Nie mogłem spać. Upał był tak wielki, że plastikowe kubki zmieniały kształty.
Nawet papieros nie smakował, a picie czegokolwiek zawierającego więcej 40%
alkoholu groziło natychmiastowym zgonem. Pozostawało tylko spac w dzień, pod
wirującym wentylatorem zawieszonym na suficie, a życ nocą, gdy temperatura
spadała o kilka stopni, a wiatr zaczynał lekko buszować w zakamarkach
ciemnych ulic. Od kilku miesięcy nie miałem żadnego wiekszego zlecenia, żyłem
z dnia na dzień, obserwując kurczace się zapasy gotówki w moim sejfie. Sejf.
Mocno powiedziane. Raczej to co pozostało z sejfu. Metalowe dzrzwiczki
wmurowane w scianę, w których dawno temu pospuł się zamek cyfrowy. Staczałem
się, a mój zawód wychodził z mody. Teraz wszystko rozwiazywali gałganiarze z
metalową rurką w dłoni. Mozna było takiemu zapłacić 20 dolców, a on przemówił
do rozsądku starszej pani na drugim końcu miasta. Ludzie schodzili na psy, a
raczej nurzali się w kurzu spowijajacym ulice, bo rynsztoki dawno wyschły.
Potrzeba było deszczu by oczyścić to miasto.
Nie mogłęm już tak siedzieć, nic nie robiąc, czytanie gazet i śledzenie
wydarzeń to nie było to co lubiłem robic najbardziej. Mój luger zaczynał
rdzewieć, a wraz znim moje mieśnie, a moje szare komórki drzemały w głebokim
snie. Czas był najwyższy, aby ktos wreszcie zapukał do drzwi mojego biura i
powiedział:
- Czy pan się nazywa Vulture?? Miałbym dla pana pewną pracę...
Ale nic takiego się nie stało, nie przez najbliższe kilka minut. Poczekałem
jeszcze ponad godzine łudząc się, że może jakaś piekna kobieta... Ech,
marzyciel, pomyslałem, po czym wziąłem kapelusz, paczke cameli i ostatnie 50
dolców. Trzeba troche pożyć, jutro bedzie czas, aby się martwic co dalej.
Gdy wyszedłem na ulicę, zapaliłem papierosa i po krótkim wahaniu wybrałem
spacer w kierunku oceanu. Co prawda, gdybym chciał usiąść na plazy, musiałbym
chyba iśc z 5 godzin w jego stronę, ale wcale nie zamierzałem go oglądać. Po
prostu chciałem iśc i upajać się tym, co ma do zaoferowania Los Angeles nocą.
A ma wiele, od dziwek do knajp w których rządzą pomniejsi gangsterzy,
kontrolujacy handel wódą i opium w swoich kwartałach.
Wolno przemierzałem droge do nikąd, mijając przecznicę za przecznicą, a
wszystkie do siebie podobne, gdy w pewnym momencie doznałem dziwnego uczucia.
Początkowo myslałem, że ktoś we mnie rzucił kamieniem, ale po chwili
wiedziałem, że w w moim prawym barku tkwi nóż. Miałem wiele szczęścia, bowiem
ostrze trafiło mnie w momencie gdy byłem lokko pochylony w lewą stronę.
Chciałem po prostu ominąć zwisającą z drzewa gałąź. Gdybym tego nie zrobił,
witałbym się własnie z Manitou.
Dotknąłem wystającej rękojeści, lecz nie miałem siły jej chwucić na tyle
mocno by wyjąc nóż. Poza tym czułem jak maleje we mnie życie. Padłem na
kolana cały czas dotykając zimnego metalu. Ironia losu, pierwsza zimna rzecz
jaka miałem dzisiaj w dłoni. Po chwili usłyszałem szybko zblizający się
odgłos kroków. Ktoś kopnał mnie w plecy, padłem na twarz, a chwile później
zaczęło mi brakować powietrza. Na mojej szyi zaciskała się gruba struna od
fortepianu.
c.d.n. może nawet niedługo