszcie zachrypnietym głosem. -
      Jestes szybszy niź informacja o tym, że ktos spartolił robotę.
      - Posłuchaj. Nie mam do ciebie pretensji, że nie byłes łaskaw poinformować mnie
      o czyichś planach, ale kurwa mogłeś chociaż zadzwonić, żebym na siebie uważał.
      - Nie mogłem. Masz szczęscie, że ten który przed chwilą wychodził cię nie
      widział. Jesteś normalnie w czepku urodzony.
      - Dobra, to gadaj, kto i dlaczego? Teraz nie bedę ścigać ciebie tylko tego co
      próbował mnie sprzatnąć i spartolił robotę.
      - Tą.
      - Słucham?
      - To była kobieta. Tyle wiem, ale nie wiem kim była. Za wysokie progi jak dla
      mnie. A ścigac cię będą, wierz mi.
      - A myslałem, że wiesz wszystko? - Wyczuł moją ironię w głosie, ale nie odezwał
      się słowem na temat mojej docinki. - No więc kto?
      - Sugar.
      - Floyd Sugar? - Wmurowało mnie.
      - Pamietasz sprawę sprzed roku, jak sprzatnąłes gościa na ulicy?
      Musiałem poszperać w pamieci. Nie zabiłem aż tak wielu ludzi, a więc nie zajęło
      mi to duzo czasu.
      - Pamietam, to było w obronie własnej. Potrącił mnie autem i chciał zabić.
      Byłem szybszy.
      - No własnie. mniejsza o co wtedy chodziło...
      - O morfinę.
      - Co? - Lekko rozmijała sie nam rozmowa.
      - Chodziło o morfinę. Zabrałem ją z pewnego magazynu podczas dochodzenia i
      oddałem glinom. Facet chciał mnie sprzątnąć bo stracił grubą forsę.
      Nef pokiwał głową. Wyjął papierosa i zapalił, potem machnął na barmana, a ten
      przyniósł butelke i dwie szklanki.
      - Na mój koszt. Jestem ci to winien - Nalał. Wypilismy.
      - To nie wystarczy. Potrzebuję informacji.
      - No więc do tego zmierzam. Ten facet był bratem przyrodnim tego co tu był i
      pracował dla Sugara. A ten co tu był jest siostrzeńcem Sugara. Rozumiesz?
      - Nie bardzo. - Przyznałem się. - Możesz jasniej, te koligacje rodzinne jakos
      do mnie nie trafiaja.
      - Sugar ma siostrę. Jego siostra wyszła za białasa. Niejakiego McDamona. Dziwne
      to było małżenstwo, ale jakoś wszyscy to przełkneli, kiedy McDamon uruchomił
      szlak przemytniczy alkoholu z Anglii i wraz z Sugarem zrobili niezłą kasę.
      McDamon miał syna z pierwszego małżeństwa, tego, którego zabiłeś. On pracował
      dla Sugara, co de fakto stanowi o tym, że napsociłeś własnie na jego podwórku.
      A ten który tu był, to właśnie syn McDamona i siostry Sugara, Liam. Rozumiesz?
      - Teraz rozumiem, ale dlaczego zwlekał aż rok, z tym, no wiesz, co by mnie
      usunąć?
      - He he, i to jest najlepsze. Od roku siedział w ciupie w Meksyku. Za jakąś
      pierdołę go zgarneli. A dwa tygodnie temu jego chłopaki go wyrwali i wrócił. A
      jak wrócił, postanowił się zemścic.
      - Taaa. No to widze, że nie jestem w najlepszej sytuacji...
      - Chcesz rady? Dam ci. Nie było cie tu, zniknij. Wykuruj się, bo wygladasz jak
      siedem nieszczęść. Ta panienka, którą na ciebie nasłali nie odezwała się, a
      więc bedzie próbowała naprawic to co spartoliła, bez urazy, stary. Niestety nie
      wiem kto to i chyba nie chcę się dowiadywać.
      - No cóż, tak byłoby najlepiej, ale nie odpuszczę. Znajde ta tajemniczą zdzirę
      i sobie z nią pogadam. Dzieki za drinka, nie widziałes mnie. Tyle chyba możesz
      dla mnie zrobic?
      - Mogę. - Powiedział krótko a ja wstałem od stolika i pomaszerowałem w kierunku
      wyjścia.

      c.d.n. jutro, ten odcinek był specjalnie dla Gregkora, co by miał wiecej
      czytania w podrózy.smile Aric dziekuje za uwagę na dziś.
      • vulture AAAAAAAAAAAAAAAAAA 08.08.03, 00:21
        Nef nie pali!!! Ja palę, ale tylko przy piwie...
        • aric Re: AAAAAAAAAAAAAAAAAA 08.08.03, 08:14
          Tam wszyscy palą i piją, a Nef się stacza, więc musi palic i pić, a ty przestań
          narzekać, bo ci noge złamę i przeleższy swoja sprawę w szpitalu.smile
    • aric P.I. Vulture II - część 8 08.08.03, 11:20
      Kompletnie pojecia nie miałem o tym, że takie rzeczy się wokół mnie
      zaczynały dziać. Odnalezienie tej kobiety było teraz najważniejsze,
      nie chciałem aby znów się wyłoniła z jakichś krzaków z nożem
      przygotowanym do rzutu. Miałem nadzieję, że Johnemu bardziej się
      poszczęsci. Musiałem byc także ostrozny. Ograniczyć odwiedzanie
      ciemnych zaułków i nocne spacery w samotnosci. Postanowiłem, że
      dzisiejszą noc spedzę u Foxy, ale teraz musiałem jechać na West
      Beverly, gdzie mieszkała Tereza Blur.
      Dojechałem tam przed 7 wieczorem. Ramię znów mnie zaczęło
      napierdzielać. Wysiadłem więc z samochodu i udałem się na stację
      benzynową oddaloną o jakies sto metrów od domu który miałem
      obserwoweć. Zakupiłem jakiś napój w butelce, smakujący jak woda z
      cukrem i połknąłem dwa następne prochy. Siedząc za kierownicą
      rozejrzałem się po okolicy. Klasa średnia. Domy utrzymane w dośc
      dobrym stanie, ale samochody na podjazdach wskazywaly na niezbyt
      zamożnych włascicieli. Zaczałem się zastanawiac, czy kiedyś nie
      postarać się o taki domek. Chyba się starzałem, że zaczynałem
      głowkowac w ten sposób. Odwróciłem wzrok w kierunku odbserwowanego
      domu. Na podjeździe stał samochód. Niebieski chevrolet rocnik 1941.
      Widac było, że własciciel nie dba zbytnio o niego. Zapaliłem
      papierosa i zacząłem wpatrywac się w zachodzace słońce. Jeszcze było
      ponad godzinę do zachodu, ale juz zaczynało się robic troszkę
      chłodniej. Dwa, trzy stopnie mniej to było naprawdę dużo. Każdy
      stopień w dół na termometrze równał się kilka zadowolonych szarych
      komórek wiecej. I jak tu nie lubic nocy.
