Zauważam z wielką przykrością, że znaczna część zespołów, uznawanych do tej
pory za rockowe, albo i nawet hardrockowe, zdecydowanie obniża loty
poprzez „zmiękczanie” brzmienia. Niby wszystkie instrumenty grają, jak grały
do tej pory, ale produkcja skutecznie eliminuje ostrość gitar i tłuczenie
perkusji, eksponuje wokale i jakieś tam pitolenie smyczkowo-klawiszowe lub –
gdy nie ma klawiszy ani smyków – zamienia podkład w bezkształtną papę.
O jakich wykonawcach piszę? Ano o Deep Purple i albumie „Bananas”, o Iron
Maiden i płycie „Dance Of Death”, o AC/DC i (jak dotąd) ostatnim ich
osiągnięciu „Stiff Upper Lip”, a nawet o poczciwej Alicji Kuper z „The Eyes
Of Alice Cooper”. Wykonawcy, którym zdarzało się grać czadowo (nawet Cooper
miał swoje przebłyski, ostatnio na „Brutal Planet”

pod względem produkcyjnym
wydają teraz kleik dla niemowląt. Nawet, jeśli kompozycje nie są złe, to
pozbawienie ich jakiegokolwiek elementu „kotłowania” czyni je bezużytecznymi
raczej. Nie mam pretensji o brak czadu na płytach Status Quo czy Smokie, ale
jeśli Deep Purple zaczynają brzmieć jak Smokie, to znaczy, że jest źle.
Tyle, jeśli chodzi o moje spostrzeżenia. Zastanawiam się, czy tylko ja takowe
mam.
P.S. Tytuł, oczywiście, jest ŻARTOBLIWY. To informacja dla osób, którym
trzeba wiele wyjaśniać.