      Przed ósmą zaczęło się cos dziać. Z domu wyszedł mężczyzna. Nie
      więcej niż 20 lat. Na pierwszy rzut oka cwaniaczek i dziwkarz. Włosy
      użelowane i zaczesane do tyłu, buźka opalona jak jejeczko gotowane na
      wielkanoc w cebuli. Złoty łańczuszek zdobiacy owłosiona klatkę
      piersiową, wystającą spomiedzy rozpietej niebieskiej polówki. Nigdy
      wcześniej go nie widziałem, ale zaczynałem mieć złe przeczucia co do
      tego gówniarza. Wsiadł do samochodu i odjechał w kierunku wschodnim,
      mijając mnie jakby mijał kosz na smieci. Odpaliłem starter i lewą
      reką przesunąłem gałke skrzyni na jazdę do przodu. Bałem się, że
      prowadzenie jedynie zdrową ręką może dac mi się ostro we znaki,
      jeżeli miałem go nie zguić. Zawróciłem swoja maszynę i pomknąłem za
      Gasem w kierunku centrum. Na szczęscie jechał dość spokojnie, więc
      nie miałem kłopotów z utrzymaniem odpowiedniej odległości.
      W pewnym momencie, spogladając po raz nie wiem który we wsteczne
      lusterko, lekko się zaniepokoiłem. Nie wiem czy to mania
      przesladowacza, spowodowana przedwczorajszym wydarzeniem, czy
      zaczynałem wracać do formy, ale jak na mój nos ktoś za mną jechał.
      Czarny, sportowy ford. Jechał spokojnie, w odległości jakichś
      pięćdziesięciu metrów. Nie byłem w stanie dojrzeć kto prowadzi.
      Postanowiłem, że dokonczę sledzenie Gasa a potem zajme się swoim
      ogonem. Po mniej więcej dwudziestu mnutach Gus zaparkował samochód
      przed domem mieszkalnym i wszedł do klatki. Zatrzymałem się na
      chwilę. Wyjąłem z kieszeni marynarki, leżącej na fotelu pasażera,
      notes i zapisałem adres i numer rejestracyjny samochodu. Po czym
      szybko odjechałem. Moja mania przesladowacza przerodziła się w
      rzeczywistość, gdy po raz enty zauważyłem czajacego sie z tyłu forda.
      Musiałem sprawdzić kto wciąż patrzy na bagażnik mojego auta.
      Pomknąłem jak szybko tylko mogłem w kierunku mojego biura. Zacząłem
      sobie układać plan w jaki sposób by tu zaskoczyc mojego towarzysza.
      Jeżeli miałbym zgadywac, postawiłbym na to, że pewna kobieta chce
      dokończyć swojego dzieła. I tak własnie załozyłem. Czyzbym nie musiał
      czekać na wiadomości od Johnego? Ale radość nie mogła mi przesłonić
      logicznego myslenia. W domu, w którym mieszkałem i pracowałem, było
      kilka wyjść. Nie wiedziałem na ile zabójczyni odrobiła prace domową,
      ale z pewnoscią znam lepiej swój teren niż ona. Do dawało mi
      przewage, którą musiałem wykorzystać. Konfrontacja bezpośrednia, z
      powodu mojej ułomności bezwzglednie odpadała.

      c.d.n. mam nadzieję, że niebawem.smile
      • vulture Re: P.I. Vulture II - część 8 08.08.03, 11:22
        Teraz to się już naprawdę boję.
        • pizmak31 Re: P.I. Vulture II - część 8 08.08.03, 11:25
          Hej, hej, ten przystojny cwaniaczek i dziwkarz to niby, ze moj fagas? Podoba mi
          sie, lubie mezczyzn nieosiagalnych i nieprzewidywalnych. Aric, kontynuuj...
        • foxy21 Re: P.I. Vulture II - część 8 13.08.03, 14:37
          vulture napisał:

          > Teraz to się już naprawdę boję.


          Nie boj sie, jestem przy Tobiesmile
          ps.Foxy nie pije i nie pali, tylko kawe parzy ciaglesmile
    • aric P.I. Vulture II - część 9 11.08.03, 16:01
      Gdy parkowałem pod biurem było juz ciemno. Przez mysl mi przeleciało, że miałem
      zadzwonic do Foxy. Poczeka, nie czas było teraz na przyjemnosci. Chociło o moje
      zycie, a każda chwila musiała byc wykorzystana przez mój umsł i ułomne ciało
      jak najlepiej. Wygramoliłem się w momencie gdy mój ogon parkował kilkadziesiąt
      metrów dalej. Zerknąłem tylko w tamtym kierunku i jak mogłem najszybciej
      wszedłem na klatke schodową w kamienicy. Skręciłem w prawo zamiast iść po
      schodach i przez drzwi prowadzace do piwnicy zagłebiłem się w czelusci ciemnych
      korytarzyków. Namacałem włącznik światła i ruszyłem w marnym swietle w kierunku
      wyjścia na podwórko. Po chwili znalazłem się na niewielkiej przestrzen,i za
      którą stał następny budynek. Musiałem się wydostac na nastepna przecznicę.
      Tutaj nie musiałem łazic po piwnicach, ruszyłem prosto przez brame i wyszedłem
      na chodnik. Nie wiem czy to upał czy jakiś spisek, ale wokół mnie nie widać
      było zywej duszy. Te martwych postanowiłem nie szukać. Skręciłem w prawo i
      ruszyłem w kierunku skrzyżowania. Musiałem obejśc cały kwartał. Więc szedłem
      unikając latarni. Dojście do auta od drugiej strony zajęło mi jakieś trzy
      minuty. Zaparkowane było zaraz przy skrzyzowaniu. Nikogo w srodku nie było.
      Rozejrzałem się, w dalszym ciągu nikogo nie zauwazyłem na ulicy, tylko lekki
      wiatr, poryszający śmieci pozostawione samym sobie na jeszcze ciepłum betonie.
      To w sumie dośc dziwne, że ok 10 wieczorem nikt nie spaceruje. Powoli, schylony
      na tyle, na ile mi pozwalało ramie, podszedłem do drziczek od strony kierowcy.
      Były zamknięte. Wybicie szyby raczej nie wchodziło w grę, za duzy hałas.
      Poszedłem więc na tył auta i spisałem numer tablic. Po czym jak mogłem tylko
      najszybciej oddaliłem się na drugą stronę i schowałem w mroku jednej z klatek
      schodowych kamienicy. Zdązyłem dosłownie w ostatnim momencie. Po chwili
      ujrzałem idąca dość szybkim krokiem postac kobiecą. Około metr sześcdziesiąt,
      zgrabna, ubrana w obcisły czarny strój. Krótkie, czarne włosy. Rysów twarzy nie
      mogłem dojrzeć, ale stwierdziłem w myslach, że poznam ją wszędzie. Szła
      rozgladając się na boki. Dopadła auta i odjechała. Trzeba przyznac, że noge
      miała cieżką.
      Na dziś wrażeń miałem dosyć. Poczekałem jeszcze chwilę i wyłoniłem się z
      ciemności. Po kilku mnutach złapałem taksówke i pojechałem do Foxy.
      - Cześć, nie przeszkadzam? - Zapytałem gdy otworzyła drzwi.
      - Wejdz, tak myslałem, że przyjedziesz. - Odpowiedziała i pocałowała mnie w
      usta. Smakowała jak czekolada.
      - Własnie jadłam czekoladki z nudów. - Wyjasniła, a ja wszedłem i usadowiłem
      się ostroznie na sofie.
      - Napijesz się czegos?
      - Tak, zwykłej herbaty, a później może cos mocniejszego. Moge u ciebie
      przenocowac?
      Popatrzyła się na mnie, a ja odczytałem w jej oczach pytanie: a jaki bede miała
      dziś z ciebie pożytek?
      - Pewnie, ale jak sądzę, nie bedziesz dziś mógł stanąc na wysokosci zadania.
      Usmiechnęła się szyderczo i wyszła do kuchni. Wyciagnąłem papierosy. Czas
      najwyższy było się odpręzyc. Jutro czeka mnie kolejna utarczka ze światem.
      Informacje, informacje, informacje. Musiałem się dowiedzieć wielu rzeczy. Po
      pierwsze kobieta czyhająca na mnie w ciemnościach. Po drugie Sugar. Ciekawe na
      ile los będzi mi sprzyjał aby udało mi się ujść z życiem. Przeciez jak nie ten
      zabójca to inny, a ostateczności wysle kilku swoich chłopaków i mnie w kostnicy
      niezydentyfikują. Musiałem byc pierwszy, ale znalezienie Sugara nie wydawało
      się wcale łatwe. Pewnie zaszył się gdzies z dala od wścipskich oczu i czeka na
      moment, by znów zasiąść na fotelu należącym do szefa.
      Zaciagnąłem sie głeboko, najgłebiej jak mogłem. Dym wypełnił moje płuca i mój
      mózg odebrał porcję życiodajnej nikotyny. Poza tym sprawa pani Blur. Będzie
      duzo roboty z samego rana. Pomyslałem i weschnąłem sobie, jak zawiedziony
      żigolak. Pewnie Johny Sighn bedzie miał mnie dosyć, ale z drugiej strony mozna
      by go wciagnąć w to wszystko, na pewno zainteresuje go informacja, że Floyd
      Sugar zwiał z mamra w Meksyku.
      - Co tak dumasz? - Przerwała moje rozmyslania wchodząc z herbatą. Earl Grey,
      wszedzie poznałbym zapach bergamoty.
      - Nawet nie wiesz, ile mam na głowie. Idziesz sobie spokojnie ulicą, a tu nagle
      wszystkie nieszczęscia tego świata zjawiają się w jednej chwili i walą do
      twojej czaszki. niczym młot pneumatyczny. Długo by opowiadać.
      - No to opowiadaj, co mamy innego do roboty. - I znów uwaga na temat mojej
      bezuzyteczności.
      Wypaliłem papierosa w milczeniu, zastanawiając się czy wtajemniczać ją w moje
      mroczne sprawy. Potem posłodziłem herbatę i zacząłem mówić. Rozmawialismy przez
      kilka godzin, o sprawie, o mozliwościach wyjścia z tej kabały, o mojej
      przeszłości, o jej przeszłości. Rozmawialismy jak ludzie, którzy nie widzieli
      się kilkanascie lat. Potem wypilismy troche whisky, wypalilismy kilometr
      tytoniu i dalej rozmawialismy. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się w łózku.
      Zapomniałem tez o ramieniu. Foxy działała jak najlepsze lekarstwo przeciwbólowe.

      c.d.n. mam nadzieje, że jutro, dzis miałem zdecydowany brak weny.sad
      • foxy21 Re: P.I. Vulture II - część 9 13.08.03, 14:41
        O cholera, a jednak pali i pije!
        I dziala jak lekarstwo, to mie sie podoba najbardziejsmile
    • aric P.I. Vulture II - część 10 12.08.03, 14:36
      Spałem jak dziecko. Gdy się obudziłem w mieszkaniu byłem sam.
      Pozstały tylko słowa Foxy zapisane na kartce papieru. Poszła do
      pracy. Nie wiem jak kobiety to robią, że wstają po kilku godzinach
      snu i świeżo wyglądają. Bez podkrążonych oczu, napuchnietej twarzy.
      To pozostanie chyba jedną z tajemnic, których nie byłem w stanie
      wyjaśnic. Postanowiłem cos zjeść. Przecież od dwóch dni prawie nic
      nie jadłem. Przypmniałem sobie na skutek niewyobrażalnego ssania w
      żełądku. Teraz byłem tak głodny, że lodówka została moją najlepszą
      przyjaciółką. Ręka powoli przestawała dokuczać, mogłem już nią nawet
      trochę poruszać. Ale ból zaczął się zamieniać miejscami ze
      swędzeniem. To dawało powody do radośći, że wszystko dobrze się goi,
      a jednocześnie powodowało niemozliwy do wytrzymania stan. Nie
      nawidziłem swędzenia. Zwykłe ugryzcienie komara przyprawiało mnie o
      nerwicę natręctw. Drapałem tak długo, aż krew mi się zaczynała lać z
      miejsca ukąszenia. Dotarło do mnie, że to bedzie cholernie ciężki
      dzień.
      Najadłem się jak wariat. Wtryniłem wędzonego kurczaka na zimno,
      popijając sokiem pomarańczowym. Ledwo co doczłapałem potem do
      łazienki, ochlapałem sobie twarz. Przydałaby się kąpiel, pomyslałem i
      brudny opusciłem pomieszczenie. Musiałem wstąpić do domu po czyste
      ubranie, a potem pojechac do Nulla. Wypiłem kawę, wypaliłem papierosa
      i wyszedłem, zatrzaskując drzwi. Złapałem taksówkę, podjechałem pod
      biuro i kazałem kierowcy poczekać. Gdy wszedłem na górę znajomy
      zapach przywitał mnie w progu. Nie wiedziałem czy się cieszyć czy
      martwic tym, że moje biuro i mieszkanie zarazem zamienia się powoli w
      lekka melinę. Wyciągnąłem jakąś starą torbę i spakowałem do niej
      świeżą koszulę, spodnie, skarpetki i bieliznę. Nigdy nie byłem dobry
      w pakowaniu czegokolwiek, więć upchnąłem ciuchy na odwal się i
      zapiąłem suwak. Nastepnie wykreciłem numer do Johnego:
      - Cześć, masz coś dla mnie?
      - Coś mam, z niezłą babką się zadajesz. Znana jest jako Mesallina
      Meridia. Włoszka. Ta jedyna pasuje do twojego opisu. Zasiągnąłem
      trochę języka od informatorów i dowiedziałem się, że FBI jej
      poszukuje od kilku lat. Pięć lat temu była aresztowana za morderstwo,
      ale jacyś sprytni adwokaci ją wyciągneli. Od tamtej pory nikt jej nie
      widział. Niezłe plecy, podejrzewam , że ma powiązania z mafią, tylko
      co ona tu robi?
      - Chce mnie zabić. Cos jeszcze?
      - Uważaj na siebie, jeżeli spartoliła robotę, to bedzie chciała ją
      dokończyć.
      - To wiem, będę uważał, a jak ją dorwę, zostanisz kapitanem.
      - Nie tak prędko, pewnie, już wiedzą, że rozpytywałem o nią, więc
      spodziewaj się wizyty fedsów, albo zaszyj się gdzieś.
      - Dobra, ich się najmniej obawiam w tej chwili. Mam kolejną sprawę...
      Podałem mu nr rejestracyjny forda, podejrzewałem, że był albo z
      wypożyczalni, albo go gdzieś zwinęła. Marny trop ale jedyny. Potem
      poprosiłem go o sprawdzenie Gasa, jego samochodu i adresu, pod którym
      go zostawiłem wczoraj w nocy.
      - Stary, ledwo łazisz, z tego co mogę się domyslać, a robisz za cały
      wydział sledczy w Santa Monica. Nie wiem czy ci współczuc czy
      gratulować. Hehehe. - Zasmiał się bardzo przyjaźnie. - Zadzwoń do
      mnie za godzinę, będę już to dla ciebie miał.
      Odwiesił słuchawkę. Chyba go to wszystko bardzo zainteresowało.
      Pobiegł pewnie do swojego szefa i poprosił o zgode na prowadzenie tej
      sprawy. No cóż, nie miałem mu tego za złe. Dopuki mi pomagał, nie
      interesowało mnie co robił dla siebie. Niewiele się jednak
      dowiedział, poza nazwiskiem i narodowością. Wiedziałem jedynie z kim
      mam do czynienia, i że muszę uważać dziesięciokrotnie bardziej na to
      co albo kto czai się za drzewem, za rogiem albo w studzienkach
      kanalizacyjnych. Nie była to miła perspektywa. Zabrałem więc torbę i
      zszedłem po schodach. Taksówka stała na swoim miejscu. Podałem adres
      Johna i Marty a kierowca wrzucił bieg i wdepnął pedał gazu.

      c.d.n. jutro, na dziś skonczyła sie moja wyobraźnia.smile
      • vulture aaaaa Aric 12.08.03, 22:49
        1. Kocham sok pomarańczowy
        2. Nie wyjdę z domu nieumyty
        • foxy21 Re: aaaaa Aric 13.08.03, 14:45
          vulture napisał:

          > 1. Kocham sok pomarańczowy
          > 2. Nie wyjdę z domu nieumyty


          Szczegolnie po takiej nocysmile
          Ja tez nie lubie brudasowsad
          • aric Re: aaaaa Aric 13.08.03, 15:13
            Oj czepiacie się. W nastepnej częsci sie umył.smile
    • aric P.I. Vulture II - część 11 13.08.03, 15:32
      Wizyta u przyjaciół przebiegła bez większych rewelacji. John zmienił
      mi opatrunek, informując, że wszystko się goi bardzo dobrze, za kilka
      dni władza w rece miała mi powrócić do poziomu wyjściowego. Wykąpałem
      się pod prysznicem uwazając by nie zamoczyc bandaży i po godzinie
      byłem jak nowo narodzony z lekkim ubytkiem władzy w prawej ręce.
      oOczywiście nie obyło się bez pomocy przy ubieraniu. Nie podobało mi
      się to, że musisałem polegac na innych. Zanim wyszedłem zadzwoniłem
      do Johnego:
      - No i jak? - Zapytałem nim powiedział: słucham.
      - Nooo, bardzo ciekawie się robi.
      - No to gadaj. - To no to mi w krew zaczynało wchodzić.
      - Ten twój Gas to niezłe ziółko. Pracuje dla Liama McDamona, a wiesz
      dlaczego?
      - Dlaczego? - Zapytałem mysląc jednocześnie o tym, że pani Blur nie
      była przypadkową klientką. Czy aż tak nisko upadłem, że nikt nie
      chciał mi już powierzyc normalnej sprawy. A może jednak to zbieg
      okoliczności.
      - Odpracowuje. Kurwa Vulture, wdepnąłes w niezłe bagno. A wiesz
      dlaczego odpracowuje?
      - Przestan mnie wkurzać tylko gadaj. - Zaczynałem się irytować.
      - Podpierdzielił ich rok temu, powinienes pamietać. Jak zerknąłem w
      akta sprawy, w którą byłeś wtedy zamieszany, to obraz stał się jasny
      jak słońce.
      - Chodzi ci o to, że dostałem anonim, to było od niego? - Usłyszałem
      krótkie uhm. - I że wtedy pojechałem do tego magazynu, co byly tam
      gachy Sugara. I że o zabiłem faceta w samoobronie? - Znów krótkie
      uhm. - No ale co on ma do tego? I co wazniejsze, dlaczego jeszcze
      zyje?
      - Widzisz, wtedy nasi chłopcy zwineli morfinę, ale pieniądze za nią
      zniknęły. A wiesz kto je wziął?
      - Gas?
      - Nie, nie Gas, jego dziweczyna. Mieli to zrobic razem, ale go
      wyrolowała. Niestety nie była na tyle mądra, żeby zwiać daleko stąd.
      Teraz wącha kwiatki od spodu. Zmarła na sktek przedawkowania morfiny,
      ale sadzę, że ktos jej pomógł. Nazywała się Nikka Spencer. -
      Tragiczne imię, pomyslałem, przypominając sobie sprawe, którą
      prowadziłem kilka miesięcy temu.
      - No dobra, no i co z tego?
      - To z tego, że chcą ci nieżle dokopać, a Gas szuka w miedzyczasie
      kasy, bo jej nie znaleźli. Szuka kasy u jej matki.
      - Skąd ty to wszystko wiesz? - Zapytałem, bo jakoś nie chciało mi sie
      wierzyć, że wytrzasnął to w godzinę.
      - A widzisz, bo ta sprawa jest cały czas nas inetersuje, trzymamy
      rekę na pulsie i obserwujemy. No i tu dobre wieści dla ciebie.
      Dostałem polecenie, aby dać ci wolną ręke we wszystkich możliwych
      aspektach twojego śledztwa. Możesz robic co ci sie podoba, o ile
      bedziesz chciał mi pomóc.
      - To miło. A nie chciałbyś mi troche potowarzyszyć w czasie tego
      pomagania. To znaczy wożąc mnie na przykład?
      - Dobra, już jadę. - Prawie krzyknął, a ja czułem jakbym stał obok
      niego i obserwował, jak rośnie w nim zapał do tego stonia, że zostało
      pięć sekud do eksplozji. - Gdzie jesteś?
      - Zaraz, a dowiedziałeś się czegoś o aucie?
      - Tak, powiem ci jak się spotkamy. To gdzie jesteś?
      Podałem mu adres i odłozyłem słuchawkę. Szczeniak zapaleniec,
      pomyslałem, ale informacje miał pierwszorzędne. Mnie z tą reką
      zajełoby ze dwa tygodnie, aby się wszystkiego dowiedzieć. Gdybym był
      sprawny, pewnie byłoby to ze trzy dni, ale mogłbym sobie pozwolic na
      oberwanie po łbie. A tak pozostaje mi wysługiwanie się młodym
      gliniarzem.
      To czego dowiedziałem sie przed chwilą pozostawało tylko jedną rzecz
      do sprawdzenia. To czy Tereza Blur wynajeła mnie na życzenie Gasa czy
      z własnej nieprzymuszonej woli. Nie wierzyłem w zbiegi okoliczności,
      ale miałem nadzieję, że te dwie sprawy nie mają ze sobą związku. Z
      jednej strony zawiedziona przez młodego kochanka kobieta, z drugiej
      facet, który pracuje dla McDamona.
      - Napijesz się czegoś? - Zapytała Martolka miajając mnie stojącego
      jak słup soli w korytarzu. Wyrwała mnie ze stanu zamyślenia, a ja
      złapałem się na tym, że wciąz trzymałem reke na odłozonej słuchawce
      telefonu.
      - Tak, poproszę kawy. Musze tu na kogos poczekać. - Powiedziałem nie
      odrywając dłoni od telefonu. Cos mi się własnie przyponiało.
      - Gdzie jest nóż, którym oberwałem?

      c.d.n. jutro, i wreszczie przyjdzie czas aby przyspieszyc trochę
      akcję.smile
    • aric P.I. Vulture II - część 12 19.08.03, 12:27
      Johny przyjechał w ciagu 30 minut. Wpadł jak bomba i tak samo wypadł. Ze mną.
      Miał tyle zapału do pracy, która go czekała, że starczyłoby na cały komisariat.
      Gdyby wszyscy chcieli pracowac z takimi chęciami to zorganizowana przestępczość
      odeszła by w niepamięć. Zastanawiałem się, jak szybko wypali sie w nim ten
      płomień.
      - Co z tym samochodem? - Zapytałem gdy ruszyliśmy do Terezy Blur.
      - Wypożyczony na nazwisko Selmy Haymas. Mam adres hotelu, ale sądzę, że ten
      trop nas zaprowadzi donikąd.
      - I tak to sprawdźmy. Może jednak coś z tym hotelem ma wspólnego.
      - Dobra, wyslę kogoś, tak będzie szybciej.
      Johny połaczył się z centraląa i poprosił z jakimś detektywem. Nie znałem
      nazwiska. Pogadał chwile do słuchawki radiotelefonu i załatwił nam pomocną
      dłon. Facet miał na imię Red i z tego co wywnioskowałem z ich rozmowy byli
      chyba w przyjacielskich kontaktach. Johny wysłał go do hotelu podając nazwisko
      kobiety i opis samochodu. Kto wie, może jakiś ślad tam się znajdzie. Sprawdzićc
      nie zawadzi.
      - Powiedz mi, dlaczego tak nagle wszyscy zaczeli się interesowac ta sprawą?
      Rozumiem, że mnie ktos napadł i chce mojej smierci, ale jestem raczej
      niewygodnym łapsem, który zalazł za skóre kilku wysoko postawionym gosciom.
      - Wiesz. Pojawiła się szansa, aby zgarnąć wreszcie Sugara. Facet zniknał rok
      temu, jak mielismy go juz przyskrzynic. Potem dowiedzileismy się, że wyladował
      za kratkami w Meksyku. Na dniach mielismy go sciągnąć do LA ale gnoj zwiał i
      zaszył się gdzieś. Nikt nie wie gdzie. Nawet nasi informatorzy nie wiedzą, albo
      po prostu nie chcą gadać.
      Wyciagnąłem papierosa. Znów grałem za osła co miał wejść w bagno i brodzić w
      nim przez najblizsze kilka dni, narażając się w kazdej chwili na utonięcie.
      - Czyli w tej chwili się mna wysługujecie?
      - Mozna tak powiedzieć. Podpalic ci? - Skinąłem głową. Usłuzny był z niego
      chłopak. - Szukamy go od dwóch tygodni, a potem zadzwoniłes ty, z wiedomosciami
      o pewnej przygodzie. Więc nadarzyła się szansa, że myśliwy może stać się
      zwierzynąa. A dlaczego własciwie jedziemy do tej Blur?
      - Musze sprawdzić, czy kobieta, która była matka Nikki jest swiadoma tego co od
      niej chcą. Nie wierzę w przypadki, ale mam nadzieję, że tym razem takowy miał
      miejsce.
      Pod dom Terezy Blur podjechalismy po 10 minutach. Upał nadal doprowadzał mózg
      do wrzenia. Aż chiało się wywiercić otwór w czaszce by upuścić trochę pary
      wodnej. Chiciaż mieszkałem w tym mieście od ponad 40 lat, to nigdy nie
      przyzwyczaiłem się do tego klimatu. Zdecydowanie bardziej służyły mi
      chłodniejsze miejsca.
      Samochodu Gasa nie było, więc bez obaw weszlismy na podjazd i zapukalismy do
      drzwi. Niestety nikt nie otworzył. Ponowilismy procedure grzecznościową. Tym
      razem usłyszelismy jakieś hałasy. Johny momentalnie wyjął pistolet. Chyba jako
      jeden z nielicznych gliniarzy nie nosił rewolweru tylko siedmiostrzałową Baretę.
      - Masz gnata? - Zapytał cicho. Zaprzeczyłem ruchem głowy. On naromiast sięgnął
      do łydki i wyjał sześciostrzałową trzydziestke ósemkę.
      - Takie coś nosisz na łydce? - Zapytałem biorąc broń w lewa rękę. Nigdy z lewej
      nie strzelałem, więc mogłem byc nieprzewidywalny w tej kwestii.
      - A dlaczego nie? Wchodzimy?
      - Ty wejdź frontem, a ja pójde od strony ogrodu. Tylko nie daj się zabic.
      Skinął głowa i wszedł do domu. Drzwi były otwarte. Ja ruszyłem na drugą strone
      budynku, spogladając mimochodem na ulice. Nagle stanąłem, wewnetrzny głos
      zaczynał szeptac o pewnym pomysle. Po przeciwnej stronie stał samochód. Jeden
      jedyny, nie licząc naszego, w promieniu kilkudziesięciu metrów. Włozyłem
      rewolwer za pasek. Następnie siegnąłem do wewnetrznej kieszeni marynarki i
      wyjąłem zawiniatko. Wiedziałem, że zostawiam Johnego, ale nie mogłem się
      powstrzymac od tego co mi przyszło do głowy. Ruszyłem w kierunku czarnej
      limuzyny po drodze odwijając nóż, który John wyjął mi z barku. Na razie nie
      słyszałem strzałów ani nawet odgłosów walki. Dopadłem przedniej opony i
      zafundowałem im kapcia. Nagle rozległy się strzały. Rzuciłem nóż pod ogrodzenie
      domu i ponownie dobyłem gnata. Zza budynku wyłoniło się dwóch czarnych
      zabijaków z bronią w ręku. Pośpiesznie oddałem dwa strzały. Nie wiem nawet w
      jakim kierunku je oddałem, bo moja lewa ręka zadrżała niemiłosiernie, gdy
      nacisnąłem spust. Faceci biegli jak szaleni. Zanim się spostrzegłem zaczęli do
      mnie walić jakbym był tarczą strzelniczą. Stałem jak drzewo, króre zaraz miało
      zostać ścięte. Dwie kule świsneły mi przy lewym uchu, trzecia odbiła się od
      metalowej sztachety w ogrodzeniu. Ruciłem się w ostatniej chwili na trwanik.
      Ramię zabolało jak cholera. Padły następne strzały. Niczym krótka seria z
      automatu. To Johny wypadł przez frontowe drzwi i opróznił magazynek w
      samopowtarzalnym pisolecie. Wiedziałem, że jeden z przebiegających obok mnie
      gachów dostał w ramię. Gdy dopadli gabloty, Johny przeładował magazynek i znów
      nawalał jak z automatu. Samochód ruszył z piskiem tylnych opon. Ale nie ujechał
      daleko. Zarzuciło nim na zakręcie, przebita opona dała znać o sobie. Nie wiem z
      jaką predkoscią przywalili w słup, ale nie spodziewałem się, że zobaczę takie
      fajerwerki. Po chwili zobaczyłem Johnego. Schował Baretę pod pachę i podparł
      się rekoma na biodrach.
      - Musiałem trafic w zbiornik. Nieźle sie chajcuje, co? - Zachowywał się jak
      szeryf w Dodge City, a ja leżałem na trawniku.
      - Taaa, możesz mi pomóc? - Wyrwałem go z zadumy nad własnym ego. Wayt Earp,
      pomyslałem.
      - A gdzie ty własciwie byłes? - Zapytał, podając mi dłoń i stawiając moje
      obolałe ciało na nogi. Zanim odpowiedziałem, odnalazłem nóż leżący na asfalcie
      i oddałem mu broń.
      - Zabawiłęm się w dywersanta i przebiłem im oponę. Po częsci to także moja
      zasluga, że mamy taki piekny pokaz fajerwerków. - Pokazałem mu nóż. A potem
      dodałem do siebie. - Za stary juz jestem na takie imprezy.

      c.d.n. jak tylko c.d. wymyslęsmile)))) sorry, za chwilowa przerwę, wczoraj miałe
      chujowy dzień na twórczośc.smile
    • aric P.I. Vulture II - część 13 20.08.03, 15:22
      Pierwsze, co zrobił Johny to szybka wędrówka do swojego samochodu i wezwaanie
      strażaków i ekipy dochodzeniowej. Trzeba było zidentyfikować te skwarki, które
      po nich zostana.
      - Zostwamy to, na pewno znajdą ten wrak. Jak przyjadą nasi to przyda do
      mieszkania. - Powiedział, gdy wrócił, usmiechniety i dumny z siebie.
      Ja w tym czasie doprowadzałem sie do stanu uzywalności. Nawet trawa wyschła do
      tego stopnia, że łamała się pod ciężarem mrówek, pomyslałem i ostrożnie
      strzpnąłem źdźbła z marynarki.
      Weszlismy do domu Terezy Blur. Obawiałem się bardzo o swoje ramię. Miałem
      wielką nadzieję, że przy upadku nie otworzyła mi się rana, bo bolała jak jasna
      cholera, ale nie to było teraz najwazniejsze. Patrząc na pobojowisko od
      przekroczenia progu domu oczywistym było, że czegos usilnie szukali.
      Włascicielka leżała na podłodze, związana i zakneblowana. Miała rozbitą głowę,
      rozcieta warge i wielki siniak na prawym policzku. John kucnął i wyjał jej
      knebel, spluneła krwią i zacharczała jak jeleń z uszkodzoną grdyką. Nastepnie
      zaczął rozpętywać krepujące ją sznurki, ale nie szło mu to zbyt gładko.
      - Spróbuj tym. - Podałem mu swój nóż z odzysku. Przy tej okazji wpadała mi do
      głowy pewna mysl. Ciekawe czy tego kozika ktoś zrobił na secjalne zamówienie?
      Mozna by to sprawdzić, a nieprzypadkowo znałem jednego faceta trudniacego się
      wyrobem takich cacek, co to rzucone obojecnie jak, zawsze ladują zwrócone
      ostrzem w celu. - A pani jak się czuje?
      - Świetnie cholera. Jakbym w senatorium była. - Odezwała się jak tylko została
      oswobodzona i usiadała na kanapie. - A jak sie mam czuć? A pan jak się czuje z
      tym ramieniem? Pewnie dziękuje pan Bogu za to, że musi pan nosic rekę na
      temblaku.
      Miała prawo to tego sarkazmu, ale zaczynała przesadzać. Odwróciłem głowe w
      kierunku ławy, na której walały się rózne przedmioty codziennego uzytku. Moją
      uwage przykuła zwłaszcza jedna rzecz.
      - Skąd pani ma tą popielniczkę? - Zapytałem biorąc w ręce coś co należało
      jeszcze wczoraj do mnie. Nawet nie zauważyłem kiedy mi ją zwinęła.
      - A skąd mam wiedzieć? Pewnie zawsze tu była. Niech mi pan naleje jakiejś
      gorzały i przyniesie mi z kuchni lodu.
      Już miałem cos powiedzieć, żeby sama dupe ruszyła, ale Johny mnie ubiegł.
      - Ja pójdę. A wy sobie pogadajcie. A pani to mogłaby być milsza, w końcu
      zawdzęcza nam pani zdolność ponownego poruszania się i mówienia. - Wyszedł, a
      przechodząc oddał mi nóż.
      - Przepraszam, ale te zbiry nieźle mi dołożyły. - Dotkneła miejsca na głowie
      skąd wypływała strózka krwi. Syknęła cicho z bólu i dodała: - Pojęcia nie mam o
      co im chodziło. Związali mnie, zaczęli wypytywac o jakieć niewyobrazalne
      pieniądze, które niby posiadam, a jak im powiedziałam, żeby spadali, to
      oberwałam po głowie. Potem mnie zakneblowali i rzucili o podłogę. Rozciełam
      sobie skórę i ta cholerną noge od kanapy. I zaczęli przeszukiwac mój dom. Czego
      on chcieli? A własnie, co pan tu robi z tym młodym przystojnym chłopcem?
      - Ten przystojny chłopiec to detektyw Sighn, i jest zonaty. - Nie mogłem sobie
      darować, żeby nie dodać o jego stanie cywilnym.
      - No co pan, mysli pan...
      - Ja nic nie myślę. Ale zaraz panią skłonię do myślenia, bo nie pojawilismy się
      tutaj przypadkiem. Nie powiedziała mi pani wszystkiego o swoim młodym
      przydupasie, Gasie.
      - Nieżle pan rymuje, ale niech pan tak go nie nazywa, a ja nie jestem jakąś tam
      niewydymką, co potrzebuje młodego męskiego ciała. Po prostu stało się i tak
      zostało.
      - No cóż, niech pani bedzie. Może mi pani opowie jak to się wszystko zaczęło. O
      momentu gdy pani córka Nikka poznała Gasa.
      Jej twarz momentalnie znieruchomiała. Zaden z dwudziestu czterech mięśni jej
      twarzy ani drgnął. Trwała tak przez dobre piętnaście może dwadzieścia sekund,
      wpatrzona w moje usta. Jakby jej umysł nie mógł przyswoic tego co powiedziałem
      i chciał abym raz jeszcze wypowiedział to co przed chwilą. Nie powiedziałem
      nic, a ona trwała w zadumie jak głaz. W tym stanie pozostał do momentu, gdy
      Johny pojawił się z torebką lodu i butelką jakiejś wódy nieznanego pochodzenia.
      Dopiero wtedy gdy przyłozył jej lód do rany, nastąpiła chwila zwrotna i Tereza
      Blur obudziła sie z letargu.
      - Dziękuję. - Powiedziała i przyłtrzymała prawą reką lód.
      - Nalej jej Johny porządnego łyka. Mnie przy okazji też. - Johny niczym
      posłuszny lokaj wykonał polecenie. Postawiłem przewrócone krzesło na nogi, po
      czym na nim usiadłem. Przysunałem swoją popielniczkę i zapaliłem papierosa. Za
      chwilę dostałem też drinka. Wypiłem z obrzydzeniem, smakował jak nafta. Ale
      Terezie Blur ten smak najwyraźniej nie przeszkadzał. Wypiła napełnionąa do
      połowy szkalnkę, niczym wodę i poprosiła o jeszcze jednego. Gdy go dostała
      zaczęła mówic.

      c.d.n. pewnie jutro.smile))
      Ej, czytacie to jeszcze, może jakies opinie na temat mojej grafomani??smile)))
      • vulture Re: P.I. Vulture II - część 13 21.08.03, 00:16
        Aric, jak to czytam, mam nogi podkulone na krześle...
    • aric P.I. Vulture II - część 14 28.08.03, 12:18
      - Nikka poznała Gasa trzy lata temu. Miała wtedy siedemnaście lat. Nie
      pochwalałam tego związku, bo Gas wyglądał mi na niezbyt uczciwego chłopaka.
      Szwędał się tu i tam, zabierał córke na noc. Nie podobało mi się to. Ale po
      jakimś czasie dałam za wygrana i zaakceptowałam decyzję Nikki. Tymbardziej, że
      nie wygladało na to, aby popadła w jakieś szemrane towarzystwo. - Przerwała na
      chwilę. W oddali zaczęły wyć syreny policyjne. Johny się poderwał na równe
      nogi, powiedział cos na kształt, że musi nas opuścić i wyszedł. Gestem dłoni
      pokazałem żeby mówiła dalej. - No więc wszystko się układało. Z czasem nawet
      polubiłam Gasa. I tak sobie zylismy. Matka, córka i z pseudo zięć. Nic nie
      wskazywało na to, że cos się może wydarzyć. Ależ byłam naiwna... - Widać było,
      że jeszcze nie pogodziła się ze stratą bliskiej osoby. - Nagle Nikka zniknęła.
      A któregoś dnia przyszedł Gas i powiedział, że moja córka przedawkowała
      morfinę. Podobno narkotyzowała się od dawna. Policja potwierdziła samobójstwo a
      ja się załamałam. To był dla mnie szok. A na ironię to nas z Gasem zblizyło. No
      i wyszło na to, że matka odziedziczyła w spadku po córce gogusia o niepewnej
      reputacji.
      Przestała mówic. Czekałem na ciąg dalszy, na jakieś wskazówki, jej podejrzenia,
      ale ona milczała.
      - Czy Gas nie wypytywał pani o pieniądze, o jakieś ulubione miejsca w których
      lubiła przebywac. Nie złapała go nigdy pani jak myszkował po domu?
      Zastanowila się przez chwile.
      - O pieniądze nigdy nie pytał, ale wie pan co, faktycznie dopytywał się, gdzie
      córka lubiła spędzać czas. Na początku mnie to zastanawiało, bo przeciez oni
      spedzali dużo czasu, ale potem przestał. Na szperaniu po moim mieszkaniu go nie
      złapałam. A co chodzi z tymi pieniędzmi? Może mi pan wyjaśnic, dlaczego miałby
      u mnie czegokolwiek szukać?
      - Bo widzi pani, Gas nie jest zwykłym cwaniaczkiem, a pani córka nie zginęła od
      przedawkowania.
      Wiedziałem, że te słowa wywołają u niej duże zaniepokojenie, ale zareagowała w
      normie. Jej twarz wydawała się mówić: już nic mnie więcej nie zdziwi. Jej usta
      nie wypowiedziały jednak ani słowa. Popatrzyła na mnie, a potem nalała sobie
      następną porcje "nafty" i wychiliła bez najmniejszego obrzydzenia. Ja natomiast
      przeszedłem do pytań z cyklu: czy aby pani nie jest w to zamieszana?
      - Jak tu jechaliśmy, zastanawiałem się, dlaczego pani przyszła do mnie? Gdy
      dowiedziałem się czegos o Gasie, dowiedziałem się też, jak zgineła pani córka.
      A to spowodowało u mnie proces myslenia, który doprowadził do tego dzisejszego
      spotkania. A ja nie lubię zbytnio mysleć, gdy jedna z moich kończyn jest
      niezbyt przydatna. Bo nie jestem w stanie uzyć siłowych środków perswazji, co
      stawia mnie w marnej sytuacji, zważając na to z kim mamy do czynienia. No więc
      jak to jest, jak pani do mnie trafiła?
      - Boże miłosierny, ale pan jest dziwny. Wszystko pan widzi jako spisek.
      Najwiekszy spisek w historii dziejów, niech pan sprawdzi kuchnie, może czaja
      się tam na pana jakies krały mordercy... - Westchnęła sobie jakby chciała mi
      uswiadomic, że rzeczywiscie z moja głowa jest coś nie w porzadku. - A nie
      przyszło panu do głowy, że rozwiazanie tej wielkiej zagadki jest banalne i
      oczywiste jak to, że słonce świeci? Eh, teraz żałuje, że do pana przyszłam.
      Chyba ma pan krótka pamięć.
      - Czyżbym spotkał panię już wcześniej? - Byłem dość zdziwiony, jak mogłbym nie
      pamietać tej kobiety.
      - Mnie nie, ale spotkał pan kiedyś mojego mężą. Toma Spencera. Zanim zmarł na
      raka, siedem lat temu, mówił mi, żebym w razie jakichkolwiek kłopotów zwróciła
      się do pana. Że pan jest najlepszy, i że jeżeli bedę potrzebować twardziela,
      który nie boi sobie ubrudzic rąk, to pan jest najlepszy.
      - Tom Spencer był pani mężem? - Gdzie ja się podziewałem przez ostatnie kilka
      dni, pewnie mnie porwali i jakieś pranie mózgu mi zrobili. Chyba rzeczywiscie
      robiłem się za stary na prace w tym zawodzie. Z drugiej jednak strony Spencer
      to dość popularne nazwisko. Mogłem nie skojarzyć. To była zona Toma, a
      opowiadał mi przecież o niej. Dawno dawno temu, gdy upijalismy się po tym, jak
      odnalazłem dla jego firmy skradzione pieniądze. Dobre stare czasy prostych
      spraw i prostych przyjemności. Zerknąłem na kominek w poszukiwaniu jakichs
      zdjęć, jakbym jeszcze nie był przekonany o tym, że Tereza była żoną Toma.
      - Nie wierzy pan? - I nie czekając na odpowiedz, podniosła z podłogi ramkę z
      fotografią. Szkło było potłuczone, ale od razu poznałem Toma. Trzymał na ręku
      swoją kilkuletnią córkę a drugą obejmował żonę. Głupio mi się zrobiło. Nie było
      sensu się tłumaczyć. Pomilczałem chwilę wpatrując się w zdjęcie i oddałem je
      włascicielce.
      - No dobrze, dałem ciała. Ale teraz obiecuję, że ci którzy zabili Nikkę i
      zrobili ten bałagan poniosa odpowiednia karę.
      Nagle do pokoju wszedł Johny. Był w dośc radosnym humorze.
      - Chyba musimy iść. Trzeba pogadac z szefem. Będzie chciał wiedzieć co się
      stało, a ty musisz potwierdzić moja wersję.
      - Ok, ale daj mi jeszcze dwie minuty. - Skinął głowa i znów wyszedł, a ja
      zwróciłem się do Terezy. - Niech mi pani powie, jeżeli Nikka miałaby cos do
      ukrycia, to gdzie by to schowała?
      Nagle jej twarz rozpromieniała, jakby dostała zastrzyk ze szczęścia.
      - Ha, rzeczywiscie jest takie miejsce. Może się to panu wydać dość dziwne, ale
      po smierci męża córka bardzo często odwiedzała jego grób. Kiedyś, przyłapałam
      ją jak odsuwała płytę nagrobkowa i cos tam chowała. Bardzo się zdenerwowałam, a
      ona się rozpłakała i powiedziała, że chce powierzyc tacie swoje skarby. Nie
      były to wartosciowe rzeczy, ale dla niej chyba tak. Zastanowiło mnie też jak
      ona może z taką łatwoscią odsuwac ta płytę, ale okazło się, że wcale nie jest
      taka ciężka. Po prostu się obkręcała. Bóg jeden wie, dlaczego akurat ten grób
      był własnie taki. Długo zbierałam się, żeby to naprawili, ale dopiero po
      śmierci córki się zmusiłam. Cos mi kazało tam iśc i naprawić grób. - Podniosła
      na mnie wzrok. - Mysli pan, że mogła tam coś ukryć? Pieniądze o które pan pytał?
      - Myslę, że to mozliwe. Gdzie lezy Tom?
      - Na głowym. Niech pan zapyta zarządzcę, on panu powie jak tam trafic.
      - I nie bedzie pani miał nic przeciwko temu, aby ten grób otworzyć?
      - A sądzi pan, że jak się sprzeciwię, to pan i tak tego nie zrobi? Poprosi pan
      swojego kolege o nakaz i co ja bedę wtedy miała do gadania?
      Podniosłem swoje obolałe ciało z krzesła. Czas było ruszyć w dalszą drogę.
      - Dziekuję. - Powiedziałem, a ona skineła tylko głową. Zastrzyk ze szczęscia
      przestał działac. - Poproszę niebieskich, aby pani pilnowali. Przyjadę jutro.
      Popatrzyłem jeszcze chwilę na smutna kobietę, której świat się walił wciąż i
      wciąż. Wiedziałem, że go sobie odbuduje, ale nigdy nie będzie taki jak ten
      który zbudowali wspólnie z Tomem. Była z niej twarda sztuka. Potrafiła się
      dostosować do panujacej sytuacji, więc opuszczając ją wiedziałem, że jak jutro
      tu wróce bedzie miała kaca, ale dom bedzie w idealnym porzadku.

      c.d.n. jak wena wróci na dobre.smile))
    • aric P.I. Vulture II - część 15 01.09.03, 13:49
      Wyszedłem przed dom z nadzieją w sercu, że bedę miał asa w rekawie, i że moge
      mieć szanse na utrzymanie się przy zyciu bez stresu, że ktos czyha na mnie za
      rogiem budynku z nożem albo gnatem w reku. Przed domem roiło się od
      mundurowych. Strażacy ugasili ogień i zbierali się do odjazdu. Wyciagnieto też
      dwóch prawie zweglonych sztywniaków i wpakowano do pojazdu coronera. Nad podziw
      szybko działają. Pomyslałe i rozejrzałem się w poszukiwaniu Johnego. Stał
      rozmawiając z nowym szefem wydziału. Znałem gościa tylko z widzenia i
      słyszenia, podobno glina starej daty. Uczciwy i z zasadami. Mówili na niego
      Hawk, ale nigdy nie interesowała mnie geneza tego przezwiska. Naprawde nazywał
      się Harry Saw i robił wrażenie twardziela z dzikiego zachodu. Miałem chyba fazę
      na odniesienia zwiazane z westernami. Ruszyłem w ich kierunku.
      - Vulture, prawda? - Zapytał Hawk zanim zdążyłem powiedzieć dzień dobry. Po
      czym wyciagnął do mnie rękę. To bylo nowe doświadczenie. Pierwszy raz szef
      policji wyciągał do mnie rękę. Na poczatku nie wiedziałem co zrobić, ale po
      chwili skinąłem głowa i uścinąłem mu dłoń.
      - Nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkac osobiście. - Ciagnął. - Ale słyszałem
      o panu co nie co. Johny zrelacjonował mi całe zajście i sądzę, że nie bedzie
      potrzeby maltretować pana o powtarzanie togo, co się tu stało.
      - Hmm, cieszy mnie to niezmiernie. Mam jednak pytanie, dlaczego aż szef policji
      fatygował się na miejsce tego zdarzenia? Czyżbym o czymś nie wiedział?
      - Tak naprawdę to ja prowadzę tą sprawę. Byłemz dośc zaskoczony, gdy zadzwonił
      do mnie burmistrz i poprosił mnie o to bym osobiscie zaangażował się z
      znalezienie Sugara Washingtona.
      - Ho ho ho. - Zagadałem jak czerwony grubas w Boże Narodzenie.
      - Nie dziwię się, że jest pan zaskoczony. No cóż, casem bywa tak, że aby złapac
      złego trzeba postawić na nogi nawet tych co leniuchują na stołkach. -
      Uśmiechnął się pokazując zęby. Jakbym został porażony lampą błyskową. Kontrast
      między jego opaloną twarzą a snieznobiłaymi zębami był naprawdę niesamowity. -
      A pan nam w tym pomoże. FBI szuka Sugara od dwóch tygodni, i sobie jakoś rady
      dac nie mogą. Jak kamien w wodę. Nawet jego najbliżsi współpracownicy nic nie
      wiedzą, a ci którzy wiedzą, i tak nie powiedzą, bo ich adwokaci są tak dobrze
      opłacani, że nawet podejśc do nich nie dadzą.
      - I co? Chce pan abym ja go odnalazł?
      - Tak własnie. Jak Johny mi opowiedział o pana wypadku, w moim leniwym umysle
      zaświtała ta własnie mysl. A po tym, jak Johny skontaktował się z FBI by coś
      dla pana odnaleźć, wszystko potoczyło się jak lawina. Tamci zadzonili do tych,
      ci do tamtych, a burmistrz do mnie. I tak oto chciałbym aby pan pracował dla
      mnie.
      - Mam byc gliną i działac jak glina?
      - Niekoniecznie. Ale w naszym wspólnym interesie jest aby Sugar zniknął z tego
      miasta. Dobrze byłoby też, aby znikneło kilku innych. No może nie koniecznie
      chciałbym ich widzieć w plastikowych workach, ale jak nie bedzie innego
      wyjścia...
      Zamilkł, a ja nie wiedziałem co powiedziec. Czyżbym stał się ważnym
      człowiekiem? No cóż, nawet mi to odpowiadało. Ja załatwię swoją sprawę, a oni
      swoją. I nie musze się trzymać przepisów.
      - Mam tylko jeden warunek. Chciałbym to zrobic po swojemu.
      - Po swojemu, ale my trzej o tym bedziemy wiedzieli.
      Johny stał i przypatrywał się nam jakby oglądał przedstawienie na Broadwayu,
      dwóch facetów dyskutuje czy aby na pewno zabicie kaczki na polowaniu jest
      humanitarne.
      - Ok, ale wtrącac się w moje plany nie bedziecie.
      - Masz moje słowo i osobista ochronę w postaci detektywa Sighna.
      Podał mi ręke i oddalił się w kierunku swojego słuzbowego Forda z kierowcą. Ja
      natomist zwróciłem sie do Johnego, mojego ochroniaża. Nie brzmiało to
      optymistycznie, ale w obecnej sytuacji przemilczałem jego kompetencje do
      objecia owej funkcji. Lepsze to niż nic.
      - Dwie rzeczy. Po pierwsze zrób tak, aby tych dwóch kolesi zidentyfikowano
      mozliwie jak najszybciej i po drugie, zdobądź nakaz na to, byśmy mogli
      poszperac w grobie niejakiego Toma Spencera.
      - Poszperać w grobie? Co ty zwariowałes?
      - No cóż, czasem przychodąa mi do głowy wariackie pomysły, ale tym razem
      podejrzewam, że to co tam znajdziemy pozwoli nam dostać się na sam szczyt, czy
      zlokalizować złego nr jeden. Idz, powiedz komu trzeba i zbieramy się. Musimy
      pojechać jeszcze w kilka miejsc i spotkac się z tym twoim kumplem, Redem.
      Johny pokiwał głową i pobiegł za Hawkiem. Ja poszedłem do jego auta, by tam
      spokojnie sobie zapalić i pomysleć jak to wszystko sprawnie załatwić.

      c.d.n. tak szybko, jak tylko to bedzie mozliwe.smile) mam nadzieję tylko, że nie
      przynudzam za bardzo...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka